Plusy i minusy dwóch lat Radziwiłła

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Leki 75 plus, szczepienia ochronne, ustawa 6 proc. PKB czy płace minimalne dla pracowników wykonujących zawody medyczne? A może sieć szpitali czy odstąpienie od likwidacji NFZ? Konstanty Radziwiłł po dwóch latach stracił stanowisko ministra zdrowia – jaki jest bilans jego urzędowania? Czy – i jakie – miał osiągnięcia i co można uznać za największą porażkę?

Fot. Przemysław Wierzchowski / Agencja Gazeta

W opublikowanym tuż przed rekonstrukcją rządu sondażu blisko 60 proc. Polaków domagało się dymisji Konstantego Radziwiłła. Trudno uwierzyć, że po stu dniach rządu Beaty Szydło sondaże pokazywały że minister zdrowia jest drugim (obok Mateusza Morawieckiego) najpopularniejszym ministrem PiS. Dziś Mateusz Morawiecki zrównał się – pod względem poziomu zaufania – z liderem sondażu, prezydentem Andrzejem Dudą, a od Radziwiłła dystansuje się nawet cześć wyborców PiS. Jak do tego doszło?

Sukcesy: leki dla seniorów i szczepienia

Lista sukcesów byłego ministra zdrowia nie jest długa. Za najważniejszy można uznać program „Leki 75+”, dzięki któremu od jesieni 2016 roku seniorzy otrzymują część leków bezpłatnie. Program budził kontrowersje, budzi je zresztą wśród ekspertów do tej pory, ale nikt nie mówi, że byłoby lepiej, gdyby go nie było. Po znaczącym wydłużeniu listy leków, jakie nastąpiło w 2017 roku, pozytywne skutki programu odczuwa coraz więcej starszych osób. I choć rzeczywiście ostateczny kształt programu (bezpłatna jest tylko część leków, w dodatku nie wszystkie osoby spełniające kryterium wieku i potrzebujące leku będącego na liście, mogą otrzymać go bezpłatnie) odbiega od zapowiedzi z exposé Beaty Szydło, która mówiła, że osoby powyżej 75 roku życia otrzymają bezpłatne leki (w domyśle wszystkie, przepisywane przez lekarza), bez wątpienia jest to sukces resortu zdrowia i samego ministra.

Kolejnym są szczepienia ochronne. Po pierwsze, Konstanty Radziwiłł był pierwszym ministrem zdrowia, który wpadł na to, by popularyzować szczepienia przed kamerami nie tylko słowem, ale i czynem, dając się zaszczepić przeciw grypie. Po drugie, to za jego urzędowania Program Szczepień Ochronnych wzbogacił się o szczepionkę przeciw pneumokokom, o którą specjaliści zabiegali od dekady.

Znaki zapytania: sieć szpitali, Narodowy Program Zdrowia

Ustawa o zdrowiu publicznym została uchwalona w poprzedniej kadencji, obecny rząd miał zacząć ją realizować. Niestety, zapisy ustawy w dużej części pozostały martwe, a wydawanie pieniędzy – na NPZ zarezerwowano ponad 140 mln zł – może budzić sporo wątpliwości. Przykładem są kontrowersyjne kampanie reklamowe (króliki jako wzór płodności, koń zachęcający do zdrowego stylu życia), sfinansowane przez ministerstwo. Przez wiele miesięcy nie pracowały kliniki leczenia niepłodności, które miały pomagać parom starającym się o potomstwo, gdy zamknięty został program finansowania zabiegów in vitro z pieniędzy publicznych.

Sieć szpitali ocenić najtrudniej. Z jednej strony stałość finansowania dla placówek szpitalnych jest niewątpliwym plusem. Ministerstwo Zdrowia miało również, przynajmniej częściowo, rację, zamykając możliwość wyłączania do odrębnego kontraktowania tylko najbardziej dochodowych procedur w lecznictwie szpitalnym, definiując to zjawisko jako patologię, jeden z czynników pogarszających wyniki finansowe publicznych szpitali. Z drugiej, już po trzech miesiącach funkcjonowania sieci szpitali widać, że rzeczywistość daleko odbiega od zapowiedzi. Ilość obciążeń biurokratycznych, związanych z obsługą kontraktu, nie tylko nie zmalała, ale wręcz wzrosła. Obawy ekspertów, dotyczące zjawiska odsyłania bardziej skomplikowanych, droższych w leczeniu pacjentów do szpitali wyższego stopnia, w pełni się potwierdziły. Potwierdziło się również to, że pacjent stał się dla szpitala wyłącznie kosztem – dlatego każdy dyrektor marzy o 98-proc. poziomie wykonania ryczałtu, co daje gwarancję otrzymania 100 proc. jego wartości – wszystko co ponad, wpędza szpital w koszty.

