Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

1984

Felieton Katarzyny Kubisiowskiej

Rok 1984. Warszawa, szpital wojskowy przy Szaserów. Zespół w składzie – Wiesław Jędrzejczak, Cezary Szczylik i Zygmunt Pojda – podejmuje się wykonania pierwszego w Polsce przeszczepu szpiku kostnego nienarządowego. Zabieg wygląda w ten sposób: pobiera sie coś, co wygląda jak krew, i przeszczepia nie w miejsce chorego narządu, tylko przetacza do żyły. Nowe komórki mają zasiedlić miejsce po wcześniej zniszczonym szpiku. Pierwszą pacjentką jest sześcioletnia Ola cierpiąca na zespół Diamonda-Blackfanaod. Choroba polega na tym, że od urodzenia organizm nie wytwarza czerwonych krwinek, żyje się dzięki transfuzjom, umiera się zazwyczaj w wieku 10 lat. Dawcą szpiku jest czteroletnia siostra Oli. Przed zabiegiem lekarze muszą poinformować rodziców dziewczynki, że będzie on w Polsce pionierski, nikt wcześniej przed nimi tego tu nie robił. Trudności jest więcej: szpital nie dysponuje salą przeszczepową, na okoliczność operacji trzeba przystosować separatkę. Brakuje nie tylko urzadzeń do napromieniania, ale i elementarnych igieł; profesor Jędrzejczak konstruuje specjalną do pobierania szpiku. Chory szpik Oli trzeba zniszczyć chemioterapeutykiem – busulfanem. Tyle, że brakuje preparatu w odpowiednich gramaturach. Dziewczynka, by połknąć niszczacą dawkę busulfanu, musi zjadać go garściami. Przy zaburzeniach ze strony przewodu pokarmowego, które mają prawo się zdarzyć, sześciolatka może odmówić.

Dziś Ola jest dorosłą kobietą – skończyła studia, wyszła za mąż, urodziła dziecko. Zaś ten pierwszy udany przeszczep dokonany w ponurym orwellowskim roku, dał zespołowi Jędrzejczaka siłę do wykonywania kolejnych. Na Szaserów zaczęli przyjeżdżać chorzy z różnych stron Polski. Lecz wojsku przestało się to podobać – obawiano się, że szpital nie udźwignie rozgłosu, a zwłaszcza kosztów leczenia kolejnych pacjentów. Pilnowano, by ten wielki sukces w powojennej polskiej medycynie nie został nagłośniony: lekarzom zabroniono udzielać na ten temat wywiadów. A w roku 1987 na posiedzeniu komitetu partyjnego szpitala zapadła decyzja o rozwiązaniu zespołu.

Znakomity film „Bogowie” opowiada podobną historię. Rzecz dotyczy kilku wyboistych lat w karierze profesora Zbigniewa Religii. W latach 80. charyzmatyczny kardiochirurg wylądował w centrum bitewnego peerelowskiego układu (później stał się jego częścią) i komunistycznego ubóstwa. I z otaczającymi go homo sovieticus toczy walkę o możliwość wykonania pierwszego przeszczepu serca. Nie słucha prominentów, którzy po pierwsze podcinają mu skrzydla nie dając wiary w to, że transplantacja może się w ogóle udać, a po drugie skutecznymi ruchami usiłują uniemożliwić działanie. Religa 5 listopada 1985 roku przeprowadza pierwszy w Polsce udany przeczep serca. Pacjent umiera dwa miesiące później. Przyczyna: sepsa. Powód: zbyt duża ilość dawek leków immunosupresyjnych odbierających organizmowi moc do zwalczenia infekcji. Ale bariera moralna zostaje raz na zawsze przełamana: bijące jeszcze serce pobrano z jednego ciała i włożono w inne.

Rok 1987 w polskich transplantacjach jest przełomowy. Wtedy jeszcze docent Religa czyta list „Jestem nauczycielem. Choruję na serce. Proszę o pomoc”. 5 sierpnia Tadeusz Żytkiewicz jest operowany. Dziś ma 88 lat, serce od Religii bije w nim od lat 27. W takich sytuacjach kardiolog, onkolog czy chirurg może pomyśleć: „Jestem niczym Bóg. Wskrzeszam, czynię to, czego zwykły smiertelnik nie dałby rady”. Ale równolegle wraca pamięć tych wszystkich ludzi, którzy umarli na stole operacyjnym lub ich organizm nie wytrzymał kolejnej chemii. To trenuje pokorę, nie pozwala utrzymywać w sobie zbyt długo przekonania o pierwiastku boskości. Pewne jest zaś jedno: coś z Boga trzeba było mieć, by dokonywać przełomów medycznych, w systemach, które nic innego nie robiły poza rzucaniem kłód pod nogi i odbieraniem nadziei.

20.10.2014
Zobacz także

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Pięć minut dla pacjenta
    Lekarze rodzinni mają na zbadanie jednego pacjenta średnio po kilka minut. Taka sytuacja rodzi frustracje po obu stronach – wśród chorych, bo chcieliby więcej uwagi, oraz wśród lekarzy, bo nie mogą jej pacjentom poświęcić.
  • Dlaczego pacjenci muszą czekać w kolejkach?
    Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje rocznie na leczenie pacjentów ponad 60 mld zł. Ale ani te pieniądze, ani rozwiązania wprowadzane przez Ministerstwo Zdrowia – tzw. pakiet onkologiczny i pakiet kolejkowy – nie zmienią sytuacji. Dlaczego?