×
COVID-19: wiarygodne źródło wiedzy

Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Jechać do Borysławia

Katarzyna Kubisiowska

Nigdy tam nie pojechałam – to mój wyrzut sumienia. Mityczny Borysław, zagłębie nafty, wielokulturowy tygiel, w którym się urodziła, a pozostał za wschodnią granicą po tym, jak wielka jałtańska trójka porozdzielała hojnie między sobą polskie ziemie. Z rodziną została wysiedlona w roku 1946, całkiem blisko, bo w Bieszczady. Właściwie rzut beretem: 120 km, dziś dwie godziny autem. Chciała, bym ja, jej wnuczka, odnalazła ulicę, przy której mieszkała i dom, do którego przez dwadzieścia dwa lata otwierała wejściowe drzwi.

74 lata na wygnaniu, które stało się centrum jej świata. Z przeszłości zostały w szufladzie listy mojej prababci pisane po ukraińsku i opowieść o tym, jak 6 stycznia obchodziła grekokatolicką Wigilię. Wspomnienia potargane niedoskonałością pamięci: za okupacji strach przed hitlerowcami i bandami UPA. Pogrom Żydów w lipcu ‘41 dokonany przez miejscową ludność i odnalezienie wśród pomordowanych koleżanki z klasy. Schulz uczący w pobliskim Drohobyczu, żydowska mamka, która ją wykarmiła, a która w latach 40. wraz z rodziną została „zlikwidowana” na pobliskiej górze przez gorliwych żołdaków w niemieckich mundurach. Wiele razy o tym mówiła, potem już tylko wykrzykiwała przez sen. Im bardziej posuwała się w latach, tym intensywniej ścigały ją cienie przeszłości.

Dwa lata po wojnie ten dom postawił własnymi rękami jej mąż. Dom był szary, z drewna, otoczony jabłoniami, z pasieką na jego tyłach i równymi rzędami krzaków czerwonych porzeczek. Między drzewami kiedyś dreptały rozgdakane kury, teraz biega czarna jak smoła labradorka. Tu się wychowała moja mama z siostrą, każde wakacje spędzałam ja, a dziś moje dzieci. Wierzę, że kiedyś będą przyjeżdżać tu dzieci moich dzieci. A potem ich dzieci i ta nieśmiertelna pętla pokoleń nie będzie miała końca – to jedno z moich niewielu marzeń. Cała wspólna codzienność moich dziadków – Marysi i Staszka – minęła w Uhercach Mineralnych 110. Ona przeżyła go o 40 lat, wdową była dłużej niż mężatką, los spłatał taki arytmetyczny figiel. Pod powiekami przechowuję jej obraz: siedzi na stołeczku przy kaflowym piecu, pochylona rozpala pod kuchnią i mówi o tym, że jej życie mogło być lepsze i bardziej kochane. Wiedziałam, że to istotne treści, ale jako nastolatka przyjąć jeszcze ich nie umiałam.

Odeszła w pokoju, gdzie wisiał jej portret, na którym przypomina Ingrid Bergman, a obok stoi figurka Matki Boskiej, do której modliła się w epoce, kiedy miała siłę paść na kolana.

Los ją wynagrodził - jeśli można mówić tu o nagrodzie. Długo umierała i „zmartwychwstawała”: płomień życia tlił się w niej coraz słabiej i nagle szedł w górę, nie poddawał się nicości. Trzykrotnie jechałam z Krakowa, by zdążyć się z nią jeszcze pożegnać. Za każdym spotkaniem świętem było zobaczyć jej uśmiech rozlewający się po twarzy jak ciepłe mleko i wyszeptane z wysiłkiem: „To ty, Kasiu, jak dobrze, że jesteś.” Kiedyś wyznała: „Czasami się budzę i nie wiem, czy jeszcze żyję.” „Babcia Kobielowa wstydzi się swojej starości” – z bezbrzeżnym smutkiem powiedziała mi wtedy na ucho moja 10-letnia córka.

Zaś córki babci czuwały przy niej dzień i noc: karmiły, przewijały, tuliły. Mama babcią zajmowała się ofiarnie 10 pełnych lat – wielka lekcja dla mnie i moich dzieci. Szczęściem jest, kiedy jako 96-latka żegnasz się ze światem we własnym domu, wśród bliskich, otoczona miłością. Ktoś ważny trzyma cię za rekę i przemawia z czułością – może dzięki temu boisz się mniej?

Dobranoc babciu, dziękuję mamo.

19.04.2016

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Poradnik świadomego pacjenta

  • Wyjątkowe sytuacje. Towarzyszenie osobie chorej na COVID-19
    Czy szpital może odmówić zgody na towarzyszenie hospitalizowanemu dziecku? Jak uzyskać zgodę na towarzyszenie osobie, która umiera w szpitalu z powodu COVID-19?
    Na pytania dotyczące pobytu w szpitalu podczas pandemii koronawirusa odpowiada Rzecznik Praw Pacjenta, Bartłomiej Łukasz Chmielowiec.
  • Wyjątkowe sytuacje. Kiedy chorujesz na COVID-19
    Czy chory na COVID-19 może wyjść ze szpitala na własne żądanie? Jak zapewnić sobie prawo do niezastosowania intubacji. Na pytania dotyczące pobytu w szpitalu podczas pandemii koronawirusa odpowiada Rzecznik Praw Pacjenta, Bartłomiej Łukasz Chmielowiec.