Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Paznokcie obcinał mi mąż

Renata Kołton
Kurier MP

- Jak zaczynałam, to praktycznie nie byłam w stanie bez ostrego bólu ruszać nadgarstkami, oprzeć się dłońmi o ścianę, czy po prostu umyć zębów. Teraz mogę wałek do ćwiczeń zginać bez problemu 300 razy i na bezdechu zrobić bez bólu 30 pompek – opowiada dr Anna Bożena Kowalewska, pacjentka z łuszczycowym zapaleniem stawów.


Fot. iStock.com


Anna Bożena Kowalewska - 38-letnia doktor nauk fizycznych oraz magister nauk prawnych, a przede wszystkim człowiek kochający życie, które uważa za cud, oraz mały kawałek Ziemi zwany Polską.

Renata Kołton: Pamięta Pani pierwsze bóle stawów?

Dr Anna Bożena Kowalewska: Gdy miałam 21 lat zaczęły mnie bardzo boleć kolana, powodując trudności z chodzeniem. Wtedy pojawiły się też większe zmiany łuszczycowe na skórze.

W dzieciństwie choroba nie dawała o sobie znać?

Jako 14-latka doznałam kontuzji lewej stopy, co wydawało się konsekwencją biegania w trampkach po asfalcie w zawodach gminnych jesienią 1994 roku. Na sylwestra rodzice zawieźli mnie na oddział ratunkowy z silnym stanem zapalnym stopy. W szpitalu prześwietlenie nic nie wykazało, nie przeprowadzono też wywiadu chorób obecnych w rodzinie, tylko włożono mi stopę w gips. Zdjęto go po około 2 tygodniach. Śladu zapalenia nie było, ale pozostało zgrubienie – poduszeczka na śródstopiu oraz lekkie zgrubienie palców stopy.

To skłoniło mamę do szukania pomocy u ordynatora oddziału rehabilitacji w Dzierżążnie. Pozostawałam pod jego obserwacją do wiosny. Jednakże nie wykonano diagnostyki pod kątem innym niż ortopedyczny i nie postawiono żadnej diagnozy. Od tamtej pory do kwietnia 2018 roku, tj. końca mojego pierwszego sezonu morsowania, na śródstopiu lewej stopy pozostawała niewielka poduszeczka, a palce drugi i trzeci były nieco grubsze.

Dziś wiem, że już wtedy można było wykonać badania, które wskazują na łuszczycowe zapalenie stawów.

Kiedy postawiono właściwą diagnozę?

Dolegliwości ze strony kolan niestety powracały, m.in. nawracał obrzęk. Raz w Akademii Medycznej w Gdańsku usunięto mi wysięk z lewego kolana, ale również wtedy nie wykonano dalszej diagnostyki. Znajoma pielęgniarka uprzedziła mnie, że to się może powtarzać i doradziła, abym zamiast usuwać płyn z kolan rozpoczęła ich rehabilitację.

Podczas studiów w Warszawie trafiłam do Carolina Medical Center, prywatnej kliniki, w której leczą się także znani polscy sportowcy. Tam po raz pierwszy pani reumatolog postawiła po wywiadzie diagnozę łuszczycowego zapalenia stawów (ŁZS) i w celu jej potwierdzenia zleciła wykonanie prywatnie szeregu badań, na które moich rodziców zwyczajnie nie było stać. Zastosowałam się więc głównie do zalecenia częstego pływania, które rozbudowuje masę mięśniową, ułatwiającą utrzymanie stawów w sprawności.

W wieku 26 lat doświadczyłam kolejnego rzutu choroby objawiającego się stanem zapalnym kontuzjowanego, wskazującego palca lewej dłoni. Wówczas, biorąc pod uwagę także kiełbaskowate palce lewej stopy i zmiany łuszczycowe na skórze, co do diagnozy ŁZS nie było już wątpliwości.

Wciąż dużo Pani pływa?

Pływanie jest moją pasją od dzieciństwa – wychowałam się nad jeziorami i nad morzem. Od pierwszego poważnego rzutu choroby, we wrześniu 2015 r., pływam prawie codziennie rano przez około 40 minut. Zgodnie z zasadą, że lepiej często, a krócej, aby unikać wprowadzania organizmu w stan wyczerpania. W połączeniu z rozciąganiem to dla mnie najlepsza forma rehabilitacji w chorobach stawów pozwalająca bez obciążeń budować masę mięśniową.

