Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Słodka udręka

Paulina Wilk

Do niedawna na cukrzycę związaną z otyłością chorowali tylko dorośli. Nagle stała się epidemią wśród dzieci. Świat się budzi i próbuje walczyć z cukrem.

Zajęcia dla dzieci z nadwagą w Centrum Zdrowia Dziecka. Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta

Najmłodszą pacjentką, u której zdiagnozowano cukrzycę typu 2, nazywaną także „cukrzycą wieku dorosłego”, jest 3,5-letnia dziewczynka z latynoskiej rodziny w Houston Teksasie. Miasto uchodzi za stolicę amerykańskiej otyłości.

Dziewczynkę zbadał dr Michael Yafi i przedstawił jej przypadek podczas konferencji diabetologicznej w Sztokholmie. Pacjentka trafiła do niego, bo ważyła aż 35 kg, odczuwała nadmierne pragnienie i często oddawała mocz, ale poza tym nic nie wskazywało na wyjątkowy stan zdrowia. Przy narodzinach ważyła 3,2 kg, a w jej rodzinie nie było cukrzyków. Dopiero rozmowy z rodzicami ujawniły złe nawyki żywieniowe – wszyscy w domu jedli za dużo potraw tłustych i kalorycznych.

Dr Yafi zlecił badania krwi, wyniki wykluczyły spotykaną u dzieci cukrzycę typu 1. U dziewczynki zdiagnozowano więc cukrzycę typu 2, dotąd kojarzoną wyłącznie z osobami dorosłymi, otyłością, zaawansowanym wiekiem i statycznym trybem życia. W tej odmianie choroby organizm produkuje niewystarczające dawki insuliny lub nie potrafi jej spożytkować. Dziewczynce zaczęto podawać metforminę, a całej rodzinie nakazano zmianę diety i zwiększenie aktywności. Dziewczynka chudła, pół roku później ważyła już 25 proc. mniej, a leki odstawiono. Wyzdrowiała.

Jej historia z kilku powodów stała się podręcznikowym przypadkiem problemu, przed którym właśnie stanął świat. W Sztokholmie dr Yafi mówił: - Liczba zachorowań na cukrzycę typu 2 wśród dzieci na rośnie w dramatycznym tempie i jest wynikiem epidemii otyłości. Wszyscy klinicyści powinni być świadomi, że diagnozując u małych pacjentów cukrzycę muszą od teraz brać pod uwagę oba typy tej choroby.

Nie ma czasu do stracenia

To alarmująca sytuacja, na którą uwagę zwróciła w tym roku Światowa Organizacja Zdrowia, która Dzień Zdrowia obchodziła pod hasłem „Pokonać cukrzycę”. Jeszcze dekadę temu w Europie właściwie nie notowano przypadków cukrzycy typu 2 u dzieci. Dla przykładu – w 2002 r. w Wielkiej Brytanii zdiagnozowano pierwszego małego pacjenta. Trzy lata później zespół dr. Juliana Shielda z Bristol Royal Hospital przeprowadził badania i znalazł chorobę u 168 dzieci poniżej 17 roku życia. U 95 proc. chorych stwierdził nadwagę, u 83 proc. – otyłość.

Dziś liczbę dzieci cierpiących na tę chorobę na Wyspach szacuje się na ponad 600. Brytyjskie nastolatki należą do najgrubszych w Europie. W ciągu zaledwie dekady na Wyspach przybyło milion cukrzyków, wydatki medyczne związane z leczeniem choroby i jej skutków wzrosły o 60 proc. i stanowią dziś zagrożenie dla budżetu. Diabetes UK, największa fundacja zajmująca się tam cukrzycą, ostrzega, że jeśli nie uda się szybko zahamować epidemii, brytyjska służba zdrowia zbankrutuje.

Horrendalne koszty wynikają z tego, że cukrzyca – w szczególności nieprawidłowo leczona lub niezdiagnozowana – prowadzi do poważnych konsekwencji: udarów, amputacji kończyn, utraty wzroku. Szefowa Diabetes UK, Barbara Young, apelowała niedawno: - Nie mamy czasu do stracenia, rząd musi działać. Cukrzyca kosztuje prawie 10 mld funtów rocznie, z czego 80 proc. kosztów można uniknąć.

