Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Dentysta w obozie

Renata Kołton
Kurier MP

Świadomość tego, co przeżyli mieszkańcy obozów dla uchodźców, jest bardzo obciążająca – mówi Katarzyna Błądek-Grzelczak, lekarka dentystka, uczestniczka misji organizowanych przez Polską Misję Medyczną. PMM jest jedyną organizacją świadczącą opiekę stomatologiczną w irackich obozach.

Katarzyna Błądek-Grzelczak i jeden ze współpracowników - Rasti Omar. Fot. Polska Misja Medyczna

Renata Kołton: W sierpniu spędziła Pani tydzień w Irackim Kurdystanie. Co było celem tego wyjazdu?

Lek. dent. Katarzyna Błądek-Grzelczak: We współpracy z Polską Misją Medyczną pojechałam uruchomić i sprawdzić działanie gabinetów stomatologicznych, które w ramach projektu medycznego PMM zostały uruchomione w obozach Baharka i Qushtapa. W Baharka mieszkają iraccy przesiedleńcy z terenów objętych wojną z ISIS, w Qushtapa Syryjczycy.

Udało się uruchomić oba gabinety? Tydzień to niewiele czasu.

Wszystko, co było zaplanowane, udało się zrealizować. Wyposażenie gabinetu do Qushtapa zostało przewiezione z obozu Alwand 1 z prowincji Diyala. Do obozu Baharka PMM zakupiła nowy sprzęt z funduszy programu Polska Pomoc. Uruchomiłam i sprawdziłam technicznie oba unity. Oprócz nowoczesnego fotela stomatologicznego zakupiono całe dodatkowe wyposażenie: końcówki do unitu, sterylizator, destylarkę, lampę polimeryzacyjną, skaler, narzędzia, wypełnienia. Do pełni szczęścia brakuje tylko RTG, ale może w przyszłości się uda. Przeszkoliłam też personel, który teraz będzie na tym sprzęcie pracował.

Czy stomatolodzy, którzy teraz pracują w obozach to miejscowy personel czy członkowie misji?

To miejscowi lekarze z Erbilu – stolicy Kurdystanu. Do obozów przyjeżdżają jak do normalnej pracy, mają podpisane kontrakty. W obozie Baharka pracują kobiety, dwie lekarki i asystentka, w obozie Qushtapa dwóch lekarzy z męską asystą. Gabinety są czynne codziennie, przyjmuje jeden lekarz, który przyjeżdża codziennie przez tydzień, po czym zmienia go drugi dentysta. To bardzo dobrze wyspecjalizowany personel, po studiach medycznych. Lekarki są stosunkowo młode, ale z dużym doświadczeniem medycznym. Jeden ze stomatologów w Qushtapa ma duże doświadczenie chirurgiczne. W Papui Nowej Gwinei, czy w Afryce, gdzie również byłam na misjach, często nie ma lekarzy i pacjentów przyjmuje health officer po dwuletnim przeszkoleniu.

W Irackim Kurdystanie, szkoląc miejscowy personel, wdrażałam go także w zachodnie standardy leczenia. Tamtejszy poziom stomatologii jest bowiem zdecydowanie niższy. Nie ma świadomości ani chęci, żeby leczyć zęby, tylko się je po prostu usuwa. Nie praktykuje się leczenia kanałowego, dentyści rzadko robią nawet wypełnienia. Moją rolą było więc przekonywanie, że leczenie zębów daje większe korzyści niż ekstrakcje. Trzeba to uzmysławiać zarówno lekarzom, jak i pacjentom, którzy przychodząc z bolącym zębem oczekują, że lekarz go wyrwie. Tam standardem jest, że o zęby się nie dba. Z jednej strony wynika to pewnie z powodów finansowych, ale z drugiej, ludzie nie mają takiej potrzeby. W gabinetach PMM leczenie jest dla nich bezpłatne.

Osobiście także przyjmowała Pani pacjentów?

Tym razem nie, nie to było głównym celem mojego pobytu. Zdarzyło mi się pomóc przy wyrwaniu zęba czy w przyjęciu dziecka, które bało się pana doktora, ale na leczenie pacjentów trzeba mieć formalną zgodę Ministerstwa Zdrowia. To był typowy wyjazd konsultacyjno-szkoleniowy.

