Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Czy powstaną ratownicze "jednostki do zadań specjalnych"?

11.12.2019
Karolina Krawczyk

– Moje doświadczenia zawodowe z różnych imprez masowych pokazują, że w sytuacji podwyższonego ryzyka nie jesteśmy przygotowani na współpracę z innymi służbami – mówi Piotr Kominek, ratownik medyczny.

Piotr Kominek / Fot. KK

Karolina Krawczyk: Czy Pana zdaniem w ramach systemu Państwowego Ratownictwa Medycznego (PRM) powinny funkcjonować zespoły wysokospecjalistyczne? Jaką rolę mogą odgrywać?

Piotr Kominek: Sądzę, że takie wysokospecjalistyczne jednostki powinny funkcjonować. Przede wszystkim brakuje ludzi, którzy są przygotowani do działania podczas zdarzeń masowych – o charakterze terrorystycznym, chemicznym i biologicznym – w tym także narażenia na kontakt z chorym na niebezpieczną i bardzo zakaźną chorobę. Uważam, że brakuje również specjalistów z zakresu ratownictwa medycznego, którzy mogliby pracować na trudnym terenie, w ciasnych przestrzeniach czy na gruzowiskach, np. w warunkach dużej katastrofy budowlanej w mieście.

Jak takie jednostki powinny funkcjonować?

Jest kilka możliwości, jeszcze więcej pomysłów, ale obecnie możemy mówić jedynie o myśleniu życzeniowym, a nie wcielaniu konkretnego planu w życie. Według jednej z rozpatrywanych opcji te jednostki mogłyby wspomagać „standardowe” zespoły PRM w przypadku np. dużej liczby wyjazdów. Jednak idealnie byłoby, gdyby jednostki specjalistyczne funkcjonowały zupełnie niezależnie i w sytuacji zdarzenia nadzwyczajnego mogły działać bez zbędnego opóźnienia.

Jak Pan ocenia skalę zapotrzebowania na zespoły wysokospecjalistyczne?

Na szczęście w Polsce sytuacje nadzwyczajne zdarzają się marginalnie. Trzeba jednak pamiętać, że zagrożenia o charakterze biologicznym czy chemicznym mogą wystąpić szybciej, niż się spodziewamy. Dzisiaj nie tak trudno pojechać na drugi koniec świata i „przywlec” ze sobą chorobę bardzo zakaźną. Automatycznie można więc powiedzieć, że największe miasta w Polsce, a już przynajmniej te, gdzie znajdują się duże lotniska, są potencjalnie zagrożone. W przypadku takich zdarzeń chcielibyśmy być gotowi. Dziś nie dyskutujemy o tym, czy cokolwiek nam grozi, ale raczej zastanawiamy się, co robić, kiedy zagrożenie stanie się realne. Organizując takie jednostki, pokazujemy, że chcemy być przygotowani na to, co się może zdarzyć.

Moje doświadczenia zawodowe z różnych imprez masowych wskazują, że w sytuacji podwyższonego ryzyka – atak terrorystyczny, chemiczny czy nawet wybuch paniki – nie jesteśmy przygotowani na współpracę z innymi służbami. Jestem przekonany, że musimy położyć większy nacisk na współpracę z funkcjonariuszami i członkami innych służb (np. policji, straży granicznej). Ponadto nie opracowano jednego, prostego schematu postępowania, który pozwoliłby skoordynować działania ratowników, służb cywilnych i wojskowych. To cele naszej pracy.

Czy omawiane jednostki funkcjonują w innych krajach Europy i świata?

Tak. Dobry przykład stanowią Australia, Wielka Brytania czy Irlandia. Tylko w Wielkiej Brytanii działa kilkanaście takich wyspecjalizowanych jednostek; są ulokowane w różnych miastach na terenie całego kraju. Członkowie tych zespołów nabywają umiejętności związane z poruszaniem się w sytuacjach zagrożeń na terenach miejskich oraz podczas ataków biologicznych i terrorystycznych, uczą się także współpracy z innymi jednostkami, jak np. z policją czy strażą pożarną. Punkt przełomowy stanowiły zamachy terrorystyczne w Londynie w 2005 roku, które potwierdziły, że wyspecjalizowane jednostki są konieczne.

Jak powinien wyglądać proces kształcenia ratowników „do zadań specjalnych”?

