Kazbek – polscy ratownicy zapraszają na... herbatę

Kazbek – polscy ratownicy zapraszają na... herbatęOceń:
Katarzyna Trębacka

Polscy ratownicy 5 lipca zaczęli trzymiesięczny dyżur ratowniczy na wysokości 3653 m n.p.m. w stacji Meteo, do której docierają wszyscy turyści i wspinacze pragnący wejść na Kazbek, jeden z najwyższych szczytów Kaukazu. Położona w Gruzji góra, licząca 5033 m, ma opinię łatwej technicznie i dostępnej – wyprawa na nią nie kosztuje majątku. Nic dziwnego, że staje się ona celem wielu początkujących wspinaczy. Jednak jest też bardzo niebezpieczna – dochodzi na niej do dużej liczby wypadków, kilkanaście osób straciło tam w ostatnim czasie życie.

Z Marcinem Błeńskim, autorem projektu „Bezpieczny Kazbek”, szefem fundacji Medyk Rescue Team, i Konradem Bodo, liderem lipcowego dyżuru polskich ratowników na Kazbeku, rozmawia Katarzyna Trębacka.

Fot. arch. wł.

Katarzyna Trębacka: Jak zrodził się pomysł, by na Kazbeku zorganizować regularne dyżury polskich ratowników?

Marcin Błeński: Trzy lata temu braliśmy udział w akcji poszukiwania ciał zaginionych turystów na Kazbeku. Nasza pomoc była potrzebna między innymi dlatego, że służby ratownicze w Gruzji są bardzo skromne, nie mają odpowiedniego sprzętu i wiedzy oraz doświadczenia koniecznego do działania w wyższych partiach gór, gdzie dochodzi do największej liczby groźnych zdarzeń. Właśnie z powodu braku specjalistów wiele wypadków kończy się tam tragicznie. I wtedy pojawiła się inicjatywa, żeby spróbować stworzyć specjalistyczne służby ratownicze w okolicach Kazbeku.

Czy na Kazbeku często dochodzi do wypadków z udziałem Polaków?

Marcin Błeński: W ciągu ostatnich kilku lat w tym rejonie zginęło co najmniej sześciu Polaków. Brakuje dokładnych statystyk, ile ogółem osób straciło tam życie, a ile zostało rannych – nikt takich rejestrów nie prowadzi. Wiemy jedynie, że wypadków z udziałem Polaków było co najmniej kilkanaście. Wiemy też, że były na tyle poważne, iż wymagały pomocy lub interwencji konsula, a poszkodowani wymagali ewakuacji medycznej do kraju. Takich incydentów, jak złamana noga, zasłabnięcie czy choroba wysokościowa statystyki nie obejmują.

Jak do tej pory wyglądały akcje ratownicze w okolicach Kazbeku?

Konrad Bodo: Ponieważ w Gruzji nie istnieje wyspecjalizowany system ratownictwa górskiego, a wszystkie służby mają do dyspozycji jeden, należący do MSW helikopter, to niestety takie akcje wypadały słabo... Gdy w górach dochodzi do wypadku, najpierw są informowani ratownicy z Agencji Zarządzania Kryzysowego (Emergency Management Agency – EMA). Ale oni pracują przy wszystkich sytuacjach kryzysowych – pomagają zarówno ludziom dotkniętym pożarem, jak i powodzią. Pracują tam przede wszystkim strażacy, żołnierze, ale także ratownicy medyczni. I mimo że są to ludzie niezwykle zaangażowani w swoją pracę, bardzo oddani, rezultaty ich działań nie są zadowalające, bo jest ich za mało. W rejonie Kazbeku w EMA na etacie pracuje zaledwie kilka osób. Ponadto nie mają specjalistycznego sprzętu alpinistycznego, a śmigłowiec ratunkowy jest zazwyczaj potrzebny w innym miejscu...

Czy to oznacza, że jeśli na Kazbeku dojdzie do wypadku i poszkodowany potrzebuje natychmiastowej pomocy, to nie może na nią liczyć?

Marcin Błeński: Niestety tak. Żeby w ogóle rozpocząć akcję ratunkową czy poszukiwawczą, grupa ratowników musi podchodzić z samego dołu – czyli z miejscowości Stepancminda, powszechnie nazywanej Kazbegi, która leży na wysokości 1750 m n.p.m. Dojście do bazy Meteo zajmuje ok. 6–7 godzin. Dopiero stamtąd ratownicy, pod warunkiem dobrych warunków pogodowych, rozpoczynają podejście w rejon wypadku. To zajmuje kolejne kilka godzin. Warto pamiętać, że ratownicy, którzy nie przywykli do pracy na wysokości, czyli powyżej 3500 m n.p.m., nie są w stanie pracować na pełnych obrotach, nie przeszli aklimatyzacji. W praktyce oznacza to, że od momentu zgłoszenia wypadku lub zaginięcia turysty upływa średnio jeden dzień, nim ratownicy przygotują się do akcji, a kolejny dzień zajmuje dotarcie w rejon wypadku. Po kilku dniach akcja poszukiwawcza, jeśli nie przynosi skutków, jest przerywana. Kiedy przybyliśmy tu pierwszy raz trzy lata temu, mimo dokładnych danych z GPS-u dotyczących miejsca zaginięcia i dobrze zebranego wywiadu nie udało nam się znaleźć nikogo. Mówi się, że Kazbek nie oddaje ciał.

