Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Czasem od skręconej kostki do wychłodzenia jest bardzo blisko, czyli o bezpiecznym chodzeniu po górach zimą

Magdalena Wiercińska

Musimy dopasować wycieczkę do naszych umiejętności, do tego, jakie mamy doświadczenie w górach, jakie są aktualne warunki pogodowe, do topografii, czyli musimy wiedzieć, gdzie w ogóle chcemy iść, przeanalizować trasę. Jeżeli planujemy na zasadzie: mam wolny weekend i szybko sobie skoczę w góry, to nie jest dobre planowanie.


Marek Ciaś, fot. A. Klimek

Magdalena Wiercińska: Góry i zima ostatnio kojarzą się z wypadkami. Czy można chodzić po górach zimą bez angażowania ratowników górskich?

Marek Ciaś: Obecnie faktycznie lekkomyślność ludzi jest dość duża i mamy sporo wypadków w górach. Bierze się to może stąd, że góry robią się coraz mniejsze i bardziej dostępne. Społeczeństwo trochę się wzbogaciło, ma więcej czasu na realizację dodatkowych założeń. Dotyczy to zwłaszcza osób z większych miast, które pracują dużych firmach, korporacjach i zaplanują sobie z góry, że muszą coś zrealizować. To jest czasem taki plan za wszelką cenę. Ludzie myślą, że jak ktoś przebiegł jeden maraton gdzieś w Warszawie po płaskim, to jest w stanie bez problemu wejść np. na Turbacz, bo to jest 8 km z Nowego Targu. A zimą dochodzą trudne warunki - opady śniegu, tak jak np. dzisiaj – mamy dużo śniegu, ponawiewane trzymetrowe zaspy, wiatrołomy, czyli powalone drzewa i przemieszczanie się w górach na nogach przy dzisiejszej aurze wygląda tak, że zapadamy się po pas. A takie brodzenie w śniegu powoduje, że wycieńczamy się dość szybko i prosimy wtedy o pomoc. I wynika to niestety z braku szacunku do gór, lekkomyślności i lekceważenia nawet takiego szczytu jak np. wspomniany Turbacz. Bo przecież latem można tam nawet wjechać rowerem, można się przejść. Ale zimą warunki są inne, różnych sytuacji możemy nie przewidzieć i wtedy zwracamy się o pomoc do ratowników. I żeby tego uniknąć, to najważniejsze jest planowanie. Musimy dopasować wycieczkę do naszych umiejętności, do tego, jakie mamy doświadczenie w górach, jakie są aktualne warunki pogodowe, do topografii, czyli musimy wiedzieć, gdzie w ogóle chcemy iść, przeanalizować trasę. Jeżeli planujemy na zasadzie: mam wolny weekend i szybko sobie skoczę w góry, to nie jest dobre planowanie. Musimy usiąść z mapą, zobaczyć, jaki jest rejon, skorzystać z komunikatów pogodowych. Można też skonsultować to z ratownikami – zadzwonić na numer alarmowy i zapytać, jakie są warunki w górach w danym dniu. Często są komunikaty o zamykaniu szlaków lub całych pasm górskich. Tak jak na przykład w tym roku w Bieszczadach. Bieszczadzki Park Narodowy zamknął część szlaków i zabronił wejścia, a ludzie mimo to wchodzą. My w Gorcach mamy komunikat o dużym zagrożeniu, ale ludzie i tak wchodzą. Te komunikaty mogą nam pomóc w planowaniu wycieczki. Możemy też zadzwonić do schroniska i zapytać, jak wyglądają szlaki. Niektóre schroniska utrzymują przetarte drogi transportowe i wtedy wiemy, że możemy iść takim szlakiem na górę.

Jako turyści nie powinniśmy też planować sobie wycieczek po południu, ponieważ zimą szybko zapada zmrok i kiedy zaskoczy nas noc, zorientowanie się w nieznanym terenie może być bardzo trudne. Zimą należy wychodzić w góry rano i tak mniej więcej zaplanować trasę, żeby przez zmrokiem dotrzeć do celu. Należy pamiętać też o tym, że w razie wypadku ratownicy też będą mieć większą trudność z dotarciem do poszkodowanego po ciemku.

