Trudności, które nas spotkały i świadomość problemów, które musieliśmy wcześniej pokonać, sprawiły, że lecąc nad K2, byłem tak wzruszony, że prawie popłakaliśmy się ze szczęścia – powiedział Sebastian Kawa, osiemnastokrotny mistrz świata w konkurencjach szybowcowych, ginekolog-położnik.
Fot. Sebastian Kawa, Tomasz Kawa [CC BY-SA 3.0], via Wikimedia Commons
Sebastian Kawa i Sebastian Lampart 20 lipca jako pierwsi w historii przelecieli szybowcem nad szczytem K2 (8611 m n.p.m.) w paśmie górskim Karakorum.
Kawa powiedział, że choć K2 jest drugą co do wysokości, to w jego ocenie jednak najciekawszą z wyglądu górą na ziemi. Zaznaczył, że oprócz umiejętności i skomplikowanych przygotowań mieli też dużo szczęścia, gdyż był to ostatni dzień z silnym wiatrem nazywanym prądem strumieniowym (ang. jet stream).
– Za górą Maszerbrum, też wspaniałą i ikoniczną górą w Karakorum, wznieśliśmy się wreszcie nad chmury i jedyny wierzchołek, który wystawał, to było właśnie K2. Wtedy wiedzieliśmy już, że do niego dolecimy. (...) Trudności, które mieliśmy po drodze i świadomość wszystkich problemów, które trzeba było pokonać, aby się tam znaleźć, powodowały, że lecąc nad K2, byłem tak wzruszony, że prawie popłakaliśmy się ze szczęścia – wspominał.
Mistrz szybownictwa powiedział, że K2 jawił mu się jako „niesamowity, przepiękny, kolorowy i bardzo regularny” szczyt, który wyglądał w tamtym momencie jak stożek wystający z chmur. Podkreślił, że nawet bez mapy nie miał żadnych wątpliwości, że spogląda na drugi najwyższy szczyt świata.
Kawa wspominał, że później widoczność nieco się poprawiła, ale w momencie, w którym szybowiec pierwszy raz znalazł się nad chmurami, niebo było nimi tak idealnie pokryte, że „praktycznie nic nie było widać”. Po pewnym czasie chmury się przerzedziły i ich oczom ukazały się inne wysokie szczyty, w tym cała panorama gasherbrumów, Broad Peak i Maszerbrum.
– Daleko były chmury gdzieś nad Nanga Parbat, cała panorama Karakorum widoczna z jednego miejsca w szybowcu, gdzie lecieliśmy ustawieni w zachodnią stronę (...) Za nimi były Chiny, do których za wszelką cenę nie chcieliśmy dać się zdmuchnąć. To było trudne i jednocześnie fascynujące – powiedział.
Loty szybowcem, jak wyjaśnił Kawa, najczęściej odbywają się na przepisach VFR (Visual Flight Rules), czyli są lotami z widzialnością, jednak podczas tego konkretnego przelotu musiał on nieco „nagiąć sztukę”, jednak – jak zaznaczył – cały czas z pewnością, że w powietrzu nie było nikogo innego.
– Mieliśmy świadomość, że nie ma możliwości zderzenia się z kimkolwiek, bo w promieniu powiedzmy 500 km nie było w powietrzu absolutnie nikogo, żadnego statku powietrznego, samolotu komunikacyjnego – powiedział.
Oprócz szeregu trudności organizacyjnych, związanych z pozwoleniem na start, które oprócz władz cywilnych musiało wydać bezpośrednio pakistańskie wojsko, doszło zachorowanie na COVID-19. Kawa przyznał, że dwa dni przed lotem miał temperaturę, która dochodziła do 39 st. C, a w momencie szybowania nad K2 męczył go mocny kaszel i chrypa, przez którą prawie nie mógł mówić. Zaznaczył, że możliwość normalnego funkcjonowania w tych warunkach, na wysokości 9200 m n.p.m., zapewniły mu wcześniejsze intensywne treningi i odpowiednie zasoby. – To chyba pozwoliło mi po prostu przeżycie na tej wysokości – ocenił.