Podczas poprzedniego pobytu w Irackim Kurdystanie, w 2017 roku, przeprowadziła Pani badanie, które pokazało, jak bardzo stomatolog jest tam potrzebny.

Podczas misji w kwietniu 2017 roku Polska Misja Medyczna przy wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych otworzyła pierwszy gabinet stomatologiczny, który ulokowano w szpitalu w miejscowości Khanaqin, która znajdowała się najbliżej wspomnianego obozu Alwand 1 w Diyala. Wśród populacji, którą badałam, mieszkańcy obozu stanowili około 75%, a pozostali to osoby z miasta. Z moich badań przesiewowych wynikło, że jedna osoba z tamtego regionu ma statystycznie 8 zębów wyrwanych, 7 zepsutych i tylko pół zęba z wypełnieniem. Jakiekolwiek wypełnienia pojawiały się głównie u osób z Khanaqin, które miały w mieście dostęp do dentysty. Te wyniki pokazują, że opieka stomatologiczna jest tam czymś sporadycznym. Ponieważ wtedy osobiście przyjmowałam pacjentów, namawiałam ich na leczenie, ale nie zawsze się zgadzali. Wyrwanie zęba to jedna wizyta w gabinecie, leczenie to często kilka powrotów.

Czy gabinet w Khanaqin funkcjonuje nadal?

Tak, ale już bez naszego wsparcia. Natomiast jeszcze podczas mojego pobytu w Khanaqin zaproponowałam, aby uruchomić następny gabinet bezpośrednio na terenie obozu Alwand 1. Mieszkańcy obozów, które na ogół są gdzieś na odludziu, najczęściej nie mają dostępu do żadnego transportu, więc dojazd do miasta jest dla nich problemem. Otwarcie gabinetu w obozie zaplanowałyśmy na jesień 2017 roku. Plan był taki, że znowu przylecę i dopilnuję wszystkiego na miejscu. Jednak 25 września odbyło się w Kurdystanie referendum niepodległościowe i sytuacja polityczna zrobiła się bardzo niestabilna, zamknięto granice, nie można było latać. Wtedy razem z Małgorzatą Olasińską-Chart, Dyrektor Programu Pomocy Humanitarnej Polskiej Misji Medycznej, która nadzoruje cały projekt, zorganizowałyśmy otwarcie zdalnie. W Alwand 1 gabinet funkcjonował do końca 2018 roku, a teraz kontrolowałam jego przeniesienie do Qushtapa, gdzie jest bardziej potrzebny. A dzięki zakupowi nowego sprzętu do obozu Baharka opieką stomatologiczną zostało objętych kolejnych kilka tysięcy ludzi.

Polska Misja Medyczna jest jedyną organizacją świadczącą opiekę stomatologiczną w irackich obozach.

Tak, i często osoby, które z tej pomocy korzystają, nawet w swoim wcześniejszym miejscu zamieszkania, nie miały dostępu do stomatologa. Nierzadko są to ludzie z ubogich wiosek, którzy po raz pierwszy w życiu mają możliwość leczenia stomatologicznego i nie muszą za nie płacić. Gabinet stomatologiczny stanowi kolejny element centrum podstawowej opieki medycznej, jakie PMM uruchomiła w obozie. Zorganizowano tam gabinety lekarskie dla kobiet i dzieci, punkt badań analitycznych, aptekę. PMM zajmuje się tam również szczepieniem dzieci i promocją higieny.

Czy wśród tamtejszych pacjentów stomatologicznych są dzieci?

Podobnie jak w przypadku dorosłych, dzieci są przyprowadzane do gabinetu tylko z bólem zęba i wyłącznie w celu jego usunięcia. W ogóle nie ma tam zwyczaju leczenia zębów mlecznych. Myślę, że podobnie jak do niedawna w Polsce, powszechny jest tam pogląd, że przecież mleczaki wypadną i nie ma sensu o nie dbać.

Kiedy w 2017 roku przyjmowałam pacjentów Khanaqin, w pierwszej kolejności do gabinetu zgłaszały się kobiety. Mężczyzn przychodziło znacznie mniej, może dlatego, że nie chcieli, żeby leczyła ich kobieta. Poza tym, generalnie w obozach przebywa stosunkowo niewielu mężczyzn w średnim wieku. Do lekarza, który wtedy ze mną wtedy pracował, mężczyźni zgłaszali się częściej, ale na ogół byli to młodzi chłopcy bądź osoby starsze.