W listopadzie zeszłego roku zaczęłam również morsowanie. O jego dobroczynnym wpływie na stawy słyszałam już od dawna. Koledze mojego taty, który również choruje na ŁZS, reumatolog zalecił morsowanie jeszcze na przełomie lat 70. i 80. XX w. i od tamtego czasu pomaga mu ono utrzymywać chorobę w uśpieniu. O tym, że na mnie krótkie i konkretne wystawianie się na zimno również bardzo dobrze wpływa, przekonałam się, korzystając wcześniej z krioterapii.

Lodowate kąpiele świetnie działają także na psychikę, powodując mocny przepływ endorfin. Człowieka ogarnia po prostu radość, na twarzy pojawia się uśmiech. Wzmacniają moją pewność siebie i ufność we własne siły. Rewelacyjnie się po nich też śpi. A przecież wysypianie się, sen bez stresu ma niebagatelne znaczenie dla naszego zdrowia.

Stosuje Pani również inne zabiegi?

Jeżeli tylko mam możliwość, to korzystam z kąpieli w wodach z siarką oraz masaży. Próbowałam również akupunktury. Bardzo pomaga mi chodzenie po górach, które kocham. W dół staram się zjeżdżać kolejką w celu uniknięcia obciążania kolan.

Podczas pierwszego poważnego rzutu choroby jesienią 2015 r. wsparła mnie publikacja Lidii Aleksandry Szadkowskiej „Jak wyleczyć nieuleczalne choroby?” chorującej na reumatoidalne zapalenie stawów. Od niej zapożyczyłam radę, aby mimo bólu zacząć ćwiczyć nadgarstki i uwierzyć, że małymi krokami można wyjść na prostą. Do rehabilitacji nadgarstków i dłoni mam specjalny wałek, który po prostu zginam oraz piłeczkę-trenera dłoni.

Czy to wystarcza, aby poradzić sobie z bólem?

Tabletkę przeciwbólową przegryzłam raz w życiu, gdy wyrzynała mi się ósemka. Tego bólu nie wytrzymałam, to było przysłowiowe chodzenie po ścianach. Wtedy nie znałam i nie praktykowałam medytacji oraz technik oddechowych. W przypadku stawów, nawet w najcięższym rzucie choroby szukałam innej drogi, np. poprzez wspomniane ćwiczenia. Bolało, ale uwierzyłam, że jak będę ćwiczyć powoli, rozważnie, systematycznie, to z czasem będzie lepiej. Jak zaczynałam to praktycznie nie byłam w stanie bez ostrego bólu ruszać nadgarstkami, oprzeć się dłońmi o ścianę, czy po prostu umyć zębów. Paznokcie obcinał mi mąż. Teraz mogę wałek do ćwiczeń zginać bez problemu 300 razy, a co więcej, na bezdechu zrobić bez bólu 30 pompek.

Moja determinacja bierze się z własnych doświadczeń oraz wyniesionego z domu rodzinnego przykładu, iż dzięki pracy nad sobą i wybranemu stylowi życia można również przezwyciężać choroby. Taka prosta myśl: że życie to ruch, odnosi się również do prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu. Aktywność fizyczna pobudza m.in. lepsze krążenie krwi, sprawiając, że więcej niezbędnych substancji odżywczych dotrze także do stawów, wspomagając ich uelastycznienie.

Jak Pani funkcjonuje na co dzień?

Ze świadomością choroby, która we mnie jest. Przypomina mi to chodzenie po linie na zasadzie utrzymywania balansu, tak by nie przeciążać stawów. Przykładowo, to mąż wnosi siatki z ciężkimi zakupami. To nie znaczy, że ja nie dałabym rady. Chodzi o to, aby nie narażać stawów na przeciążenia, których da się uniknąć. Wiem, że moje stawy są bardziej wrażliwe. Stan zapalny może się w nich aktywować podczas osłabienia organizmu, czy np. gdy w któryś mocno się uderzę, a przy większej wilgotności powietrza może się pojawić lekka sztywność.

Ponieważ wszystko zaczęło się od lewej stopy, to od dawna używam dobrej jakości wkładek do butów oraz obuwia sportowego o odpowiedniej szerokości na śródstopiu i z elastyczną, należycie grubą podeszwą, która tłumi mikrowstrząsy i chroni przed mikrourazami. Czyli obuwia, w którym stopa układa się naturalnie. W takich butach staram się również chodzić po domu. Żadnych szpilek czy płaskich czółenek. Jednocześnie nie unikam chodzenia boso po elastycznych powierzchniach, po trawie, czy morskim piasku.