Fot. arch. wł.

Rozumiem, że od decyzji o powołaniu regularnej służby ratowniczej na Kazbeku do jej stworzenia droga nie była krótka i łatwa?

Marcin Błeński: Bez pomocy polskiego konsula i PZU organizacja regularnych dyżurów nie byłaby w ogóle możliwa. Dzięki pomocy tych instytucji w sierpniu 2016 roku zespół naszych ratowników rozpoczął pilotażowy program. Przez miesiąc trwała akcja „Polskiego dyżuru ratowniczego pod Kazbekiem”, który był połączony z akcją prewencyjno-edukacyjną wśród polskich turystów. Nasi ratownicy, którzy postawili bazę przy stacji Meteo, pomogli wielu osobom, które ich odwiedziły. I nie chodzi tu o pomoc medyczną, choć oczywiście taka też miała miejsce, ale przede wszystkim o uświadamianie. Skupiliśmy się na edukacji: jak wchodzić, jak znaleźć drogę, jak się zachowywać na lodowcu, jak poruszać się w rakach, jak się związać liną, jak używać czekana.

Razem z konsulem RP prowadziliśmy akcję „Kazbek nie lubi singli”, zarówno na miejscu, jak i w mediach społecznościowych. W Kazbegi, na podejściu i w stacji Meteo powiesiliśmy tablice z hasłem „Kazbek nie lubi singli. Zwiąż się i załóż raki”. Zależało nam na tym, by uświadomić turystów, by w góry, a zwłaszcza na Kazbek, nie wybierali się w pojedynkę. Ponieważ akcja zakończyła się sukcesem, a z naszą kampanią edukacyjną udało się dotrzeć do dużej liczby osób, co przełożyło się również na zmniejszoną liczbę wypadków i kontuzji, postanowiliśmy zorganizować w tym roku regularny, trwający trzy miesiące – od lipca do końca września – dyżur ratowniczy na Kazbeku. Dostaliśmy dofinansowanie z Funduszu Prewencyjnego PZU, dzięki czemu mieliśmy już ok. 30% pieniędzy potrzebnych na zakupienie sprzętu i realizację dyżuru. A potrzebne było wszystko. Zaczynaliśmy od zera.

Czy Gruzini włączyli się w te prace? Czy biorą udział w projekcie „Bezpieczny Kazbek”?

Konrad Bodo: Tak, dzięki ich pomocy za część rzeczy nie musimy płacić, między innymi możemy za darmo korzystać z infrastruktury bazy Meteo; tam też umieściliśmy naszą stałą bazę. Regularnie dyżuruje w niej pięciu naszych ratowników.

Jak duży jest Wasz zespół i jak rekrutowaliście ochotników do tej pracy?

Marcin Błeński: Przy projekcie pracuje 35 osób. Część to ludzie związani z Medyk Rescue Team; wszyscy są ratownikami, ale nie wszyscy medycznymi. Dołączyli do nas ludzie z dużym doświadczeniem górskim, ale też jaskiniowym. Rekrutowaliśmy zespół, przede wszystkim rozpuszczając informacje o naborze w środowisku medycznym i ratowniczym. Zależało nam, by nie trafili do nas niesprawdzeni, niedoświadczeni ludzie. Nie wszystkie informacje o kandydacie udaje się zweryfikować. Zatem szukaliśmy wśród znajomych, mówiliśmy o rekrutacji też na branżowych konferencjach.

Jakie kryteria musieli spełnić kandydaci, by dołączyć do projektu?

Marcin Błeński: Nie ustaliliśmy sztywnych kryteriów. Każdy kandydat musiał najpierw wypełnić ankietę na stronie internetowej. Na jej podstawie sprawdzaliśmy doświadczenie górskie, ratownicze i medyczne danej osoby. Potem przeprowadzaliśmy wywiad środowiskowy – to było dla nas bardzo ważne. Chcieliśmy wiedzieć, jak dana osoba pracuje nie tylko w pojedynkę, ale przede wszystkim w grupie. Zgłaszały się do nas osoby, które miały świetne CV, znakomite doświadczenie, zarówno górskie, jak i medyczne, ale niestety były konfliktowe, nie umiały pracować w zespole. Predyspozycje psychiczne w tej pracy są niezwykle ważne. Po szczegółowej weryfikacji i rozmowie z kandydatami wyłoniliśmy tych, którzy realizują z nami ten projekt. Wiemy, że powstał zespół znakomitych specjalistów. Większość z nich ma doświadczenie medyczne, nie wszyscy górskie, w zespole jest też kilka kobiet. Co warte podkreślenia, wszyscy ratownicy na Kazbeku pracują jako wolontariusze.