Skutkiem wprowadzenia sieci szpitali jest również marginalizowanie udziału prywatnych świadczeniodawców w sektorze świadczeń szpitalnych. Co prawda część placówek prywatnych została włączona do sieci, jednak jednocześnie stworzono takie przepisy, które praktycznie wykluczają nowych graczy ze starań o kontrakt z NFZ.

Klęski: brak dialogu, pieniądze, Narodowa Służba Zdrowia

To w zasadzie powinno być uznane za sukces: kilkanaście miesięcy nieustannego powtarzania przez Radziwiłła, dlaczego Narodowy Fundusz Zdrowia musi zniknąć, tak zmęczyło prezesa PiS, że Jarosław Kaczyński praktycznie zrezygnował z jednego z fundamentalnych punktów programu swojej partii. Fundusz, można to założyć niemal ze 100 proc. prawdopodobieństwem, przetrwa drugi już rząd Prawa i Sprawiedliwości (przymiarki do jego likwidacji były przecież również w 2006 roku, co niemal doprowadziło do dymisji prof. Zbigniewa Religi).

Likwidacja NFZ była jednym z punktów budowania Narodowej Służby Zdrowia, która miała być systemem inspirowanym brytyjskimi wzorcami. Niestety, jeszcze dwa lata temu mogło się wydawać, że choć NHS boryka się z problemami, dla Polski może stanowić (niedościgniony) wzór. – Gdybyśmy mieli tylko takie problemy, jak Brytyjczycy... – powtarzał Konstanty Radziwiłł. Dziś już wiadomo, że NHS trzeszczy w szwach, nie ma tygodnia by z Wysp nie nadchodziły niepokojące informacje na temat braków kadrowych czy przepełnienia szpitali (ostatnio – o odwołaniu kilkudziesięciu tysięcy planowych operacji na skutek niewydolności szpitali w obliczu epidemii grypy).

Częścią budowania Narodowej Służby Zdrowia miała być również ustawowa gwarancja wzrostu finansowania do 6 proc. PKB. Choć Konstanty Radziwiłł tuż przed wyborami zapowiadał, że taki poziom jest możliwy do osiągnięcia szybko („w dwa, trzy lata”), prace nad projektem przeciągały się, ostatecznie został on uchwalony pod koniec 2017 roku, wyraźnie pod presją protestu rezydentów i zbiórki podpisów pod obywatelskim projektem ustawy zakładającym większy i szybszy wzrost nakładów publicznych na zdrowie (6,8 proc. PKB w trzy lata). „Historyczna decyzja”, czyli ustawa 6 proc. PKB na zdrowie do 2025 roku, jest jednak tylko pozorną gwarancją dodatkowych pieniędzy, bo nie zawiera żadnego mechanizmu pozwalającego na sfinansowanie dodatkowych obciążeń (opiera się na założeniu, że różnicę między zakładanym odsetkiem PKB a spływem ze składki zdrowotnej uzupełni budżet państwa).

Porażką jest też ustawa o minimalnym wynagrodzeniu pracowników medycznych, która nakładając na placówki medyczne zobowiązania, nie wskazuje źródeł finansowania, zaś tempo wzrostu minimalnych wynagrodzeń nie satysfakcjonuje żadnej grupy zawodowej. Dla znaczącej części personelu medycznego ustawa oznacza wręcz w najbliższych dwóch latach zamrożenie płac.

