Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Systemu już nie ma

06.11.2020
Katarzyna Sajboth-Data
Kurier MP

W obecnej sytuacji często jedynym rozwiązaniem zapewniającym jakąkolwiek opiekę pacjentowi w ciężkim stanie jest leczenie w warunkach domowych. Świata medycznego, w którym do tej pory funkcjonowaliśmy, już nie ma – mówi Jacek Skup, lekarz rezydent w Centrum Medycznym „Starówka” SPZOZ w Sokołowie Podlaskim, specjalista zarządzania w ochronie zdrowia, członek Stowarzyszenia Młodych Menedżerów Medycyny przy Polskiej Federacji Szpitali, alumn V edycji projektu Liderzy Ochrony Zdrowia fundacji im. L. Pagi.

Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta

Systemu nie ma, zostało chałupnictwo

Właśnie wróciłem do domu po 24 godzinach pracy. Zmęczony, zdenerwowany, wściekły, bezradny.

Na 8:00 do przychodni A. Pierwsza porada: izolacja w związku z COVID-19. Druga porada: oczekiwanie na wynik wymazu. Trzecia: podejrzenie COVID-19, skierowanie na wymaz. Czwarta: telefon pacjenta z dodatnim wynikiem testu. Piąta: uffff, zwykłe nadciśnienie. W międzyczasie system gabinet.gov.pl pada kilkukrotnie.

Jadę do przychodni B. Dziś tu nie pracuję, ale umówiłem się z pacjentem na zdjęcie holtera, przecież inne choroby nas nie opuściły.

Następny punkt, przychodnia C, zastępstwo, dziś będę tu jedynym lekarzem. Po drodze kupuję 7days'a, bo to jedyne pieczywo na stacji, do sklepu nie pójdę, bo godziny dla seniorów. Wchodzę, w poczekalni pacjent z żoną, widzę, że stan jest poważny. Ubieram się szybko w strój kosmonauty i przyjmuję. Diagnoza: ciężka niewydolność oddechowa. Sąsiedzi pacjenta dodatni. Wzywam karetkę, przyjechali bardzo szybko. Ustalają miejsce, nie ma żadnego na oddziale wewnętrznym w promieniu 50 km od przychodni. Pacjent ZATRZYMUJE SIĘ! Przestaje oddychać, przestaje bić serce. RKO, adrenalina, udaje się, ruszył. Podwójna radość, pierwsza, że żyje, druga, że teraz wymaga pobytu na oddziale intensywnej terapii, gdzie miejsce jest bliżej. Jedzie.

Musimy zamknąć czasowo drzwi do przychodni, sterylizacja pomieszczeń, zmiana ubrań. W tym czasie mogę udzielać jedynie teleporad.

Kolejny telefon: żona podaje, że jej mąż jest w ciężkim stanie. Pytam: kaszle? Nie. Gorączkuje? Nie. Jadę do domu pacjenta ubrany we wszystkie konieczne środki ochrony. Stan pacjenta faktycznie jest ciężki. Gorączkuje, kaszle... jest odwodniony, niewydolny oddechowo. Wzywam karetkę. Panowie nie zabierają pacjenta, bo nie mają dokąd, miejsc w szpitalu nie ma, a stan jest na tyle ciężki, że nie rokuje przeżycia, zagraża zgonem podczas objazdu województwa w poszukiwaniu miejsca w szpitalu. Nie mam wyjścia, muszę podjąć leczenie w domu. Stosuję kilka metod z leczenia hospicyjnego, nie mam możliwości podłączenia tlenu, bo skąd. Mam nadzieję, że pacjent nie będzie cierpiał.

Później jest spokojniej.

Wracam na chwilę do domu, pies od 7.30 nie był na spacerze. Pewnie gdyby umiał, to spakowałby walizki i się wyprowadził. Nie umie i jest ze mną. Idziemy na bardzo krótki spacer. Myślę sobie, że może to dobrze, że nie mam rodziny, bo by się już rozpadła przez to, że ciągle jestem w pracy.