Nagły wzrost zachorowań wśród dzieci jest częścią większego problemu, dotykającego globalną populację. Rzecz w tym, że cukrzyca typu 2 to choroba, którą stosunkowo nietrudno opanować. Jak w przypadku trzyletniej dziewczynki z Houston, pomagają leki, ale przede wszystkim zdrowa dieta i ruch. Kluczowa jest więc zmiana stylu życia. Tyle że właśnie on – nowy, globalny sposób odżywiania się i spędzania czasu – wpędza dzieci w poważne kłopoty. A rozwiązać je mogą tylko dorośli, zaczynając od siebie.

Coraz więcej dzieci żyje w miastach, z dala od naturalnie produkowanej i świeżej żywności, w ciasnej lub ograniczonej przestrzeni, po której coraz częściej poruszają się w autach. Dzieci za dużo siedzą i leżą – przed telewizorami i komputerami, jedzą za dużo żywności poddawanej obróbce chemicznej, zbyt wiele gotowych produktów odgrzewanych, nadmiernie solonych i słodzonych na potęgę. Nawet jeśli nie u wszystkich wywołuje to otyłość, w efekcie zmienia się – być może trwale – ludzki mikrobiom, a więc skład mikroorganizmów i bakterii w układzie trawiennym, co z kolei może wpływać na gorszą produkcję insuliny lub zdolność jest przyswajania.

Nie ma dziś zakątka świata, w którym cukrzyca nie byłaby alarmującym problemem dotykającym dzieci. Drastycznym przykładem jest Meksyk, który – od lat 90., gdy zaczął podpisywać traktaty o wolnym handlu z USA, całkowicie zmienił nawyki żywieniowe swych obywateli. Na gorsze. Masowy import i przemysłowa produkcja żywności puszkowanej czy pakowanej spowodowała, że Meksykanie przegonili Amerykanów w rankingach otyłości i zapadalności na cukrzycę. Aż 32 proc. mieszkańców kraju ma stwierdzoną otyłość.

Najgorzej jest w mieście Meksyk, gdzie aż 56 proc. ludzi, czyli 21 mln, cierpi na nadwagę lub otyłość. Ten sam problem dotyczy aż 35 proc. dzieci poniżej 11 roku życia. A do tego dzieci ruszają się mniej niż na wsiach i w miasteczkach – niewydolny transport miejski i złe projektowanie przestrzeni powodują, że więcej czasu traci się w korkach, na przystankach. A samochodów przybyło w mieście aż 40 proc. w zaledwie siedem lat. Tylko co trzeci mały mieszkaniec miasta Meksyk mający od 10 do 14 lat ćwiczy albo tańczy. Aż 75% dzieci spędza przed ekranem ponad trzy godziny dziennie.

Odchudzanie na wagę złota

Władze chwytają się różnych środków zaradczych – na przemian stosują metodę kija i marchewki. W 2014 r. kraj obłożył podatkiem żywność i napoje o wysokiej zawartości cukru – efektom tego zabiegu przyglądał się cały świat. Słodzone napoje były droższe o 1 peso, a wysokokaloryczne potrawy, jak lody czy czekolady obciążono 8-procentową dopłatą. Zyskał państwowy budżet, ale po roku spadek popularności napojów słodzonych był nieduży – około 6 proc. Nie wiadomo, jak opłaty wpłynęły na obniżenie konsumpcji słodyczy. (Z podobnego podatku szybko wycofała się np. Dania, bo powodował on wzrost cen, ale nie wpływał na zdrowotność).

