Ocenia się, że nawet 1,5 miliona osób w Polsce nie wie, że choruje na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (POChP). Utrzymująca się duszność i poranny kaszel to pierwszy sygnał, że nie wszystko jest w porządku.
Jest 2000 rok. Zbigniew Furman, szef działu fotografii tygodnika „Wprost”, przebiega ze swojego gabinetu do gabinetu kolegi. Musi mu przekazać ważną wiadomość. Do pokonania ma dystans 20 metrów. Gdy po chwili dociera na miejsce, nie może oddychać. Odnosi wrażenie, że zaraz umrze. – To było 26. piętro jednego z wieżowców w Warszawie. Nasze biuro obejmowało ok. 3 tys. m2 powierzchni. Pamiętam, że kiedy dotarłem na miejsce, to oparłem się o ścianę i bardzo długo nie mogłem złapać tchu. Coś strasznego, jakbym miał zaraz „paść trupem”. Wiedziałem, że trzeba jak najszybciej sprawdzić, co się dzieje – opowiada.
Na szczęście w tym samym wieżowcu znajdowała się przychodnia, do której Furman udał się niemal natychmiast. – Rozpoczęły się badania. Dość szybko pulmonolog stwierdził, że to przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP). Pojemność płuc? Około 50%. To tak, jakbym oddychał tylko jednym płucem – wspomina.
Fotograf przyznaje, że przez wiele lat palił papierosy, a do pracy jeździł samochodem. – Z samochodu szedłem prosto do windy, później spędzałem kilkanaście godzin przed biurkiem. Droga powrotna wyglądała analogicznie: od biurka do windy, później do samochodu. Parkowałem przed domem, więc nie ruszałem się zbyt wiele – tłumaczy. – Poza tym paliłem bardzo, bardzo dużo papierosów, minimum 40 dziennie. W zasadzie nie wyjmowałem ich z ust. Nałogu pozbyłem się jeszcze przed diagnozą POChP, ale palenie na pewno miało wpływ na chorobę – dodaje.
– Ważne, aby w gabinecie lekarskim pytać pacjentów o to, czy palą papierosy i dlaczego – mówi dr Piotr Dąbrowiecki, specjalista chorób wewnętrznych i alergologii Wojskowego Instytutu Medycznego, przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP. Lekarz podkreśla, że pacjent musi być świadomy, jak pozorne są „benefity”, które otrzymuje, paląc papierosy. Te mogą być różne: chwila odpoczynku w czasie pracy, zabicie nudy, chęć zaistnienia w środowisku przyjaciół czy znajomych, potrzeba nawiązania nowych relacji przy okazji przysłowiowego „dymka”.
Rola lekarza polega na tym, żeby pokazać, jakie koszty ponosi pacjent, decydując się na palenie. – A tych jest całe mnóstwo: duszności, koszty leczenia, problemy ze snem, rozwój chorób płuc i serca, choroby nowotworowe, problemy skórne itd. – tłumaczy specjalista. – Im większą świadomość będzie miał pacjent, tym łatwiej będzie mu podjąć decyzję, że zaczyna z nałogiem walczyć – dodaje.
Dla człowieka chorego na POChP sprawdzian wytrzymałości stanowi sezon grzewczy. Z chwilą, gdy do atmosfery wydostaje się tzw. niska emisja, zaczyna się walka o przetrwanie. Chorym na POChP w codziennym funkcjonowaniu zimą nie pomagają ponadto przekroczone (wielokrotnie) stężenia pyłów zawieszonych PM 10 i PM 2,5, śnieg zalegający na chodnikach i gruba warstwa ubioru ograniczająca ruchy. – Dla mnie najgorszy jest ten okres w ciągu roku, kiedy temperatura spada poniżej 5°C. Wtedy staram się jak najmniej przebywać na zewnątrz – mówi Furman. – Mniej więcej od listopada do końca lutego przeżywam spore trudności. Jeśli jestem na dworze, zdecydowanie gorzej mi się oddycha, czuję, że jestem lekko podduszony. „Z tyłu głowy” mam taką myśl, że kiedyś się uduszę. Te myśli wracają zwłaszcza zimą. Nauczyłem się jednak z tym żyć i nie poddawać się – mówi Furman.