Kawa, pytany o organizację całego wyjazdu, powiedział, że starania o to, by doszedł do skutku, trwały blisko 3 lata. Na początku próbował zorganizować wjazd z szybowcem do Pakistanu przez polecane mu agencje, jednak szybko okazywało się, że taka usługa jest poza ich zasięgiem. Ostatecznie kontakt z osobą, która mogła załatwić odpowiednie dokumenty, pomógł nawiązać mu polski podróżnik, fotograf i kierownik wypraw Sławomir Makaruk.
– Ten fixer (pol. pośrednik, załatwiacz) zajmował się uzyskiwaniem pozwoleń na kręcenie filmów w Pakistanie i zgodził się nam pomóc. Nie do końca jednak to wszystko załatwił, bo zorganizował pozwolenie cywilne, a już o wojskowym i lokalnym zapomniał. (...) Przyjechaliśmy tam, nie spodziewając się takich kłopotów. Wyobraźcie sobie, że przejechaliśmy 9 tys. km i okazało się, że nie możemy latać szybowcem – powiedział.
Kawa zaznaczył, że wraz z zespołem od samej granicy przejechał przez cały Pakistan w asyście wojska, które tłumaczyło, że to dla ich bezpieczeństwa. Ocenił, że chodziło raczej o pilnowanie i kontrolę ekspedycji, co ostatecznie wydłużyło i utrudniło drogę, gdyż były regiony, w których asysta zmieniała się nawet co 15 km.
Ostatecznie „cały Pakistan jest zarządzany przez wojsko”, więc po dojechaniu na miejsce Kawa musiał uzyskać zgodę armii na start szybowca z lotniska Skardu – oddalonego o 120 km od szczytu K2 i jedynego w pobliżu pozwalającego na taki przelot. Starania o to trwały w sumie blisko miesiąc.
Na szczęście – jak podkreślił – po wielu rozmowach i „przejściu przez 14 różnych instytucji”, wśród władz regionu znalazły się osoby, które chciały umożliwić mu przelot. – Musiała się w to włączyć polityka, oni chcieli, żebyśmy tam latali, natomiast wojsko nie za bardzo – dodał.
– Wieża, ludzie, którzy byli na bramie na lotnisku, menedżer lotniska, parkingowi. Wszyscy nam kibicowali, przybijali piątkę, bo przecież myśmy się tam przez miesiąc przewijali. Przykro im było, jak czekamy, siedzimy i nic nie jesteśmy w stanie załatwić – powiedział.
Po wielu rozmowach udało się zorganizować spotkanie z dowódcą odcinka północnego pakistańskiej armii. Po uściśnięciu z nim dłoni i wyjaśnieniu, w jakim celu zorganizowano tę wyprawę, generał obiecał, że następnego dnia otrzymają zgodę na przelot. – Tak też się stało – powiedział Kawa.
Ostatecznie 20 lipca br. Kawa i Lampart jako pierwsi w historii przelecieli szybowcem nad szczytem K2. Pozwolenie na starty z wojskowego lotniska działało do momentu, gdy kilka dni później Francuz Jean-Yves Fredriksen wraz z trzema innymi osobami dokonali – bez zgody strony pakistańskiej – pierwszych w historii lotów ze szczytu K2 na paralotni.
– Wtedy wszystko się skończyło. Oberwaliśmy rykoszetem i od tej chwili nasz szybowiec był pilnowany non stop przez czterech wartowników z bronią na lotnisku. Bałem się wręcz, że nie wydadzą nam go z powrotem, żebyśmy mogli z nim wrócić – powiedział.
Ostatecznie polska ekipa po wielu problemach wróciła do kraju w sobotę 17 sierpnia, gdzie została przywitana na lotnisku macierzystego Aeroklubu Bielsko-Bialskiego, Aleksandrowice w Bielsku-Białej. Cała wyprawa od startu z Polski do powrotu zajęła im blisko dwa miesiące. W tym czasie przejechali samochodem z przyczepą i szybowcem przez Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Turcję, Iran i Pakistan.
Kawa to jeden z najbardziej utytułowanych szybowników na świecie. W dorobku ma m.in. 24 medale mistrzostwa globu, w tym 18 złotych. Latał też nad Himalajami, w tym nad najwyższym szczytem świata, Mount Everestem (8849 m n. p. m.).