Władze stolicy w 2010 r. uruchomiły też – śladem Kopenhagi – system rowerów miejskich. Z Ecobici korzysta tam blisko 200 tys. osób, zwiększono też wydatki na ścieżki rowerowe i chodniki, by zachęcić mieszkańców do ruchu. Oryginalnym pomysłem było zainstalowanie na stacjach metra maszyn, które wydają bilety w zamian za... dziesięć przysiadów. Czujniki ruchu nagradzały aktywność fizyczną darmowym przejazdem. Dziesięć przysiadów wiosny nie czyni, ale władze miasta tłumaczyły, że chodzi o promowanie aktywności. Zresztą stworzyły też ponad 360 publicznych siłowni, zaczęto przeprojektowywanie przestrzeni zielonych, by zwiększyć ich popularność i zachęcić do ruchu. Mimo pomysłowości efekty nie są zadowalające i eksperci mówią, że potrzeba więcej działań. Na przykład: lepiej oświetlonych i bezpieczniejszych parków, programów aktywizacji fizycznej pracowników choćby poprzez zachęcanie ich do chodzenia po schodach oraz oferowanie karnetów do siłowni, a także lepszej komunikacji miejskiej, by dzieci docierały do szkoły autobusami i pieszo.

Na złoty środek zdecydowały się władze Dubaju. Zjednoczone Emiraty Arabskie to także jedno z miejsc, które przeszły dramatyczne zmiany sposobów żywienia. Mieszkający na pustyni nomadzi jedli nader skromnie – ich dietę stanowiły daktyle i mleko wielbłądzie, a trudne warunki klimatyczne zmuszały do ruchu. Ale odkrycie ropy naftowej i boom finansowy zmieniły wszystko. Dziś tamtejsze centra handlowe serwują hamburgery i słodzone koktajle, na wieżowcach migają reklamy coca-coli, a chodników w wielu miejscach nie ma, bo samochód jest najważniejszym symbolem statusu klas średnich i wyższych. Efekt – jeden z najszybszych na świecie przyrostów zachorowań na cukrzycę i plaga nieznanej tu wcześniej otyłości. Władze reagują w sposób charakterystyczny dla regionu – rozwijają sieć klinik specjalizujących się w leczeniu cukrzycy i powikłań (usługi medyczne to jeden z najlepiej prosperujących sektorów w kraju, w którym do lat 60. XX wieku nie działał ani jeden szpital). A tych, którzy zdecydują się na zdrowsze życie... wynagradzają w złocie.

W 2013 r. władze Dubaju uruchomiły promocję odchudzania w czasie ramadanu – miesiąca, w którym większość muzułmanów pości. Za każdy zgubiony kilogram można było otrzymać gram złota, warty wówczas 45 USD. Warunkiem była utrata co najmniej 2 kg. Trzy osoby, które schudły najwięcej, brały udział w losowaniu – jedna z nich otrzymała unikalną monetę wartą 5,4 tys. USD. Wszyscy uczestnicy programu otrzymali od dietetyków wskazówki, jak chudnąć nie narażając zdrowia.

W Portoryko walkę z cukrzycą i zbędnymi kilogramami u dzieci także postanowiono przeprowadzić metodą finansową, tyle że zamiast zachęt były sankcje. Władze wyspy zaproponowały karanie rodziców, których dzieci źle się odżywiają i mają cukrzycę. Senat postanowił wprowadzić prawo, zgodnie z którym nauczyciele szkolni mieliby wskazywać dzieci otyłe i kierować jej do opieki społecznej, ta z kolei zapewniałaby badania i ustalała dla nich adekwatną dietę. Rodzicie otrzymywaliby wskazówki dotyczące żywienia i ćwiczeń, po sześciu miesiącach stan zdrowia dziecka byłby kontrolowany. W przypadku braku poprawy, opiekunów czekałaby kara w wysokości 500-800 USD.

Pomysł był krytykowany, także przez lekarzy zwracających uwagę, że cukrzyca jest na całym świecie chorobą stygmatyzującą dzieci, bo nierozumianą i często uważaną za efekt zaniedbań, zło ściągnięte na własną prośbę. Co gorsza, w całej Ameryce Łacińskiej dzieci już dorastają pod presją nierealnych kanonów piękna, a nauczyciele „wychwytujący” otyłych uczniów graliby rolę złych policjantów. Surowa metoda nie znalazła naśladowców w żadnym innym kraju.