Powiedzieliście, że Kazbek nie jest trudną górą technicznie, ale jest bardzo niebezpieczny. Dlaczego tak się uważa?

Marcin Błeński: Przede wszystkim trudno znaleźć tam szlak, więc łatwo zgubić drogę. Kazbek jest też bardzo niebezpieczny z powodu szczelin, których łatwo nie zauważyć, i dużej dynamiki lodowca. Do tego dochodzi zmienna temperatura. W Kazbegi, które jest bazą wypadową, bywa bardzo ciepło, mimo że jej wysokość sięga 1750 m n.p.m. W stacji Meteo często jest około zera albo temperatura minusowa, zwłaszcza około 2 w nocy, gdy wyrusza się na atak szczytowy. Na wierzchołku temperatura może wynosić i -5, i -15. Do tego silny wiatr. Na dodatek szczyt zazwyczaj tonie w chmurach. To sprawia, że łatwa technicznie droga może być śmiertelnie niebezpieczna.

Jak wygląda dzień pracy w stacji Meteo?

Konrad Bodo: Ratownik przede wszystkim gada. I gada. I serwuje herbatę (śmiech). Głównym punktem projektu jest baza. Tutaj trafia każdy, kto wybiera się na szczyt, więc z każdą osobą, która planuje zdobycie Kazbeku, przede wszystkim rozmawiamy. Na początku sprawdzamy, jaki kandydat na zdobywcę szczytu ma sprzęt, jakie ubrania, jaką wiedzę o górze i doświadczenie. Jeśli okazuje się, że turysta np. nie wie, jak poruszać się w rakach, to go tego uczymy. Zachęcamy do wynajęcia profesjonalnego przewodnika, czasami staramy się go uświadomić, że jego przygotowanie fizyczne, sprzętowe i doświadczenie są w danej sytuacji niewystarczające i grozi mu niebezpieczeństwo.

To oznacza, że na Kazbek próbują wchodzić ludzie bez przygotowania i odpowiedniego sprzętu?

Marcin Błeński: Ciągle. Mnóstwo. Ludzie w płaszczach, kozakach... Czasem w krótkich spodenkach. Niektórzy z nich myślą, że baza Meteo to schronisko, gdzie mogą spać, odpocząć i się ogrzać. Tymczasem tam nie ma schroniska. Standardem wśród turystów są buty i kaski snowboardowe. A tutaj jest potrzebne zupełnie inne wyposażenie.

Konrad Bodo: Pewnego razu weszło do bazy trzech chłopaków, na pierwszy rzut oka doświadczonych, dobrze wyposażonych. Mieli chemiczne oczyszczacze do wody, które niestety nie zawsze są wystarczające. Dwóch dostało biegunki. A to oznacza odwodnienie, które na wysokości może być bardzo groźne. Na szczęście rozumieli powagę sytuacji i nie zdecydowali się na drogę w górę.

Często wam się zdarza odwodzić ludzi od decyzji dalszej wspinaczki?

Konrad Bodo: Nigdy tego nie robimy. To nie jest nasze zadanie. Staramy się uświadomić zagrożenia, braki... Jeśli ludzie nie umieją chodzić w rakach, bierzemy ich na pole lodowe i uczymy, jak się poruszać. Pokazujemy, jak się bezpiecznie wiązać liną, jak używać czekana, jak rozpoznawać szczeliny, jak nie zgubić drogi. Mówimy, jak ważne jest picie na wysokości, jak rozpoznać objawy choroby wysokościowej. Wszystkich ciągle zapraszamy na herbatę. Zawsze mamy gotowe dwa termosy gorącej herbaty. Śmiejemy się, że ludzie wpadają do nas na herbatkę, że prowadzimy „Kawiarnię u ratowników”.

A co jeśli ktoś kompletnie nieprzygotowany upiera się, by wyruszyć w górę?

Marcin Błeński: Robi to na własną odpowiedzialność. Jeśli jednak przydarzy mu się coś złego i wezwie pomoc, ruszymy w górę. Jednak to rzadko się zdarza. Kiedyś przyszło dwóch nauczycieli WF-u, bardzo mocnych fizycznie, ale bez doświadczenia w górach. Nie mieli świadomości, że operowanie na wysokości to zupełnie inny rodzaj wysiłku, że potrzebna jest porządna aklimatyzacja. Byli też słabo wyposażeni. Na początku bardzo pewni siebie, w końcu zrezygnowali. Po spaniu na wysokości byli tak sponiewierani, że rano zdecydowali się zejść. Ale na szczęście bez żalu. Zdali sobie sprawę z zagrożeń.