Czy znajomość angielskiego wystarczy, żeby się skutecznie porozumieć w tamtych regionach?

W trakcie poprzedniego wyjazdu komunikacja była dosyć trudna, ponieważ personel, z którym pracowałam, słabo znał angielski. Tym razem lekarze mówili bardzo dobrze po angielsku i z łatwością mogliśmy się porozumieć. Mieszkańcy obozów raczej nie posługują się angielskim, więc miejscowi lekarze są dla nas tłumaczami. Nie jest to jakiś szczególnym utrudnieniem, ponieważ i tak ze względów, powiedzmy, kulturowych, nigdy nie zostawałam w gabinecie z pacjentem sama. Dzięki temu, że zawsze są 2-3 osoby personelu, w tym ktoś miejscowy, także pacjenci czują się w naszej obecności swobodniej.

A Pani czuła się tam bezpieczna?

Polska Misja Medyczna nie wysyła ludzi w strefę bezpośrednich działań wojennych, nie naraża ich na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Teraz byłam w prowincji Erbil, gdzie ulokowana jest stolica Kurdyjskiego Okręgu Autonomicznego. Znajduje się tam wiele ambasad, siedziby różnych organizacji pozarządowych, można się spokojnie i bezpiecznie przemieszczać. Oczywiście ze względów bezpieczeństwa członkowie misji generalnie nigdzie nie poruszają się w pojedynkę. Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn.

Poprzednio, kiedy byłam w prowincji Diyala z drugim polskim dentystą, codziennie przekraczaliśmy granicę z Irakiem. Regularnie mijaliśmy checkpointy, czyli punkty kontrolne, a na ulicach obecni byli policjanci z bronią. Żeby nie prowokować niebezpiecznych sytuacji, nie musieć się tłumaczyć, stosowaliśmy się do zasad, z których wcześniej nas przeszkolono. Na przykład nie fotografowaliśmy. Już na miejscu przeszliśmy bowiem dwa szkolenia. Jedno prowadzone przez miejscowego pracownika ds. bezpieczeństwa, drugie, prowadzone przez miejscowego lekarza, dotyczące względów kulturowych, z kim się np. witać, komu podać rękę. Pomimo to i tak zdarzało nam się popełnić jakąś niezręczność.

Trudno było Pani zaakceptować różnice kulturowe, z którymi się Pani zetknęła?

Kiedy dwa lata temu jechałam do Iraku był to mój pierwszy bezpośredni kontakt z Bliskim Wschodem. Wcześniej tylko jako turystka zwiedzałam Izrael. Generalnie mam duszę wojującej feministki, jednak jadąc tam odłożyłam swoje poglądy na półkę. I choć różne rzeczy mnie męczyły, denerwowały i wiele słów cisnęło się czasami na usta, to nic nie mówiłam. To ich kultura i sposób życia. Nie jechałam tam, żeby się wymądrzać czy ich pouczać, to raczej ja powinnam się w jakimś stopniu dostosować do tamtejszych zasad.

Nosiła Pani chustę?

Nie, nie zakrywałam głowy. Generalnie zasada była taka, że strój nie powinien być wyzywający. Ja nie zakładam nawet ciemnych rzeczy. Z reguły chodziłam w kolorowym fartuchu ze spodniami. Widziałam, że w pierwszych dniach miejscowych ogromnie to dziwiło, przyglądali się, komentowali. Ale ja jestem bardzo otwarta, łatwo skracam dystans, dzieciom dawałam naklejki i cukierki. Szybko zaakceptowali panią doktor w kolorowych spodniach i nawet przychodzili robić sobie zdjęcia.

Z jednej strony szanuję ich kulturę, z drugiej staram się pozostać sobą. Raz odwiedziłam np. miejscową pijalnię herbaty, w której spotykają się tylko mężczyźni. Nie wyproszono mnie, a obecni nawet mnie poczęstowali, napili się ze mną, porozmawiali. To była mała miejscowość, więc zaraz wiedzieli, że byłam przyjezdną lekarką. Jednak drugi raz już tam nie wchodziłam. Takie męskie spotkania to jednak ich tradycja, nie chciałam wprawiać ich w zakłopotanie swoją obecnością.