O dziwo, nikt nie naśladuje Japończyków, oni zaś jako jedyni mogą się pochwalić skuteczną walką o zdrowie uczniów, bo karmią ich wręcz modelowo. W szkolnych stołówkach posiłki przygotowywane są na miejscu, ze świeżych składników uprawianych lokalnie i niemal nigdy nie mrożonych. Porcje są duże, zawierają zwykle ryż, ryby, warzywa i zupy. Na deser – jogurty i owoce. Menu nie zmieniło się znacznie od 40 lat. W szkołach nie ma ani sklepików ani automatów z jedzeniem. Japońskie dzieci są wśród najszczuplejszych na świecie. Pomaga fakt, że uczone są posłusznego zjadania tego, co się im serwuje, zaś z wybrednymi pracują opiekunowie żywnościowi. Rada szkolnictwa publikuje nawet książki kucharskie, sami uczniowie angażowani są w wydawanie posiłków – uczą się, jak odmierzać właściwe porcje i jak gotować zdrowo. Kosztami dzielą się rodzice i władze miejskie – ci pierwsi płacą za składniki, drudzy – za pracę kucharzy i dietetyków. Moda na zdrową żywność trwa w Japonii od II wojny światowej, gdy władze promowały zachodni styl życia. Od tamtej pory tylko wyspiarze trzymają zdrowy kurs.

Gwiazdor i pierwsza dama

Tymczasem w innych rejonach dzieci w wieku szkolnym, poddawane presji reklam produktów spożywczych, chętnie wydają pieniądze na przekąski w szkolnych czy dzielnicowych sklepikach i na całym świecie problem jest podobny: kupują czipsy, batoniki, słodkie bułki i słodzone napoje gazowane lub soki – ładunki kalorii, tłuszczu i cukru. Dlatego kluczowe jest zaangażowanie w walkę z cukrzycą szkolnych stołówek i sklepów, zapewnienie tam diety bogatej m.in. w warzywa i owoce, a przede wszystkim produkty świeże, nieprzetworzone.

W Polsce symbolem batalii o szczuplejsze i zdrowsze dzieci stała się drożdżówka – najpierw ze sklepików wycofana, a po protestach przywrócona. W Wielkiej Brytanii ministerstwo edukacji wydało kilka lat temu regulacje obowiązujące szkolne stołówki, a kulinarny gwiazdor Jamie Oliver zaangażował się w kampanię zdrowych posiłków szkolnych oraz całkowitego usunięcia napojów słodzonych z dziecięcego menu. Wielokrotnie powtarzał, że trójka jego dzieci nie pije niczego, co słodzone. Na Wyspach skutki akcji są umiarkowane – Oliver zauważył, że lepiej odżywiać się zaczęły jedynie dzieci z zamożniejszych domów, w rodzinach uboższych zmiana diety postrzegana jest jako fanaberia klasy średniej.

W USA, gdzie otyłość i cukrzyca wśród dzieci są sprawą palącą, w zmianę sposobu odżywiania zaangażowała się Michele Obama. Dzięki niej uruchomiono m.in. szkolne ogródki, w których dzieci uczą się uprawiania warzyw i przygotowywania zdrowych posiłków. Efekty trudno jeszcze oszacować. Ale na przykład Filadelfia, niegdyś przodująca w rankingach nadwagi, zmniejszyła odsetek otyłych dzieci. A to za sprawą kompleksowej polityki, angażującej szkoły i miejskich sklepikarzy. Władze nakłoniły sprzedawców, by zamawiali więcej warzyw i owoców, zrezygnowali z tłustego mleka i produktów smażonych, a także by usunęli z automatów napoje słodzone. Te ostatnie są wypychane ze szkół już od ponad dekady, ze stołówek usunięto też urządzenia do smażenia w głębokim tłuszczu, ale udało się to dopiero, gdy władze przestały płacić za zakup oleju!

Zmiany dokonują się powoli, ale – co ważne – dotyczą także dzieci wywodzących się z mniejszości etnicznych (badania pokazują, że m.in. Afroamerykanie i Indianie zapadają na otyłość i cukrzycę częściej, być może z powodów genetycznych, ale także na skutek słabszej sytuacji ekonomicznej i kupowania tzw. jedzenia śmieciowego. Otyłych jest np. ok. 25 proc. czarnoskórych dziewcząt i jedynie 15 proc. białoskórych). Na razie Filadelfia uwolniła od otyłości kilka procent dzieci, w tym np. 8 proc. czarnoskórych chłopców i 7 proc. latynoskich dziewcząt.

