Wszystko, co wydarzyło się 13 grudnia 1981 roku, rozniosło się echem po większości polskich domów i rodzin. Polityczne decyzje w życiu niemal każdego Polaka coś wtedy zmieniły. Dla moich rodziców sprawiły, że ich praktyka lekarska – bardzo symbolicznie – stała się wyjątkowa.
Historia zawodowa moich rodziców jest nieco nietypowa. Może nie sam jej przebieg, ale z pewnością jej początek. Ich praca zaczęła się w bardzo znaczącym momencie dla historii Polski. Co kilka lat, kolejna okrągła rocznica zakończenia studiów staje się okazją do spotkania z kolegami z roku, a przy tym także do opowiedzenia swoich wspomnień rodzinie. Kiedyś dzielili się nimi przede wszystkim z dziećmi, teraz – także z wnukami. Powraca wtedy temat niezłożonego przed rozpoczęciem pracy w zawodzie lekarza tradycyjnego ślubowania – Przyrzeczenia Lekarskiego.
Przyrzeczenie jest pewnego rodzaju nowożytną formułą antycznej przysięgi Hipokratesa. Stanowi uroczystą deklarację przestrzegania zasad etyki i zawodu lekarza, zachowania najwyższych standardów podczas wypełniania największego zobowiązania – służenia zdrowiu i życiu ludzkiemu, bez względu na okoliczności.
Oboje rodzice studiowali medycynę. Naukę na Śląskiej Akademii Medycznej, uczelni, która od 2007 roku nosi nazwę Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, ukończyli w 1981 roku. W tym samym roku, gdy w nocy z 12 na 13 grudnia gen. Wojciech Jaruzelski ogłosił stan wojenny. Jego przemówienie, wyemitowane w Dzienniku Telewizyjnym, wieczornym wydaniu wiadomości, stanowi już pewnego rodzaju symbol. Decyzje, które wtedy zostały ogłoszone i wynikające z nich konsekwencje stanowiły kulminacyjny moment w historii powojennych stosunków polsko-radzieckich. Zarówno historycy, jak i zwykli obywatele są podzieleni co do uznania zasadności wprowadzenia takich rozwiązań. Niezależnie od stawianych dzisiaj ocen, jedno wydanie Dziennika zmieniło sytuację milionów Polaków. Krótka chwila zachwiała poczuciem bezpieczeństwa, naruszyła pewien porządek rzeczywistości.
W poniedziałek 14 grudnia rodzice mieli odebrać dyplomy ukończenia studiów na oficjalnej uroczystości. Następnie wszyscy absolwenci jednym głosem powinni byli złożyć przysięgę. Jest to chwila wyczekiwana przez młodych lekarzy. Ze studentów stają się medykami – potwierdzona zostaje ich przynależność do zawodu i kompetencje. Rangę temu symbolicznemu przejściu nadaje oficjalna oprawa. Na tę chwilę czekali także moi rodzice – młode małżeństwo, które rozpoczynało wspólną drogę rodzinną i karierę zawodową.
Niemal cała niedziela upłynęła na zastanawianiu się, co robić. Nie było wiadomo, czy będzie można gdziekolwiek dojechać. Czy komukolwiek uda się dotrzeć do Katowic? Czy spotkanie się w ogóle odbędzie? A jeśli tak, to czy wzięcie udziału w zgromadzeniu nie zakończy się aresztowaniem lub innymi represjami? Lepiej jechać i nie dać sobie odebrać tak istotnego momentu w życiu, czy zadbać o własne bezpieczeństwo?
Moja mama była wtedy w ósmy miesiącu ciąży. Razem z nią doświadczałam tego wszystkiego. Rodzice czekali na mnie. Jako lekarze zdawali sobie sprawę, że najlepiej będzie, jeśli przyjdę na świat o czasie. Tym bardziej, że czas był taki, że lepiej było się nigdzie nie pchać ani nie wychylać. To musiała być dla nich bardzo trudna decyzja. I nawet kiedy już zapadła, w ich głowach przez cały czas i tak krążyły wątpliwości, nieustannie dokarmiane lękiem.