– W Polsce w sezonie grzewczym wszystkie stacje pomiarowe wskazują stężenia benzopirenu przekraczające europejską normę od 2 do 16 razy na dobę. Wiadomo, że benzopiren to kancerogen nr 1, powodujący rozwój raka płuc i innych narządów miąższowych, wywołujący także stany zapalne w układzie oddechowym, które w przyszłości mogą być przyczyną POChP – mówi dr Dąbrowiecki.
Specjalista podkreśla, że istotny jest również rodzaj paliwa wykorzystywany do palenia w domowych piecach. Od niego zależy, jakie substancje wydostają się do atmosfery. Te z kolei mają bezpośredni wpływ na stan układu oddechowego i rozwój chorób płuc oraz infekcji i są przyczyną problemów z oddychaniem.
Dla pacjentów cierpiących na POChP ważna jest również codzienna aktywność fizyczna. – Nie chcę, żeby ludzie chorzy na POChP składali broń. To niezwykle ważne, żeby spacerowali, jak najczęściej się ruszali, uprawiali jakąkolwiek aktywność fizyczną – mówi Furman. – Na przykład ja planuję… przejść półmaraton. Wiem, że może to brzmi dziwnie. Na pewno nie dam rady takiego dystansu przebiec, ale może przejść? Dlaczego nie. To wszystko po to, by udowodnić, że można chorować na POChP i czuć się w miarę dobrze. Marzę, że dzięki temu uda mi się zachęcić choć kilka, kilkanaście osób do aktywności fizycznej – tłumaczy.
– Kiedyś na wakacjach poznałem kolegę z branży, Janusza. On był „uzależniony” od chodzenia. Potrafił każdego dnia spacerować 10–20 km. Postanowiłem dołączyć do niego i razem z nim chodzić na piesze wycieczki. Na początku przemierzałem jakieś 4–5 km dziennie. Śmiałem się, że lekarz mi przepisał Janusza na receptę – mówi Furman. Jak wspomina, nie zależało mu na biciu kolejnych rekordów, ale na regularnym ruchu. – W czasie swojego urlopu dużo spacerowałem, ale także starałem się wprowadzać aktywność fizyczną do codziennego życia. Przez 7 lat pracowałem w Muzeum Powstania Warszawskiego, które jest położone ok. 7 km od mojego domu. Gdy tylko było ciepło, chodziłem do pracy pieszo. Na początku dojście do pracy zajmowało mi ponad 2 godziny. Później już 1,5 godziny. Starałem się jak najczęściej chodzić – niespiesznie, ale systematycznie. I chyba mi się to udawało – mówi z dumą.
– Nie poddaję się, nie zamykam się w czterech ścianach. W okresie, kiedy zdiagnozowano u mnie POChP, robiłem zdjęcia z wież warszawskich kościołów. Żeby się tam dostać, musiałem wejść nawet i trzy piętra po drabinie. Dla kogoś, kto ma ponad 60 lat, a wydolność płuc na poziomie 45%, jest to wyczyn – mówi z dumą Furman. – Te zdjęcia mógł wykonać kolega, który jest ode mnie młodszy o 30 lat, ale chciałem pokonać swoje lęki i przekroczyć granice. Udało się – dodaje.
Problem obturacyjnych chorób płuc (czyli takich, które przebiegają ze skurczem oskrzeli) w Polsce może dotyczyć około 6–7 milionów osób: ok. 4 miliony chorych zmaga się z astmą, a ponad 2 miliony z POChP. – Tacy pacjenci są leczeni z powodu bliżej nieokreślonych infekcji lub nawracających przeziębień – mówi dr Dąbrowiecki. – Rozpoznanie POChP ustalono u ok. 600 tys. pacjentów. To niewielka liczba, ponieważ szacuje się, że na tę chorobę może cierpieć nawet 3–4 razy więcej osób. Przed nami jeszcze sporo pracy– ważne, by jak najwięcej osób dowiedziało się o istnieniu POChP – dodaje.
– Wszyscy mi mówili, że jeśli nie rzucę palenia, to umrę na raka. POChP? O tej chorobie dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy zacząłem się z nią zmagać. Mówi się o niej zdecydowanie zbyt rzadko – twierdzi fotograf. – Wiem, że przynajmniej raz w roku powinienem wykonać spirometrię, żeby sprawdzić pojemność płuc i dobrać odpowiednie leki. Uważam, że każdy palacz powinien chociaż raz w życiu wykonać takie badanie, nawet prywatnie. To nie są duże koszty – zachęca Furman.
