Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Kiszonki, szczepionki i odporność

Ewa Stanek-Misiąg
Kiszonki, szczepionki i odporność
Fot. pixabay.com

Wiele zakażeń przenosi się przez ręce. Żyjemy w skupiskach ludzkich, dotykamy tych samych klamek, myszek komputerowych, długopisów, poręczy w autobusach. Mycie rąk jest kluczową strategią, nic się w tej sprawie nie zmieniło od czasów Semmelweisa, czyli od XIX wieku. O odporności z dr. hab. Wojciechem Feleszko rozmawia Ewa Stanek-Misiąg



Ewa Stanek-Misiąg: Odporność to kwestia szczęścia, czyli dobrych genów?

Wojciech Feleszko: W dużej mierze tak, to się dziedziczy. Co gorsza, bardzo łatwo odporności zaszkodzić, a pomóc jest strasznie trudno.

Chce Pan powiedzieć, że podejmując działania takie jak zażywanie dostępnych w aptekach specyfików – mamy olbrzymi wybór – jesteśmy raczej skazani na porażkę niż na sukces?

Nie nazwałbym tego porażką, ale nie należy oczekiwać zbyt wiele. Poza tym, z moich obserwacji wynika, że zwykle zażywamy coś, ponieważ próbujemy w ten sposób nadrobić nasze codzienne niehigieniczne zachowania, których jest bez liku.

Czyli jedyną dobrą metodą jest dobre życie?

Jak się to mówi pacjentom, to są strasznie zawiedzeni. Ale takie jest podstawowe zalecenie. Żeby mieć dobrą odporność, trzeba się wysypiać, dobrze jeść – dużo warzyw i owoców, brać probiotyki, korzystać z dobrodziejstw szczepień, nie stresować się, kochać się...

Czy można wskazać „wiek uzyskania odporności”?

Gdzieś koło 7.–8. roku życia dzieci przestają chorować tak często, jak wcześniej. A patrząc na parametry układu odpornościowego, poziom immunoglobulin itd., to około 10. –14. roku życia organizm osiąga w tej sferze dorosłość.

Dzieci często chorują, ponieważ ich niedojrzały układ odpornościowy narażony jest – w żłobkach i przedszkolach – na nieustanny kontakt z wirusami. Każde przynosi swojego domowego wirusa i się tymi wirusami wymieniają. Skutek jest taki, że katar trwa niemal nieprzerwanie od połowy września do połowy kwietnia. Ledwo dziecko poszło do przedszkola, już jest chore.

I wtedy babcie pocieszają: wychoruje się, wychoruje i potem będzie zdrowy.

To jest oczywiście prawda. Przedszkolak zwykle po dwóch, trzech latach intensywnego chorowania przestaje chorować. Ci, którzy w przedszkolu nie chorują, mają albo supergeny - co zdarza się rzadko - albo starsze rodzeństwo, od którego łapali choroby, kiedy byli niemowlętami.

Chorowanie w wieku przedszkolnym jest normą, ale nie będziemy przekonywać, że z katarem i kaszlem należy chodzić do przedszkola?

Nie. Choć trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że jak ustalili mikrobiolodzy, wirus jest wydalany z nabłonka nosa jeszcze przez 3–4 tygodnie po przechorowaniu, czyli myślimy, że nasz przedszkolak jest już zdrowy, a on i tak swojego wirusa zaniesie kolegom. Sytuacja jest dosyć beznadziejna, prawdę mówiąc.

Z przedszkolnego chorowania moich dzieci zapamiętałam Groprinosin – duże tabletki, które trzeba było dzielić (bardzo ich nie lubiliśmy) oraz kropelki Echinacea. Zgodziłby się Pan z naszą pediatrą?

Preparatów wzmacniających odporność jest bardzo dużo. Tego wymaga rynek. Większość nas mieszka w miastach, a w zbiorowiskach ludzkich zakażenia rozchodzą się szybciej, więc powstaje potrzeba zaradzenia temu. Mamy preparaty z płetwy rekina, zestawy ziół tybetańskich...

Jest też wyciąg z grasicy cielęcej.