Co jeszcze robicie oprócz edukacji?

Marcin Błeński: Ważną częścią naszej pracy jest notowanie, ile osób, o której godzinie i z jakim sprzętem wyruszyło w góry. Dzięki temu wiemy, o której mniej więcej te osoby powinny się pojawić z powrotem. Schemat wygląda mniej więcej tak: wyjście z Meteo zazwyczaj ma miejsce ok. godziny 1–2 w nocy, ok. 5–6 – zdobycie szczytu, ok. 12–14 – powrót do bazy. Jeśli ktoś wyłamuje się z tego schematu, jesteśmy czujni. Każdy, kto do nas przychodzi, może też dostać aktualną prognozę pogody oraz dość szczegółowe dane dotyczące warunków powyżej bazy Meteo.

W czasie ubiegłorocznego miesięcznego dyżuru często musieliście interweniować?

Konrad Bodo: Oprócz działalności edukacyjnej, która jest naszym głównym celem, musieliśmy wychodzić w góry 14 razy. Mieliśmy do czynienia zarówno ze skręconą kostką, jak i wyjściem po osobę, która straciła przytomność. Na szczęście nikt nie zginął.

Jak wygląda Wasze ambulatorium, sprzęt, którym dysponujecie? Udało się Wam zgromadzić całe potrzebne wyposażenie bazy?

Marcin Błeński: Niestety do końca nie wiemy, co jest nam potrzebne. To okaże się w praktyce, cały czas zbieramy informacje. Mamy dość bogato wyposażone jak na warunki bazy górskiej ambulatorium polowe, z AED włącznie. Jesteśmy kompletnie wyposażeni w potrzebny sprzęt alpinistyczny i ratowniczy. Mamy też własną, opartą o system przemienników, niezależną bazę łączności radiowej, co w Gruzji nie jest standardem.

Jak dużej frekwencji spodziewacie się w tym roku?

Konrad Bodo: Szacuje się, że rocznie do Gruzji przyjeżdża ok. 55 tys. Polaków. Mniej więcej 30% z nich trafia pod Kazbek. 10% tej grupy ma w planach atakowanie szczytu, więc jest to około – ale podkreślam, że to tylko szacunki – 1500–1600 osób.

Rozmawiała Katarzyna Trębacka

Data utworzenia: 02.08.2017
Kazbek – polscy ratownicy zapraszają na... herbatęOceń:
Wysłanie wiadomości oznacza akceptację regulaminu

Przychodnie i gabinety lekarskie w pobliżu

Leki

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Dlaczego lekarze strajkują? Zobacz film studentki medycyny
    Dlaczego lekarze strajkują? O co tak na prawdę walczą? Dlaczego rezydenci zdecydowali się na strajk głodowy? Czy chodzi jedynie o pieniądze? W krótkim filmie studentka medycyny stara się odpowiedzieć na te pytania.
  • MZ: Nie można dyżurować bez opamiętania. Chyba że trzeba
    – Lekarze dużo i ciężko pracują. Jest to wpisane zarówno w ten, jak i w wiele innych zawodów. Pracują w nocy, w dni świąteczne. I ograniczeniem tego zjawiska w pierwszej kolejności powinien być zdrowy rozsądek – stwierdził, po raz kolejny w ostatnich tygodniach, minister zdrowia Konstanty Radziwiłł. Rozsądek „nie tylko po stronie lekarzy, ale także tych, którzy ich zatrudniają”.
  • OZZL: Stop śmierci lekarzy z przepracowania!
    OZZL po raz kolejny wzywa Ministra Zdrowia i Premier RP do przygotowania przepisów, które spowodują, że wszyscy lekarze pracujący w publicznej ochronie zdrowia, również ci zatrudnieni na podstawie umów cywilno-prawnych, będą objęci przepisami o czasie pracy.
  • Dał nam przykład maszynista?
    Piątek, ostatni weekend wakacji, czas wzmożonego ruchu na kolei. Maszynista pociągu relacji Szczecin-Suwałki zatrzymuje pociąg na stacji Tłuszcz, bo skończyła się jego 12-godzinna zmiana. W tym kontekście warto zapytać: dlaczego przyjęło się, że szpitale to miejsca, w których normą jest praca ponad siły?

Korzystając ze stron oraz aplikacji mobilnych Medycyny Praktycznej, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki oraz zgodnie z polityką Medycyny Praktycznej dotyczącą plików cookies