Ekspansja

Cukrzyca wędruje z USA w nowe rejony świata wraz z konsumpcyjnym modelem życia oraz produkowaną masowo żywnością. Atakuje zarówno Chińczyków (żyje tam dziś największa liczba – i dorosłych, i dzieci – dotkniętych nadwagą i cukrzycą), którzy niedawno przerzucili się na nowe, globalne menu. Dotyka Hindusów, którzy porzucają wegetariańskie potrawy zahipnotyzowani fast-foodami. W sposób szczególny otyłość i zaburzenie odżywiania dotknęły maleńką wyspę Nauru na Pacyfiku, gdzie lokalna ludność (ok. 10 tys. mieszkańców) przez stulecia żyjąca w bliskości z naturą, przestawiła się na wydobycie fosforu. Już w latach 70. porzucono tam uprawy żywności, jest w całości importowana. A wraz z nią zjawiły się makabryczne wskaźniki otyłości i cukrzycy (ponad 34 proc. populacji) – jedne z najwyższych na świecie.

Intensywne programy, m.in. edukacja szkolna i zmiana codziennego menu, po 30 latach przyniosły spadek liczby chorych o około połowę, ale oczekiwana długość życia na wyspie jest wciąż niska – niecałe 60 lat. I choć mieszkańcy Nauru dobrze znają zagrożenia związane ze złym odżywianiem, ich sytuacja geopolityczna i ekonomiczna nie pozwala żyć naprawdę zdrowo.

Oto pułapka, w którą wpadają kolejne kraje i ich mali mieszkańcy. W najtrudniejszej sytuacji są ci żyjący na tzw. globalnym Południu, w tym w Afryce Północnej, gdzie wskaźniki zapadania na cukrzycę ostro podskoczyły, a dostęp do leczenia obu typów choroby przypomina stan znany Europie 80 lat temu. Dla wielu rodziców chorych dzieci insulina jest niedostępna, w niektórych rejonach trzeba po nią iść nawet 250 km. Nie wiadomo, jak wiele chorych dzieci nie zostało zdiagnozowanych. Pewne jest, że umierają, choć dysponujemy środkami, by zapewnić im długie i relatywnie komfortowe życie, które jest udziałem np. cukrzyków na Starym Kontynencie.

Uniwersalizująca się kultura złego żywienia co dzień zwiększa ryzyko zachorowania na cukrzycę, ale możemy mówić o przebudzeniu i coraz częściej próbach powstrzymania zabójczej słodkiej fali. Wiadomo już, że potrzebne są działania połączone – od polityk wymuszających produkowanie zdrowszej żywności, lepsze karmienie w szkołach i domach, po przeprojektowanie miast na takie, które będą sprzyjały życiu w ruchu. Te zmiany opłacą się pod każdym względem. Dziś wydajemy na leczenie cukrzycy i jej skutków 825 mld USD rocznie. Chorych dzieci jeszcze dokładnie nie policzono. Ale skalę problemu można sobie wyobrazić – 422 mln dorosłych cierpi na oba typy cukrzycy. Połowa z nich żyje w krajach rozwijających się. Za dwie dekady chorych będzie 700 mln ludzi. Chyba, że przestaniemy sobie słodzić.

Paulina Wilk jest dziennikarką, reportażystką i pisarką (wydała m.in. „Lalki w ogniu. Opowieści z Indii”, „Znaki szczególne”).

05.08.2016
Zobacz także

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Pięć minut dla pacjenta
    Lekarze rodzinni mają na zbadanie jednego pacjenta średnio po kilka minut. Taka sytuacja rodzi frustracje po obu stronach – wśród chorych, bo chcieliby więcej uwagi, oraz wśród lekarzy, bo nie mogą jej pacjentom poświęcić.
  • Dlaczego pacjenci muszą czekać w kolejkach?
    Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje rocznie na leczenie pacjentów ponad 60 mld zł. Ale ani te pieniądze, ani rozwiązania wprowadzane przez Ministerstwo Zdrowia – tzw. pakiet onkologiczny i pakiet kolejkowy – nie zmienią sytuacji. Dlaczego?