Miała Pani okazję poznać życie, które toczy się poza obozem?

W pewnym stopniu tak. Życie w Erbil toczy się w miarę normalnie. Mają jeszcze problemy z prądem, który pojawia się i znika, ale działają sklepy, szkoły, drogi, jeżdżą autobusy. Jednak jest tam inaczej niż w naszych miastach. To muzułmański kraj, więc nie ma kina, teatru. Nie jeździ się też na rowerach czy hulajnogach – zresztą chodniki mają tak krzywe, że chyba by się nie dało. Wolny czas Kurdowie spędzają głównie w domach z rodziną, gdzie rozmawiają, grają w karty. Uwielbiają też pikniki. W bagażnikach wożą dywany i każdy kawałek parku, trawnika natychmiast zapełnia się piknikującymi rodzinami.

Mnie również zabierali na takie wypady. Wspólnie z nimi jadłam i piłam tę ich bardzo słodką herbatę. Wyrazem zaufania i pewnym wyróżnieniem było dla mnie to, że rodziny zapraszały nas do domów, co nie byłoby takie proste, gdybym była turystką. Dzięki tym spotkaniom mogłam spróbować ich tradycyjnego jedzenia, słodyczy, których nie miałam szans dostać w restauracji, a które oni specjalnie dla nas przygotowywali. W ogóle czułam, że traktują nas jak wyjątkowych gości. I byli bardzo wdzięczni, że pomagamy w ich kraju.

Ja natomiast podpatrywałam, jak Kurdowie urządzają domy, wychowują dzieci, odnoszą się do siebie nawzajem. Obserwowałam jak mężczyźni traktują kobiety, swoje żony i matki. Z tamtej perspektywy wiele rzeczy widzi się inaczej, więcej można zrozumieć.

A jak wygląda życie w obozach?

Z wyglądu obozy dla uchodźców przypominają mi więzienie. Kontenery, beton, piach, fruwające papiery. Ciągły upał i ani skrawka zieleni. Dookoła drut kolczasty. Droga do jednego obozu prowadzi przez teren, gdzie spalają śmieci. Ziemia jest tam dosłownie wypalona, czarna.

Rodziny mają dla siebie bardzo niewiele przestrzeni, na 11 metrach kwadratowych mieszka np. 7 osób. Generalnie przybysze dostają kontener albo wylewkę i własnym sumptem budują dom. Te tymczasowe domy starają się wyposażyć i ozdobić. Mają telewizory, lodówki, dywany, gdzieniegdzie widziałam kafelki. Żyją jakby normalnie. Gotują, spotykają się, odwiedza ich rodzina, trzymają nawet ptaszki w klatce. Raczej nie pracują, ale niektórzy mają sklepiki, dorabiają szyjąc czy robiąc drobne naprawy. Uchodźca syryjski, który jest stolarzem, opowiadał, że pomagał w budowaniu domów. Mężczyźni czasami podnajmują samochody i dorabiają jako kierowcy. Nieraz udaje im się znaleźć zajęcie w Erbilu. Kobiety zatrudnione są np. w ramach działań prowadzonych przez takie organizacje, jak Polska Misja Medyczna, np. jako promotor higieny. Z reguły jednak zajmują się dziećmi.

Co robią dzieci w obozie?

W obozie jest prowizoryczna szkoła, do której na ogół uczęszczają. Teraz były wakacje, ale dzieci stamtąd nie wyjeżdżają na kolonie czy do babci. Chodziły więc po uliczkach z piłką, skakanką, kijkiem. Dzięki staraniom jednej z organizacji wybudowano dla nich ogrodzony plac zabaw, ulokowany blisko wejścia do obozu, w części gdzie jest też przychodnia i uliczka, którą można nazwać handlową. Mają tam stół do ping-ponga, jakieś kolorowe zabawki. Łatwo nawiązuje się z nimi kontakt, są radosne, jak dzieci na całym świecie. Może syryjskie dziewczynki bywają bardziej nieśmiałe.

Mieszkańcy obozów robią zakupy na miejscu?