Warto zauważyć, że obydwie ustawy były uchwalane pod presją protestu środowisk medycznych. Ustawa o płacach „przyspieszyła”, gdy Porozumienie Zawodów Medycznych ruszyło ze zbiórką podpisów pod obywatelskim projektem zakładającym szybszy i większy wzrost płac pracowników medycznych. Ustawa o 6 proc. PKB została skierowana do Sejmu, gdy głodowali rezydenci. Żadna z ustaw nie została poparta przez związki i organizacje społeczne. Wręcz przeciwnie – lista uwag do obu aktów prawnych zdawała się nie mieć końca.

Ministerstwo Zdrowia pod rządami Konstantego Radziwiłła początkowo dobrze radziło sobie z dialogiem społecznym, z gotowością zarówno do słuchania, jak i uwzględniania uwag i opinii. Jednak taki stan nie trwał dłużej niż pół roku. Konsultacje publiczne kolejnych projektów ustaw i rozporządzeń coraz bardziej przypominały głuchy telefon, partnerzy społeczni otrzymywali coraz krótsze terminy na zgłaszanie opinii. Symboliczny może być fakt, że na konsultacje ostatniego rozporządzenia, umożliwiającego wprowadzenie tzw. elastycznych grafików dyżurów, ministerstwo dało partnerom społecznym... jeden dzień. Ostry protest m.in. samorządu lekarskiego wybrzmiał w dzień odwołania Konstantego Radziwiłła ze stanowiska ministra.

Data utworzenia: 10.01.2018
Plusy i minusy dwóch lat Radziwiłła Oceń:
(1.00/5 z 1 ocen)
Wysłanie wiadomości oznacza akceptację regulaminu
    • WZ
      2018-01-11 20:15
      Co z powszechnym ubezpieczeniem Polaków? Zapowiadał minister Radziwiłł, że wszyscy Polacy zostaną objęci ubezpieczeniem zdrowotny. Ni tylko, że wszyscy nie zostali wciągnięci w pakiet ubezpieczeń, ale matki niepracujące wychowujące samotnie dziecko również ubezpieczenia zdrowotnego nie mają . Ubezpieczenie zdrowotne wszystkich Polaków to obowiązek PAŃSTWA a nie łaskaodpowiedz
      • Polak
        2018-01-12 10:02
        W 2012r Donald Wspanialy zapowiadał "WSZYSTKO" i wszystkim! Co z tego zostalo?odpowiedz

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • System czy atrapa
    90 proc. Polaków źle ocenia system ochrony zdrowia, ale ponad połowa nie chce słyszeć o podniesieniu składki zdrowotnej. Polacy są skłonni się zgodzić, że służba zdrowia potrzebuje większych pieniędzy, ale proponują, by szukać ich w budżecie państwa albo w kieszeniach pacjentów, którzy korzystają ze świadczeń.
  • Sztuczne wydłużanie hospitalizacji wiecznie żywe
    Choć powszechnie znaną praktyką jest sztuczne wrzucanie pacjentów do trybu szpitalnego na dłużej, nikt się do tego nie przyzna. Szpitale z umowami z NFZ z oczywistych powodów nie chcą rozmawiać na ten temat – mówi Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.
  • Życie bez opt-out
    Jeszcze kilka miesięcy temu Filip Płużański, rezydent z Łodzi potrafił, biorąc dyżur po dyżurze, przepracować ponad 300 godzin w miesiącu. Dzisiaj, bez klauzuli opt-out, pracuje maksymalnie 48 godzin w tygodniu. Efekty? Znajduje czas na zabawę z dziećmi, na naukę i przede wszystkim znacznie wyżej ocenia swoją pracę z pacjentami.
  • Dlaczego lekarze protestują?
    Do końca listopada lekarze wypowiadają klauzule do umów o pracę, które umożliwiają im prace powyżej 48 godzin tygodniowo. Samorząd lekarski zaapelował w tej sprawie do wszystkich swoich członków, ale w sposób szczególny w akcję zaangażowali się rezydenci. Dla młodych lekarzy to kolejny, po głodówce, etap protestu w sprawie wyższych nakładów na ochronę zdrowia. O co walczą młodzi medycy i dlaczego nie zgadzają się z rządem, który co prawda chce podwyższać publiczne wydatki na zdrowie, ale znacznie wolniej?

Korzystając ze stron oraz aplikacji mobilnych Medycyny Praktycznej, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki oraz zgodnie z polityką Medycyny Praktycznej dotyczącą plików cookies