Tak. Zawiera tymozynę. Tylko, że badania kliniczne nie potwierdzają jego skuteczności. Prawda, że w grasicy dojrzewają komórki układu odpornościowego, że wstrzyknięcie tymozyny – hormonu wydzielanego przez grasicę – powoduje szybsze namnażanie tych komórek, ale na tym koniec. Wyniki pokazują, że nie przynosi to oczekiwanych korzyści dla pacjentów. Ale wróćmy do jeżówki i Groprinosinu. Jeżówka, czyli echinacea, była modna jakieś 20 lat temu, teraz następuje odwrót. Badania dowiodły, że nie jest ona skuteczniejsza niż placebo. Groprinosin natomiast odradza się jak feniks z popiołów, przybierając co parę lat nowe nazwy, teraz mamy neozynę. Ten związek chemiczny testowany in vitro, czyli w hodowlach komórkowych, rzeczywiście aktywizował komórki układu odpornościowego, więc sprawdzono jego działanie in vivo, a kiedy okazało się, że hamuje trochę zakażenia wirusowe, zaczęto go stosować w ciężkich zakażeniach wirusowych, HSV (opryszczka pospolita) czy CMV (cytomegalia). Nie ma jednak niestety wiarygodnych prac, które udowadniają, że Groprinosin działa w banalnych zakażeniach dróg oddechowych. A ponieważ medycyna poszła do przodu i powstały bardzo nowoczesne leki przeciwwirusowe specyficznie działające na danego wirusa, to Groprinosin, który miał być takim genialnym immunostymulantem do walki z wirusami, stał się bezrobotny. Na poważne zakażenia są lepsze leki, na banalne nie ma sensu go przyjmować.

A jakiego jest Pan zdania na temat witaminy D? Internet mówi, że witamina D wzmacnia odporność.

To fakt, że kto ma jej małe stężenie, ten więcej choruje. U polskich dzieci stężenie jest troszkę zmniejszone. Powstał więc pomysł, żeby je zwiększyć, wtedy dzieci chorowałyby mniej. Ku zaskoczeniu naukowców badania nie przyniosły jednak przełomu. Okazało się, że podawanie dużych dawek D3 w populacji zdrowych, dobrze odżywionych dzieci nie zmniejsza w znaczący sposób liczby zakażeń. Śledzę uważnie prace na ten temat. W swojej praktyce stosuję zasadę: zawsze jesienią przypominam pacjentom o konieczności przyjmowania witaminy D3, tysiąc jednostek dziennie dla dziecka. Nie da nam to gwarancji odporności, ale witamina przynosi tyle innych korzyści, że po prostu trzeba ją przyjmować.

Wspomniał Pan o probiotykach. To jest coś takiego, co można sobie kupić w aptece, ale równie dobrze w warzywniaku, w postaci kiszonek. Co lepsze?

Nauka mówi, że probiotyki wspomagają odporność. Na naszym uniwersytecie (WUM) takie badania prowadziła prof. Hanna Szajewska.

Prace pokazują korzystny efekt, ale w tej chwili nie jesteśmy w stanie wskazać dokładnie szczepu probiotycznego, którym należałoby karmić dzieci. Skłonny jestem wobec tego bardziej skupić się na diecie. Profesor Seppo Salminen z Turku w Finlandii, który od lat zajmuje się probiotykami i jest jednym ze światowych autorytetów w tej dziedzinie mówi, że dba o to, by codziennie zjeść coś sfermentowanego, to może być probiotyk w postaci jogurtu lub kiszonki. Tak postępują mądrzy ludzie, naukowcy.

Skoro jesteśmy w kuchni, to mamy tu jeszcze na wzmocnienie odporności – takie jest powszechne przekonanie – czosnek, sok malinowy, wyciąg z bzu, miód.

Zapomniała Pani o żeń-szeniu. Walorów smakowych każda z tych rzeczy ma bez liku, ale wiara, że wzmacniają odporność, nie ma podstaw. To raczej działanie psychologiczne. Ktoś podaje choremu herbatę z sokiem malinowym, przykrywa kocem, chory czuje się zaopiekowany.

Z dobrych rad, skutecznych, przypomnieć trzeba o myciu rąk. Częstym, nie tylko po wyjściu z toalety.