Tak, w obozie są niewielkie sklepy, stragany ustawione jeden obok drugiego. Na jednym warzywa, na drugim, buty, zaraz obok telefony komórkowe, radia. Myślę, że można tam kupić wszystko co niezbędne, ewentualnie pojechać do miasta.

Szczoteczki i pasty do zębów też Pani widziała?

Widziałam, ale nie wiem czy ich używają. Kiedy pytałam, to oczywiście wszyscy twierdzili, że tak – ale jak jest naprawdę, nie jestem w stanie zweryfikować. Myślę, że to zależy od wykształcenia, finansów, poczucia higieny. A generalnie z higieną w obozie jest średnio. Jeśli chodzi o zęby, to wszyscy mają na nich dużo osadu. Myślę, że jest to związane ze zwyczajem picia bardzo mocnej herbaty. No i jak wspominałam, nikt tam nie chodzi regularnie do dentysty.

Czy jako lekarz stomatolog coś Pani z takiego pobytu dla siebie wynosi?

Po pobycie w 2017 roku czułam się jak wyspecjalizowana higienistka. Wtedy głównie zachęcałam mieszkańców obozów, żeby przyszli do gabinetu, mówiąc, że wyczyszczę im zęby z tego osadu. Jeśli chodzi o umiejętności stomatologiczne, to dużego doświadczenia nabrałam będąc w Papui Nowej Gwinei. Przyjmowałam tam naprawdę dużo pacjentów, pracowaliśmy od świtu do zmierzchu. Byliśmy w zespole trzyosobowym, ja, chirurg ogólny i asysta, która przygotowywała znieczulenia i czyściła narzędzia, żeby tę naszą pracę przyspieszyć. Bywały dni, że przyjmowałam 50 osób. Większość interwencji to były usunięcia zębów. Czasem stawałam przed wyzwaniami, które wymagały wiele wysiłku, a tam w całym kraju nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Przyznam, że niesamowicie wyćwiczyło mi to rękę chirurgicznie.

Jak podczas takich wyjazdów radzi sobie Pani z emocjami? Obóz to miejsce, gdzie niemal każdy doświadczył traumy. Patrząc na życie jego mieszkańców, którzy utknęli tam często na lata, na pewno nasuwają się różne refleksje?

W czasie mojego sierpniowego pobytu w Irackim Kurdystanie, w obozie był dziennikarz, który nagrywał rozmowy z syryjskimi uchodźcami. Towarzyszyłam mu w wędrówce po obozie i dzięki temu miałam możliwość osobiście usłyszeć wiele historii czy obejrzeć filmiki, np. z ewakuacji zbombardowanego szpitala. Jeden z uchodźców stracił żonę, która w tym szpitalu pracowała. On sam uciekał potem z małym dzieckiem. I chociaż dziś ma już drugą żonę i dziecko, to kiedy wraca do tamtych wspomnień, widać, że przeżywa wszystko od nowa.

Ci ludzie uciekali w popłochu, zmuszeni wszystko zostawić bo na drugim końcu wioski było już ISIS. Często byli o krok od śmierci, patrzyli na śmierć swoich bliskich, sąsiadów. Tego wszystkiego doświadczyły przecież także dzieci. Trudno patrzeć na malucha, który skacze po kanapie, wiedząc, że to dziecko zna tylko życie w obozie. Te dzieci nie mają wyobrażenia o tym, kim mogłyby w życiu zostać. Rodzice też nie wiedzą, jaka przyszłość je czeka.

Iraccy przesiedleńcy oczekują, że rząd pomoże im w odbudowaniu miast i wiosek. Póki co zwlekają z powrotem na zniszczone tereny, czekają aż będzie bezpieczniej. Aktualnie odgruzowywany jest np. Mosul. Wciąż znajdowane są tam niewybuchy i ciała. Wioski, do których wtargnęło ISIS, są praktycznie zrównane z ziemią. Powrót jest trudny, wielu uchodźców mówi, że nie mają do czego wracać. Tkwią więc w tych obozach, w których mają jakieś schronienie, opiekę zdrowotną, szkołę dla dzieci.

Trudno jest patrzeć na takie życie. Świadomość tego, co ci ludzie przeżyli, jest bardzo obciążająca. Ale myślę, że PMM wysyła w takie miejsce osoby, które radzą sobie z tymi trudnymi emocjami. Mnie się jakoś udaje.