Jadę na nocny dyżur do szpitala. Po drodze wstępuję do przychodni B, chcę sprawdzić wyniki wymazów zleconych we wtorek. Wczoraj ich nie było. Dziś system nie działa. Niestety, pacjenci będą w niepewności przez cały weekend. W międzyczasie ok. 10 konsultacji dla rodziny, znajomych, znajomych znajomych i ludzi, którzy nie odzywali się od 10 lat.

Wchodzę do szpitala. Przez 14 najbliższych godzin będę odpowiedzialny za zdrowie ok. 60 000 osób. Pacjenci przychodzą, rozpoznaję zaburzenia rytmu serca, biegunki, bóle brzucha, złamanie podstawy czaszki i zespoły abstynencyjne, wczoraj przecież były imieniny Jadwigi (...). Leczę pokornie, pacjentom nie mówię nic oceniającego itp.

Nareszcie północ, mam trochę czasu dla siebie. Zjadam zakupionego przed południem 7days'a, znajduję chwilę na różaniec, który i tak idzie mi z oporem, a zamiast „módl się za nami grzesznymi” odmawiam „módl się za nami bezradnymi”.

Zdążyłem odmówić tajemnicę, słyszę dzwonek do drzwi – stawia mnie na równe nogi. Młody człowiek, silny ból brzucha. Podaje, że zjadł grzyby przypominające kanie. Jest w złym stanie. Dzwonię na toksykologię z prośbą o szybkie przyjęcie i zostaje olany, mam sobie radzić sam. Na szczęście pomaga mi dyżurny chirurg i bierze pacjenta na oddział. W nocy jeszcze kilka interwencji. Dyżur kończę stwierdzeniem zgonu 92-latki.

Wracam do domu, pies się cieszy. Chwila przerwy. W niedzielę zaczynam pracę o 7.30 i kończę we wtorek o 18. W tym czasie media za głosem ministra Sasina pewnie wyleją na mnie i moje środowisko lekarzy rodzinnych pomyje, bo „jesteśmy mało zaangażowani”.

Jeśli doczytałeś do tego momentu to błagam, proszę, zakładaj maskę i nie wychodź z domu, jeśli nie musisz. Nie każ mi mówić patrząc prosto w oczy, że ktoś z Twojej rodziny umrze w domu, bo nie ma dla niego miejsca w szpitalu. To ponad moją wytrzymałość.

Systemu już nie ma, zostało chałupnictwo.

Boję się, że zabraknie nam sił


Jacek Skup. Fot. arch. wł.

Katarzyna Sajboth-Data: Kilka dni temu na Facebooku pojawiał się Pana powyższy post. Dlaczego Pan go napisał?

Jacek Skup: Wydaje mi się, że z bezsilności. To był mój najtrudniejszy dyżur. Mierzyłem się z sytuacjami, które powinny być rozwiązane systemowo, a obecnie nie są. Konsekwencje wad systemu spadają na lekarzy i ich pacjentów. Konfrontacja z faktem, że pacjent, który powinien znaleźć się w szpitalu, na leczenie szpitalne nie ma szans, wymusza na mnie nadzwyczajne postępowanie, ale muszę to robić, żeby ratować ludzkie życie.

Na tę wiadomość odpowiedziało ponad 26 tys. osób. Jakie były ich reakcje?

Bardzo dużo osób zainteresowało się moim psem, wielu z moich pacjentów zaproponowało wyprowadzanie go na spacer w czasie, gdy pracuję. Jedna pacjentka przyniosła mi do przychodni obiad. Inne zapewniały o modlitwie. Skontaktował się ze mną także pan Maciek, który anonimowo i bezinteresownie udostępnił mi koncentrator tlenu. Będzie służył pacjentom, którzy muszą być leczeni w domu, bo nie ma dla nich miejsca w szpitalach.

strona 1 z 2