Polska z okien ambulansu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

W maju do księgarń trafi druga książka reportażysty Pawła Reszki poświęcona tematom związanym z ochroną zdrowia. Jednak nie jest to prosta kontynuacja „Małych bogów”, książki poświęconej przede wszystkim lekarzom. „Mali bogowie 2” to w równym stopniu opowieść o kulejącym systemie ochrony zdrowia w jego najbardziej newralgicznych aspektach, jak i – po prostu – o Polsce.

Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta

Podczas pracy nad książką autor musiał pożegnać się z anonimowością. Po pierwsze, w środowiskach medycznych stał się osobą rozpoznawalną. Po drugie, temat – szeroko rozumiany system ratownictwa medycznego – wykluczał wszelkie „podstępy” i podejmowanie pracy incognito. Ale rozpoznawalność (i więcej – marka, jaką Paweł Reszka wyrobił sobie pisząc pierwszą część „Małych bogów”) zaowocowała zaufaniem. Reszka mógł podpatrywać pracę ratowników jeżdżąc z nimi karetką, został też wpuszczony na dyżur w szpitalnym oddziale ratunkowym.

Dzięki temu autor mógł na bieżąco konfrontować to, co mówią główni bohaterowie jego książki – ratownicy, lekarze systemu ratownictwa medycznego, sanitariusze, pielęgniarki – ze swoimi obserwacjami. Siła „Małych bogów 2” bierze się właśnie ze scenek, których tym razem Paweł Reszka ma dla czytelników naprawdę sporo. Niektóre chwytają za gardło, inne doprowadzają do furii, jeszcze inne śmieszą, choć ten śmiech jest gorzki, a rodzaj humoru – czarny.

Polska widziana z okien ambulansu nie jest piękna. Brud, zaniedbanie, degrengolada, czasami wręcz zezwierzęcenie – to codzienne doświadczenia tych, którzy jeżdżą w karetkach. Teoretycznie – ratować ludzkie życie. W praktyce – i zbyt często – interweniować w sprawach, które w ogóle nie powinny interesować pogotowia ratunkowego. Wkraczać w obszar, za który powinna odpowiadać opieka i pomoc społeczna, wyręczać (lub przynajmniej wyprzedzać) policję.

Mówi jeden z bohaterów: „W takich chwilach mamy poczucie, że przekraczamy granice swoich kompetencji. Mieliśmy ratować życie. Tymczasem wyrzuty sumienia każą nam poprawiać w ramach prac społecznych niedorozwinięty system ochrony zdrowia i opieki społecznej. Robimy to tak, jak potrafimy. Załatwiamy problemy na krótką metę”.

Ekipy ratowników są też mimowolnym świadkiem przemian cywilizacyjnych, jakie zaszły i zachodzą w społeczeństwie. Ciężka choroba, umieranie, śmierć – to coś, z czym się nie godzimy i czego nie potrafimy zaakceptować jako naturalnego stanu. „Artur pamięta, jak kiedyś jeździło się do śmierci na wieś. Śmierć była czymś naturalnym, oswojonym. Rafałek tak samo: – Zapalali gromnicę i czekali, aż dziadek zejdzie. (...) Rafał: – Teraz od progu darcie mordy: „Ratujcie, ratujcie, trzeba ratować”. Ale ci powiem, że tu nie chodzi o ratowanie, nie. – To o co chodzi? Rafał: – Żeby się pozbyć tych półzwłok. Ludzie nie chcą teraz patrzeć na umieranie. Możesz tłumaczyć, że to nie ma sensu: Szanowna pani, tatuś pani zejdzie na SOR-ze w otoczeniu obojętnych mu ludzi, nikt nie usłyszy jego ostatnich słów, a jak usłyszy, to będzie je miał w dupie. Tatuś powinien umrzeć tutaj, we własnym domu, w otoczeniu rodzinnego ciepła... Ale nie, ona swoje: „Ratujcie, ratujcie, trzeba ratować”. Czyli: zabierzcie stąd to truchło. Nie mam ochoty na to patrzeć”.

Ale oskarżenie o znieczulicę czy brak wyższych uczuć byłoby zbyt proste. Jedna z występujących w książce lekarek mówi wprost, że choćby w chorobach nowotworowych paliatywni pacjenci i ich rodziny są przez system pozostawieni sami sobie: „Mam wrażenie, że z tymi rodzinami nikt nie rozmawia. Pacjent, który ma rozsiany proces nowotworowy i trzy miesiące oczekiwania na opiekę paliatywną w domu, to jest chichot losu, bo co oni mają robić przez trzy miesiące? NFZ w Polsce jest kompletnie do tego nieprzygotowany”. A przynajmniej część rodzin jest gotowa – jeśli tylko dostanie minimum wiedzy i wsparcia – przejąć opiekę nad chorym i pozwolić mu odejść po ludzku, we własnym domu. Choć, przyznaje lekarka, dużo jest takich, którzy w terminalnie chorym widzą problem, którego należy się pozbyć.