Wiele zakażeń przenosi się przez ręce. Żyjemy w skupiskach ludzkich, dotykamy tych samych klamek, myszek komputerowych, długopisów, poręczy w autobusach. Mycie rąk jest kluczową strategią, nic się w tej sprawie nie zmieniło od czasów Semmelweisa, czyli od XIX wieku.

Na liście działań proodpornościowych mam jeszcze hartowanie.

Nie widziałem badań, który potwierdzałyby, że osoby hartujące się mają lepszą odporność. Ale nie jest głupim pomysłem spędzanie aktywnie czasu na świeżym powietrzu, w niskich temperaturach. Możemy wrócić do początku naszej rozmowy? Bo nie chciałbym, żeby wyszła Pani z przekonaniem, że nie mamy żadnych narzędzi w walce o odporność.

Skupiłam się na nieskomplikowanych przypadkach...

...a są ludzie, którzy mają poważnie zdewastowaną odporność, którym trzeba podawać preparaty immunoglobulin.

Jaka to część Polaków?

W rejestrach mamy około półtora tysiąca pacjentów z niedoborem odporności, ale to nie pokazuje skali problemu. U wielu osób w Polsce nie ustalono rozpoznania. Chorują na zatoki, płuca, ale bez diagnozy o niedoborze odporności. Dlatego apeluję, jeśli ktoś choruje poważnie i długo, zwłaszcza na dolne drogi oddechowe albo choruje nietypowo, to niech koniecznie zrobi odpowiednie badania, poprosi lekarza o ich zlecenie.

W przypadku dzieci, co jest przesłanką dla rodzica, żeby wystąpić o coś takiego? Jaki rodzaj chorób? Jaka częstotliwość ich występowania?

Granica podjęcia decyzji o leczeniu dla każdego jest inna. Generalnie wychodzę z założenia, że jeśli rodzice są zaniepokojeni stanem zdrowia dziecka i szukają pomocy, to przede wszystkim należy wykonać badania w kierunku niedoboru odporności lub poszukać innej przyczyny. Na pewno badałbym dzieci, u których wystąpiły trzy zapalenia płuc w roku.

Na czym polegają takie badania?

Trzeba sprawdzić czy populacje wszystkich krwinek są w dobrej liczbie, czy nerki są zdrowe, czy organizm produkuje przeciwciała odpornościowe w wystarczającej ilości. To jest kilka dosyć prostych badań. Na ich podstawie można stwierdzić, czy ktoś ma naprawdę problem, którym trzeba się odpowiednio zająć.

...bo niezajęcie się może doprowadzić do?

Do uszkodzenia płuc i innych organów. Powstają nieodwracalne szkody. Chorym z poważnym niedoborem odporności podaje się leki uzyskane z surowicy dawców krwi, niektórzy – te najcięższe przypadki – przechodzą przeszczepienie szpiku.

A kiedy nie jest aż tak źle, ale mogłoby być lepiej?

Kiedy mamy absolutną pewność, że dziecko jest generalnie zdrowe, możemy sięgnąć po skuteczne metody na wzmocnienie odporności. To dotyczy najczęściej małych pacjentów, którym przepisuje się preparaty uzyskane z bakterii.

Mówi się na nie doustne szczepionki uodparniające, tak?

Tak. Niestety nie wszystkie, którą są na rynku, mają takie działanie. Rozpanoszył się na przykład ostatnio preparat pod nazwą ENTitis. Świetnie się sprzedaje, ale nie ma wiarygodnych badań dotyczących jego aktywności. Uczciwość nakazuje dawać człowiekowi leki, których skuteczność została potwierdzona metodą zachodniej racjonalnej cywilizacji i są takie szczepionki, więc trzeba pytać lekarza.

Dr n. med. Wojciech Feleszko, immunolog, pediatra pracuje w Klinice Pneumonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego w Warszawie

Rozmawiała: Ewa Stanek-Misiąg

Data utworzenia: 25.10.2018
Kiszonki, szczepionki i odpornośćOceń:
(5.00/5 z 5 ocen)
Zobacz także

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.