Rodziców czekała kilkudziesięciokilometrowa podróż. Już po kilku kilometrach zostali zatrzymani przez milicję przy tymczasowym posterunku na granicy Katowic, Będzina i Czeladzi. Dziś jest tam rozległe centrum handlowe. Funkcjonariusze wypytali ich o cel podróży. Sprawdzono ich dokumenty. Ileż napięcia musiało narosnąć w tej dwójce młodych ludzi w tak krótkim czasie? Ile razy w ich głowach pojawiło się pytanie – czy warto tak się narażać dla chwili, dla zasady?
W końcu usłyszeli, że mogą jechać dalej, do Pałacu Młodzieży. To był jedyny przystanek na ich drodze – wystarczył, aby podróż stała się niezapomniana. Przez całą dalszą trasę towarzyszyły im emocje, zrodzone podczas kontroli. Tego nie da się tak szybko przeżyć, w jednej chwili zapomnieć!
Gdy już minęła niepewność, czy w ogóle dotrą na miejsce, pojawił się nowy niepokój – co się może wydarzyć, gdy już tam będą. W końcu w całym kraju obowiązywał stan wojenny. Wszędzie było pełno milicji, a nawet wojskowych.
Rodzice nie wiedzą, czy 14 grudnia wszyscy ich koledzy z roku dotarli po odbiór dyplomu. Z powodu zakazu zgromadzeń, na aulę nie wpuszczono całego rocznika. W tej sprawie nie udało się niczego wynegocjować, nawet pomimo wytrwale prowadzonych przez dziekana negocjacji z wojskowymi. Dyplomy odbierano grupami – w gabinecie dziekana. Niektórzy otrzymali je w korytarzu, a nawet na schodach. A wszystkiego dopełniał gest uścisku dłoni. I ogromne wzruszenie. Bo działa się historia – zarówno ta narodowa, jak i indywidualna, jednostkowa. Od teraz każdy, niezależnie od tego, czy oficjalnie wygłosił ślubowanie, stawał się lekarzem, gotowym wypełniać swoje zawodowe zobowiązanie. Rodzice nieraz podkreślali, że mimo iż nie składali przyrzeczenia, nie miało to żadnego wpływu na ich zaangażowanie w pracę. Standardy to nie tylko słowa. Może przede wszystkim to, co pozostaje, gdy słów zabraknie.
Dopiero po trzydziestu latach naprawiono to niedopatrzenie, pewnego rodzaju niesprawiedliwość. Na uroczyste spotkanie w auli przybyła ówczesna pani rektor prof. Ewa Małecka-Tendera, a także nestor polskiej medycyny – 86-letni prof. Władysław Nasiłowski. Wygłosił tego dnia tę samą mowę, którą przygotował na dyplomatorium kilkadziesiąt lat wcześniej. Profesor był postacią wyjątkową, niezwykle kompetentną, oddaną swojemu zawodowi. Został pierwszym dziekanem Wydziału Lekarskiego Śląskiej Akademii Medycznej wybranym w demokratycznych wyborach.
Wszystko, co wydarzyło się 13 grudnia, rozniosło się echem po większości polskich domów i rodzin. Polityczne decyzje, choć bezpośrednio nie angażowały każdego obywatela, w życiu niemal każdego Polaka coś wtedy zmieniły. Dla moich rodziców – sprawiły, że ich praktyka lekarska, bardzo symbolicznie – stała się wyjątkowa.
Pomimo braku przyrzeczenia, formalnych deklaracji i uroczystych ceremonii można pracować uczciwie i postępować etycznie. I może dzięki takim postawom Polska wtedy, choć boleśnie doświadczona i mocno poobijana, wyszła z trudnej opresji zwycięsko. Mimo lęku, niepewnego jutra i realnego zagrożenia, większość obywateli robiła swoje i starała się zachowywać przyzwoicie.
Ludzkiej solidarności i odpowiedzialności nie są w stanie zniszczyć „historyczne racje”1 i polityczne interesy. Nawet, gdy na końcu nie pada: „Przyrzekam to uroczyście!”.
1. Zwrot pochodzi z wiersza Juliana Tuwima „Do prostego człowieka” – „… Gdy zaczną na tysięczną modłę / Ojczyznę szarpać deklinacją / I łudzić kolorowym godłem / I judzić „historyczną racją…”.