Jest to droga poznawania siebie i ciągła nauka, co mi służy, a co nie. Zdarzyło mi się np. sprowokować stan zapalny w prawej stopie, chodząc boso po kamiennej posadzce. Dlatego chciałabym, aby młode osoby z ŁZS otrzymywały wiedzę, jak uczyć się sobą opiekować, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. To może je uchronić przed rzutem choroby, którego nie da się już lekceważyć.

Czy choroba w czymś Panią ogranicza?

Generalnie czuję się bardzo dobrze. Wypełniając tabelki dotyczące sprawności, przy każdej czynności wpisywałam ostatnio „0” – czyli, że nie sprawia mi trudności. Jeśli chodzi o ból, to mam trudność z odpowiedzią. Bo czy również zdrowy człowiek w sile wieku „nie czuje stóp” po całym dniu chodzenia?

Podchodzę do mojej drogi z chorobą z pokorą. Przykład Davida Servana-Schreibera uświadomił mi, że choroba uaktywniona raz, nawet doprowadzona do stanu całkowitego uśpienia, zawsze już ze mną będzie. Dr Servan-Schreiber uwierzył, że pokonał nowotwór i zaczął żyć bardzo aktywnie. W publikacji „Można się żegnać wiele razy” przyznał, że odszedł od zasad, których przestrzegał wcześniej przez 20 lat. I wtedy rak powrócił po raz trzeci. Ja mogę wyciszyć chorobę, ale ona we mnie jest. Nie mogę jej bagatelizować, ignorować bólu, bo on oznacza, że coś się dzieje i trzeba się tym zaopiekować.

Jestem świadoma swoich ograniczeń. Obecnie nie mogłabym np. pracować 8 godzin dziennie, a praca jest dla mnie ważna. Chciałabym, aby w Polsce osoby przewlekle chore, np. z takimi chorobami jak ŁZS, były przez pracodawców doceniane, nawet jeśli są w stanie pracować 6 godzin dziennie. Przecież tu chodzi o efektywność, o jakość, a nie przesiedzenie 8 godzin. Zyskując te 2 godziny wolnego czasu, moglibyśmy je poświęcić swojemu zdrowiu, pracy nad sobą czy rodzinie. Czyniłoby to nas bardziej kreatywnymi i efektywniejszymi pracownikami.

Pani udaje się realizować zawodowo. Ostatnio obroniła Pani również pracę doktorską.

Tak. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że miałam dosyć komfortowe warunki, które pozwoliły mi prowadzić zrównoważony tryb życia. Nie każdy jest w stanie poświęcić chociażby 15 minut dziennie na ćwiczenia. Obowiązki rodzinne, praca – trudno to wszystko pogodzić z dbaniem o siebie.

Ja przez ostatnie dwa lata pracowałam głównie zdalnie z domu. Miałam czas na ćwiczenia, pracę nad sobą, czy właściwą dla mnie dietę na bazie małoalergennych składników oraz świeżo wyciskanych soków warzywno-owocowych. Jeśli chodzi o zdrowy sen, to odnalazłam się we wskazówkach medycyny chińskiej – chodzę spać około godziny 21, a budzę po 5.

Mam również to szczęście, że w moich działaniach wspierają mnie najbliżsi. Być może w innych okolicznościach nie podołałabym, nie miałabym siły, by konsekwentnie radzić sobie z chorobą za pomocą tzw. metod naturalnych. Przede wszystkim wybrałam pracę nad sobą, pozostając otwartą na to, co oprócz leków może mi zaproponować medycyna zarówno zachodu, jak i wschodu.

Rozmawiała: Renata Kołton

17.01.2019
Zobacz także

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Pięć minut dla pacjenta
    Lekarze rodzinni mają na zbadanie jednego pacjenta średnio po kilka minut. Taka sytuacja rodzi frustracje po obu stronach – wśród chorych, bo chcieliby więcej uwagi, oraz wśród lekarzy, bo nie mogą jej pacjentom poświęcić.
  • Dlaczego pacjenci muszą czekać w kolejkach?
    Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje rocznie na leczenie pacjentów ponad 60 mld zł. Ale ani te pieniądze, ani rozwiązania wprowadzane przez Ministerstwo Zdrowia – tzw. pakiet onkologiczny i pakiet kolejkowy – nie zmienią sytuacji. Dlaczego?