Po powrocie odreagowuje Pani w jakiś sposób taką misję?

Po takim wyjeździe trzeba ochłonąć, przez chwilę się wyciszyć. Choć moją strategią jest raczej opowiadanie. Dużo mówię o wszystkim, co widziałam. Dzielę się tym z każdym, kto chce słuchać. W pierwszej kolejności z bliskimi, którzy oczywiście pytają, jak było. Ale chodzę też do szkół i przybliżam uczniom realia takich miejsc, jak obozy. Po tym, jak kilka razy powtórzę te historie, w pewnym sensie je z siebie wyrzucę, wiele rzeczy układa mi się w głowie.

Każdy wyjazd to inne doświadczenie. Mój pierwszy pobyt w Irackim Kurdystanie był z wielu względów trudniejszy emocjonalnie niż ostatni. Wtedy wyjechałam na miesiąc, w międzyczasie były święta. W Mosulu toczyła się woja, rodzina bardzo się o mnie martwiła, co również dla mnie było obciążające. Sama się wtedy bałam, nie wiedziałam, co mnie spotka. Z kolei będąc w Tanzanii czułam się jak w piekle. Tam gdzie byłam, obrzezują dzieci, składają je w ofierze. To było potwornie obciążające psychicznie. Ale jestem dorosłą kobietą i choć trochę mnie to kosztuje, to uważam, że warto w takich misjach uczestniczyć.

Myśli Pani, że wróci jeszcze do Irackiego Kurdystanu?

Bardzo bym chciała, ale to zależy od PMM. Na razie moja obecność jako stomatologa w Irackim Kurdystanie nie wydaje się celowa, gabinety dobrze funkcjonują. Lepiej zatrudniać miejscowy personel niż ściągać kogoś z zewnątrz. Dla nich jest to też możliwość zarobku.

Natomiast w każdej chwili z przyjemnością pojadę tam, gdzie będę potrzebna. O misjach marzyłam od zawsze. Ale chyba nie wierzyłam, że to marzenie się spełni. Potem miałam małe dzieci. Przyznam też, że jako stomatolog długo czułam się postrzegana merkantylnie. Więc gdy tylko pojawiło się ogłoszenie PMM i realna możliwość, że mogę swoje umiejętności wykorzystać żeby przysłużyć się czemuś dobremu, to ani przez moment się nie wahałam.

Wcześniej w życiu dużo podróżowałam, wiele miejsc zwiedziłam. Myślę, że dziś byłabym strasznie nieszczęśliwa jadąc na wakacje do hotelu, gdzie mogłabym po prostu leżeć nad basenem. Wolę być w ruchu, komuś pomóc. To naprawdę daje mnóstwo satysfakcji. Całe życie angażuję się w różne przedsięwzięcia. Jestem harcerką, na obozy jeździłam też jako lekarz, byłam wolontariuszką na imprezach sportowych. Generalnie lubię przygody, wyzwania, pracę w trudnych warunkach. Może to dzięki temu nie dopada mnie wypalenie. Rzeczą, którą szczególnie cenię w misjach, jest możliwość bliższego poznania codziennego życia ludzi innych kultur. Będąc w Irackim Kurdystanie widziałam, że jego mieszkańcy wcale nie chcą przyjeżdżać do Europy, żeby budować muzułmański świat. Oni chcą być u siebie. Dlatego tak istotne jest, żeby tam na miejscu pomagać im odbudować życie.

Rozmawiała Renata Kołton

Katarzyna Błądek-Grzelczak – lekarka dentystka. Od 2017 roku uczestniczka misji medycznych organizowanych przez Polską Misję Medyczną. W kwietniu 2017 roku wyjechała po raz pierwszy do Irackiego Kurdystanu. W listopadzie 2017 była w Papui Nowej Gwinei, w maju 2018 roku w Tanzanii. W czerwcu 2018 roku samodzielnie zorganizowała wyjazd pomocowy do Gruzji. W sierpniu 2019 roku jako wolontariuszka PMM wróciła do Irackiego Kurdystanu gdzie przez tydzień nadzorowała pracę dentystów pracujących w obozach Qushtapa oraz Baharka.

01.10.2019

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Poradnik świadomego pacjenta