Pogotowie „sprząta” jednak nie tylko umierających. „23 grudnia – taka jest zasada – zawsze będą ci chcieli kogoś podrzucić. Najczęściej dziadka albo babcię chorych na demencję. Bo nie da się takich zostawić w domu i wyjechać. Brać ze sobą też się nie da. W domu też dezorganizują życie. Zamiast cieszyć się za stołem z narodzenia Jezuska, trzeba babci zmieniać pampersa albo ją karmić: łyżeczka za łyżeczką tak przez dobre pół godziny. Dlatego rodziny patrzą na nas oczami spaniela: – Weźcie babcię, niech się podleczy. Jeśli się zgodzimy, uwolnimy ich od poczucia winy: »podleczy się« to słowo, które tłumaczy niegodziwość. Jeśli się nie zgodzimy, będą – większość z nich – próbowali dalej. – Ale jak to nie weźmiecie. Przecież musicie. No, weźcie babcię”.

Kolejna plaga to wezwania do błahych przypadków. Bezzasadne. Takie, za które – przynajmniej w teorii – powinny być wystawiane rachunki. Nie są, bo brakuje woli (odwagi) – politykom, decydentom. Więc niektórzy wzywają pogotowie do spuchniętej wargi, inni – z tygodniowym kłuciem w lewym kolanie zgłaszają się na szpitalny oddział ratunkowy. „Ordynator J.: – Dziewięciu na dziesięciu z nich nie powinno nigdy się tu znaleźć. Będą czekać”. Inny lekarz: „Oni muszą odczuć, że przyjście na SOR było błędem. Zderzyć się z obojętnością i chłodem. Tak, żeby nie próbowali już tu nigdy wrócić z jakąś pierdołą.”

Znieczulica? Paweł Reszka swoją pierwszą książkę zatytułował przecież „O znieczulicy polskich lekarzy”. Czyżby na SOR znalazł potwierdzenie tej tezy? Nie. Można powiedzieć, że przeciwnie. Jak na warunki, jakie zostały im stworzone, pracownicy systemu – lekarze, pielęgniarki, ratownicy – wykazują się zadziwiającą empatią. Choć tylko wobec tych, którzy tej empatii rzeczywiście potrzebują.


Paweł Reszka, „Mali bogowie 2. Jak umierają Polacy”, wyd. Czerwone i Czarne.

Bo na przykład „bomisie” na empatię nie mają co liczyć. „Wie pan, co to jest bomiś? Takie co mówi: »Bo mi się należy«. Bomisie są wszędzie. Ludziom się wydaje tak: »Wy od tego jesteście, ja na to płacę składki«. Wchodzi pan i pani na SOR, kobieta ubrana high level i mówi: – Ja jestem prokuratorem, a to jest mój ojciec. Więc pytam ją grzecznie: – A czy tacie oprócz tego coś dolega? Czego wymagać od ludzi, powiedzmy, na jakimś przeciętnym poziomie, skoro człowiek z wyższym wykształceniem, który reprezentuje podobno inteligencję, jest w stanie się tak zachować?”.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że „Mali bogowie 2. Jak umierają Polacy” to książka, która przypomina rosyjską matrioszkę. Odkrywamy jeden wątek, a w nim zawiera się kolejny. I jeszcze jeden. I następny. Wszystkie jednak mógłby spiąć uniwersalny podtytuł: „O naszej znieczulicy”.

Data utworzenia: 07.05.2018
Polska z okien ambulansuOceń:
Wysłanie wiadomości oznacza akceptację regulaminu

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Gotowi na mobilizację
    Zebrani zgodnie przyznali, że na obietnice i działania ze strony rządu można liczyć tylko pod presją. Jest nacisk, jest niepokój, jest protest – są decyzje – mówi o spotkaniu przedstawicieli organizacji lekarskich dr Jarosław Biliński, wiceprzewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL, członek NRL.
  • "Wszystko to odbędzie się kosztem pacjentów"
    Ktoś wymyślił sobie ideę dotyczącą tworzenia Centrów Zdrowia Psychicznego, poszły odgórne dyspozycje, a efekty oceniać będzie się po fakcie. Nikt niestety nie wziął pod uwagę, że może się to skończyć tym, że znacznie więcej pacjentów nagle trafi do szpitali, bo ich stan się znacząco pogorszy. Wszystko to odbędzie się kosztem pacjentów - ostrzega Sławomir Makowski, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Psychologów.
  • Polacy skazani na kolejki
    Aby dostać się do specjalisty, Polacy muszą poczekać w kolejce średnio ok. 3,4 miesiąca, a na pojedyncze świadczenie gwarantowane - 3,7 miesiąca. To 2 tygodnie, czyli ok. pół miesiąca więcej niż w ubiegłym roku.
  • Bolesna prawda o leczeniu bólu
    Sieć Watchdog Polska wzięła pod lupę problematykę leczenia bólu w polskich szpitalach. Wnioski nie napawają optymizmem – brakuje opracowanych schematów postępowania, personel nie jest szkolony w tym zakresie, a stosowane metody odstają od światowych standardów.