Dziennik
23.10.2006

31 października w krakowskim sądzie odbędzie się precedensowa rozprawa - lekarz pozwał własny szpital za pracę powyżej 48 godzin tygodniowo - donosi "Dziennik".

Pediatra z Nowego Sącza, powołując się na prawo obowiązujące w Unii Europejskiej, domaga się ekwiwalentu za dyżury w postaci płatnego urlopu. W Polsce dyżury nie są bowiem wliczane do czasu pracy. Ustawa o ZOZ mówi, że maksymalna liczba dyżurów nie powinna przekraczać dwóch w tygodniu, ale nie mówi nic o obowiązkowej przerwie. To powoduje, że lekarze pracują nawet do 80 godzin tygodniowo i nawet do 56 godzin bez przerwy.

Czesław M. walczy o swoje prawo od dwóch lat. Wyliczył, że od maja do września 2004 r. przepracował o 31 dni ponad limit. Zarówno w pierwszej, jak i w drugiej instancji sąd uznał jego roszczenia za bezzasadne. Jednak Sąd Najwyższy dokonał kasacji wyroków i nakazał ponowne rozpatrzenie pozwu, już z uwzględnieniem prawa unijnego.

Jeśli sąd ponownie odrzuci pozew, lekarz może pozwać Polskę do Trybunału Sprawiedliwości Wspólnot Europejskich w Luksemburgu. - Podobne sprawy z powództwa lekarza hiszpańskiego i niemieckiego zakończyły się zwycięstwem powodów - mówi Ryszard Kijak, wiceprzewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.

Ministerstwo zdrowia obawia się precedensowego wyroku. Roszczenia polskich lekarzy mogą kosztować budżet nawet kilka miliardów złotych. - Zdaniem wiceministra Bolesława Piechy, spełnienie norm unijnych wymaga zatrudnienia o 30% lekarzy więcej. Resort prowadzi rozmowy z Brukselą na temat możliwości liberalizacji unijnej dyrektywy.

Tymczasem lekarze w całym kraju, zachęcani przez organizacje związkowe, piszą do Komisji Europejskiej skargi na niedostosowanie polskiego prawa do unijnego. Jednak biurokratyczne procedury sprawiają, że taka interwencja może nastąpić nawet dopiero za kilka lat.