Warto nadmienić, że badanie spirometryczne można wykonać także w czasie Dni spirometrii, które są organizowane raz w roku, zazwyczaj jesienią. – To dobra okazja, żeby się zbadać. Choroby płuc nie są wyrokiem śmierci, jak chcieliby myśleć niektórzy. Im wcześniej rozpoznamy przyczyny trudności z oddychaniem, tym dłużej i lepiej będziemy żyć – zachęca dr Dąbrowiecki.
Specjalista podkreśla, że Polacy lekceważą badania profilaktyczne, a większość palaczy nie chce rzucić nałogu, chociaż boi się rozpoznania nowotworu. Świadomość istnienia innych chorób płuc jest zdecydowanie zbyt mała. – Jeszcze kilka lat temu zaledwie 3% badanych wiedziało, czym jest POChP. Dziś, dzięki działaniom m.in. Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc, Polskiego Towarzystwa Alergologicznego czy Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP, poziom wiedzy Polaków na ten temat wzrasta. Niestety, nadal nie przekracza ok. 20% populacji – dodaje.
– Podstawą leczenia POChP jest codzienne stosowanie leków wziewnych. Na początku wystarczy jeden inhalator, ale wraz z rozwojem choroby trzeba dołożyć kolejne leki. Często w ciężkiej postaci POChP stosuje się 2 leki rozszerzające oskrzela i 1 lek przeciwzapalny. Kiedy zlecamy choremu terapię inhalacyjną, powinniśmy mu pokazać, jak prawidłowo stosować leki. Podane w sposób nieumiejętny – nie działają. W optymalnych warunkach chory powinien stosować jeden rodzaj inhalatora lub podawać wprost wszystkie leki z jednego dozownika. Obecnie jest to już możliwe – podkreśla dr Dąbrowiecki.
– Wiem, że już do końca życia jestem uzależniony od leków i inhalatora. Zrozumiałem to, kiedy pracowałem na Przystanku Woodstock. Z powodu unoszących się tumanów kurzu nie byłem w stanie oddychać. Nieprzebrane morze ludzi ciągle przemieszczało się po wyschniętej (zazwyczaj) ziemi. Kto tam był, ten zrozumie, o czym mówię – wspomina fotograf. – Na Woodstock zapomniałem wziąć inhalator, a w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby mi przepisać leki. Straszliwie chorowałem. Ciągle się dusiłem, bo pył unoszący się w powietrzu nie pozwalał mi oddychać.
– Nie ma mowy, żebym przebiegł dłuższy dystans, np. do stojącego na przystanku autobusu. Jeśli wchodzę po schodach, to na każdym piętrze muszę odpocząć. W kieszeni spodni zawsze mam salbutamol, bo podświadomie czuję, że kiedyś znów mogę zacząć się dusić – kontynuuje swoją historię. – Mam 190 cm wzrostu, więc trochę tego tlenu potrzebuję. Bywały momenty, że nagle lądowałem w przychodni z uczuciem, że zaraz się uduszę. Nie mogłem złapać tchu. Takie sytuacje zdarzały się głównie zimą. Wtedy dostawałem zastrzyki i powoli dochodziłem do siebie – mówi. – Wiem, że masa ciała też nie jest bez znaczenia. Teraz, gdy przytyłem, widzę, że oddycha mi się znacznie gorzej. Jeszcze dwa lata temu chodziłem z żoną na siłownię, korzystałem z pomocy trenera personalnego, który wiedział, że choruję na POChP i dobierał mi odpowiednie ćwiczenia – wspomina fotograf. Jak mówi, zazwyczaj były to ćwiczenia aerobowe, zwiększające wydolność organizmu.
– Walka z chorobą jest dla mnie o wiele łatwiejsza, ponieważ mam wsparcie ze strony lekarza. Uważam, że każdy lekarz powinien być także dobrym psychologiem i zachęcać do aktywności fizycznej, zmiany nawyków żywieniowych czy po prostu odpowiadać na pytania pacjenta i rozwiewać jego wątpliwości – mówi Furman. – Ja miałem to szczęście, że dzięki mojemu lekarzowi uwierzyłem, że POChP to nie jest koniec świata i mimo wszystko mogę się postarać żyć normalnie – kończy.