Przede wszystkim trzeba rozpocząć od selekcji ratowników medycznych, którzy już działają w systemie. Na pewno muszą to być specjaliści z doświadczeniem oraz sporą wiedzą kliniczną. Ważne, by byli to praktycy z wiedzą medyczną na poziomie pamięci mięśniowej, doskonale kojarzący wszystkie fakty, którzy w sytuacji zagrożenia byliby w stanie ocenić nie tylko stan poszkodowanego, ale także wszystkie niebezpieczeństwa związane z warunkami, w jakich im przyszło działać. Oczywiście niezbędna jest sprawność fizyczna, kondycja i wydolność. Innymi słowy: w takich jednostkach powinni pracować najlepsi z najlepszych.

Dzisiaj członkowie PRM nie mają pojęcia, ilu ratowników (i jakich), których można „wykorzystać” w zdarzeniach nadzwyczajnych, w tym momencie pracuje w policji, straży granicznej czy straży pożarnej. Chcemy tworzyć nowe jednostki, ale musimy wykorzystać zasoby, które już mamy. Istnieją przecież zespoły medyczne oddziałów prewencji policji, ratownicy medyczni-policjanci działają w codziennej służbie. Ratownicy medyczni pracują również w straży pożarnej, także w jednostkach specjalistycznych. Warto skorzystać z ich wiedzy, umiejętności i doświadczenia, zwłaszcza w kontakcie z pacjentem. Ważne jest ponadto nawiązanie współpracy z ratownikami medycznymi, którzy służą w wojsku (najlepiej z żołnierzami oddziałów specjalnych) i pracują w systemie PRM, są to bowiem osoby, które stanowią „pomost” między środowiskiem specjalistycznym, taktycznym a cywilnym.

Czy szkolenie specjalistów należy rozpoczynać na poziomie studiów podstawowych, czy dopiero później, w ramach „specjalizacji”?

Na poziomie studiów należy wprowadzić zajęcia podstawowe, tak aby uzmysłowić studentom, że w ogóle istnieją – nazwijmy to roboczo – jednostki specjalistyczne czy wyspecjalizowane. To ważne, bo może któryś z nich już wtedy zdecyduje się na podjęcie pracy w takim miejscu i dążenie do jasno wytyczonego celu zawodowego. Uważam jednak, że staż w „zwykłym” zespole ratownictwa medycznego jest absolutnie niezbędny.

Ciągle obracamy się w sferze pomysłów i domysłów. Czy już omawiano powyższe zagadnienia w szerszych kręgach?

Po Światowych Dniach Młodzieży w 2016 roku napisaliśmy wniosek do Ministerstwa Zdrowia o zmianę ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym Zaznaczyliśmy wówczas, że warto rozważyć wprowadzenie nowych, wysoko wyspecjalizowanych zespołów do systemu. Otrzymaliśmy odpowiedź, z której wynikało, że wszystkie te czynności, o których rozmawiamy, mogą wykonywać funkcjonariusze MON i MSW. Czy tak jest rzeczywiście, pozostawiam ocenie czytelników. Od tamtej pory nieustannie pracujemy nad tym, aby takie jednostki pojawiły się w ramach systemu PRM lub jako jednostki współpracujące z systemem.

Jakie przeszkody stoją na drodze do realizacji tego celu?

Oczywiście największą stanowi finansowanie. W tym momencie nikt nie jest w stanie zagwarantować jakiejkolwiek sumy na ten cel. Warto pamiętać, że system jednostek wysokospecjalistycznych należy zbudować od podstaw, od zera. Trzeba pomyśleć o kształceniu kadry instruktorskiej, dopiero później o szkoleniu ratowników. To ogromne wyzwanie, zarówno logistyczne, jak i finansowe.

Nadal też szukamy osób, które są chętne do prac nad tworzeniem takich specjednostek. Do naszego grona dołączyli ratownicy medyczni, lekarze, wojskowi, policjanci, wykładowcy akademiccy. Prace są doprowadzone do pewnego etapu i myślę, że potrzebujemy jeszcze kilku miesięcy, żeby przedstawić konkretny projekt w Ministerstwie Zdrowia.

A później?

Jeśli tylko otrzymamy zgodę na tworzenie takich jednostek, to potrzebujemy na ich zorganizowanie i wprowadzenie do systemu dwóch, trzech lat. Tyle trzeba czasu na stworzenie wyspecjalizowanej kadry i systemu współpracy z innymi służbami oraz na wdrożenie systemu kształcenia kolejnych ratowników. Z kolei okres szkolenia i przygotowań do dołączenia do takiego zespołu może trwać około dwóch lat.