Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Płacenie za nieodwoływanie, czyli lista niewiadomych

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Ministerstwo Zdrowia zastanawia się, czy pacjenci, którzy nie odwołują terminowo wizyt, powinni ponosić kary w formie odpłatności – stwierdził kilka dni temu wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński. W tej sprawie wypowiedzieli się już niemal wszyscy, choć dyskusja wydaje się mocno na wyrost.

Fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta

Zbyt wiele niewiadomych. Nie wiadomo – wszyscy pacjenci, czy tylko niektórzy. Nie wiadomo, czy również ci, którym nieodwołanie zdarzyło się pierwszy (i jedyny) raz, czy notoryczni „nieodwoływacze”. Nie wiadomo, ile miałaby wynosić opłata (i czy na przykład, jeśli 5 lub 10 złotych, ma to w ogóle jakiś sens). Nie wiadomo, oczywiście, jak miałyby być ściągane należności, gdy pacjent nie ma zamiaru w tejże poradni się więcej pokazać. I co z nieodbieranymi – nie incydentalnie, ale permanentnie – telefonami w recepcjach przychodni. Nie wiadomo w zasadzie niczego, ale dyskusja trwa w najlepsze. Wystarczy sygnał, że ministerstwo się zastanawia, czyli – myśli.

Nie jest to fakt, wobec którego można przejść obojętnie – powie ktoś złośliwy. A małej wiary ludzie zadają pytanie – dlaczego akurat teraz, i dlaczego akurat na ten temat? I czy przypadkiem nie po to, by odwrócić czas i uwagę od spraw, które powinny być centrum zainteresowania. Choćby takich, jak wysokość nakładów na zdrowie. 4,5 proc. w 2018 roku, prawdopodobnie 4,65 proc. – w 2019 roku, gdy już poznamy wielkość PKB za ubiegły rok. Niby rośnie, ale do deklarowanych i głoszonych wszem i wobec wartości (łącznie z tą, że osiągnęliśmy 5,3 proc. PKB) brakuje więcej niż dużo. Cokolwiek MZ będzie twierdzić w debacie nad obywatelskim projektem ustawy o zwiększeniu nakładów (pierwsze czytanie zaplanowano na 12 lutego), czy w ewentualnych debatach nad projektami obywatelskimi, publicznym wydatkom na zdrowie bliżej do stagnacji, niż dynamicznego wzrostu.

Kary dla pacjentów jako temat dyskusji pojawiają się w czasie, gdy na tapecie jest projekt ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty. Czy opinia publiczna – a w ślad za nią politycy, parlamentarzyści – nie powinni raczej zająć się poważną dyskusją na temat otwarcia rynku pracy dla lekarzy spoza UE, czyli (w praktyce) z Ukrainy i innych krajów zza naszej wschodniej granicy? Takiej dyskusji nie było. Czy Polacy są za, czy może bardziej „tak, ale”, albo wręcz – „raczej nie, chyba że…”? Nie wiadomo. Ważna społecznie decyzja zapada gdzieś nad głowami, a jako namiastkę debaty ministerstwo przedstawia (lub przedstawi) zapewne raport z badań, przeprowadzonych wśród dyrektorów szpitali (z których większość jest entuzjastycznie nastawiona do takiego rozwiązania, przede wszystkim ze względu na rosnącą presję płacową ze strony polskich kadr). Oczywiście rząd nie musi kierować się we wszystkim wolą suwerena, ale warto byłoby choćby trochę podyskutować o plusach (niewątpliwie są) i minusach takiego rozwiązania.

Zamiast tego temat zastępczy – kary za niestawianie się na wizytę. Pomysł nieoryginalny, pozostający w nurcie wniosków z debaty „Wspólnie dla zdrowia”, która kładła duży nacisk na współodpowiedzialność pacjenta nie tylko za zdrowie swoje i najbliższych, ale również za funkcjonowanie systemu. Gdyby komuś się chciało sprawdzać, na pewno w trakcie którejś z licznych konferencji padł taki pomysł, żeby niesolidni pacjenci ponosili również finansową odpowiedzialność za nieodwołanie wizyty i wydłużenie kolejki.

Trudno odmówić racji temu tokowi myślenia. No, chyba że się jest jednym z takich pacjentów. Na przykład, zapisującym dziecko do poradni okulistycznej z trzymiesięcznym terminem oczekiwania. Szybko się okazuje, że okulistę trzeba zorganizować na cito, oczywiście prywatnie. A potem przez kilka dni człowiek próbuje się dodzwonić i wizytę „na NFZ” odwołać, w końcu macha ręką, zapomina – i nie odwołuje.

Problem z dodzwonieniem się do rejestracji wysuwa się na pierwszy plan w zasadzie we wszystkich badaniach satysfakcji pacjentów w Polsce. Jest to, rzec by można, problem cywilizacyjny i nierozwiązywalny, a opowieści o odłożonych słuchawkach na biurkach rejestratorek nie są (niestety) wyłącznie miejską legendą. Wniosek – dopóki pacjentom nie umożliwi się rejestracji i wyrejestrowywania się w normalny, adekwatny do trzeciej dekady XXI wieku (i postępów w e-zdrowiu) sposób, Ministerstwo Zdrowia w ogóle nie powinno takiego tematu poruszać.

Zwłaszcza, że problemy z „derejestracją” przez telefon nie są jedynymi, jakie mają pacjenci, którzy często skarżą się nie tylko na konieczność wielogodzinnego oczekiwania pod drzwiami gabinetów, ale też – że drzwi tegoż pozostają zamknięte z powodu nieobecności lekarza, o czym pacjent dowiaduje się, gdy przychodzi do poradni. Bo powiadamianie pacjenta o tym, że z powodu nieobecności lekarza wizyta zostaje odwołana, ciągle nie jest standardem.

Od braku pomysłów i koncepcji gorsze jest tylko ich przedstawianie w nieoptymalnym momencie i – mówiąc oględnie – w nie do końca przemyślanym kształcie. Zwłaszcza, gdy sprawa dotyczy tak newralgicznych kwestii, jak opłata wnoszona przez pacjenta w ramach publicznego systemu, czyli – jest czymś w rodzaju rewolucji, jakkolwiek mocno Ministerstwo Zdrowia chciałoby się dystansować od idei rewolucjonizowania systemu.

No, chyba że chodzi o to, by po raz kolejny dobry szef rządu lub partii rządzącej mógł powiedzieć, że dopóki rządzi PiS, żadnych opłat w publicznym systemie ochrony zdrowia nie będzie. W ostatniej kadencji temat (z innej strony) próbował podjąć Konstanty Radziwiłł – i został szybko przywołany do porządku. Teraz jest oczywiście inaczej, ale źle przygotowany początek dyskusji i mnóstwo pytań, jakie rodzi nie tyle koncepcja (pod nią akurat, docelowo, bez problemu można się podpisać), ale jej wykonanie, nie wróży innego finału sprawy.

07.02.2020

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Poradnik świadomego pacjenta

  • Jak pojechać do sanatorium?
    Czy można wybrać sobie miejsce, do którego chce się jechać i termin wyjazdu? Czy można wybrać sobie miejsce, do którego chce się jechać i termin wyjazdu? Czy można skorzystać z sanatorium bez zakwaterowania?
  • Jak długo ważna jest recepta w 2020?
    Pacjent, który otrzymał receptę od lekarza, musi pamiętać, że nie jest ważna bezterminowo. Każda recepta ma ściśle określony czas, w którym można ją zrealizować. Dotyczy to zarówno recepty w formie „papierowej”, jak i tzw. e-recepty.