Kolejnym elementem jest nasze przygotowanie do gór, czyli tzw. autoratownictwo. Na ile jestem w stanie sam sobie pomóc w górach i na ile jestem przygotowany, co mam plecaku – żeby sobie pomóc albo chociaż przetrwać czas oczekiwania na służby ratunkowe. I to jest bardzo ważne.

I tutaj dochodzi następny element, czyli pakowanie plecaka i przygotowanie się do trasy.

A co, jeśli chcę wejść na górę, na której nie ma schroniska? Jak sprawdzić, jakie warunki tam panują?

Można zadzwonić do nas, ratowników lub np. do nadleśnictwa na danych terenie, bo leśniczy wie, jakie warunki tam panują. Mamy porozumienia z nadleśnictwami, współpracujemy cały czas, jest między nami przepływ informacji.

Jest zima, jest trochę śniegu, ale nie jest zbyt zimno. Chciałabym wybrać się w góry, np. na Turbacz. Od czego powinnam zacząć?

Jeżeli jesteśmy któryś raz z kolei w górach, ale zimą pierwszy raz, to nie możemy planować wycieczki z mapy, że na przykład przejdę z Rzek na Turbacz, tylko lepiej wybrać krótką trasę, sprawdzoną. Znowu - można zadzwonić do nas, ratowników albo do schroniska na Turbaczu i zapytać. I wtedy doradzimy, że w takim wypadku najlepsza będzie droga transportowa, żółty szlak od Nowego Targu i tą przetartą drogą można wyjść na górę i dotrzeć bezpiecznie do schroniska.

Dobrze, a co z prognozami pogody? Co oznacza, że jest np. pół metra śniegu albo dwa metry?

Trudno to jednoznacznie wytłumaczyć. My mierzymy śnieg - mamy miejsca, gdzie są tak zwane łaty - jest tam miarka centymetrowa i codziennie sprawdzamy, ile jest śniegu. I wtedy w komunikatach na stronach internetowych, mamy np. na łatach śniegu 2 metry - wiemy wtedy, że średnio warstwa śniegu wynosi 2 metry. Ale nie mówimy o tym, że jeszcze wiatr przenosi śnieg i miejscami mogą być i 4 metry, bo po prostu tego śniegu tyle nawieje. Komuś, kto tego nie doświadczył, trudno jest wytłumaczyć, że chodzenie w metrowych zaspach w śniegu po pachy jest bardzo trudne i bardzo mocno wycieńczające. Mieliśmy nawet w tym roku narciarza, wpadł do takiej zaspy śnieżnej, w zasadzie był zasypany po szyję. Dobrze, że był w stanie wyciągnąć telefon i zadzwonić po pomoc, bo był sam. Nie wydostałby się samodzielnie z tej zaspy. Trzeba mieć tę wyobraźnię – to tak, jakby nas zasypał piasek. Tak samo działa śnieg, tylko czasem będzie cięższy, czasem lżejszy.

A jak się mają czasy przejścia podawane na mapach albo na drogowskazach do faktycznego czasu przejścia zimą?

Szacowanie czasu przejścia zimą to kwestia dnia. Jeśli droga jest przetarta i np. jest podany czas przejścia 2h, to zimą on się trochę wydłuży, ale przy twardym, wydeptanym podłożu, po którym przejechał jakiś środek transportu ze schroniska, najprawdopodobniej będziemy w stanie przejść daną trasę w przybliżonym czasie. Ale wystarczy, że w nocy spadnie śnieg, warunki się zmienią i wtedy czas może się wydłużyć – dwukrotnie, trzykrotnie. Dlatego czas wyliczony dla warunków letnich w zasadzie nie ma przełożenia na zimę. Zawsze musimy brać pod uwagę warunki panujące danego dnia.

Czy zawsze trzeba trzymać się szlaku? Co z nieoznakowanymi dróżkami wyglądającymi na „skróty”?

Poruszanie się po szlakach jest nieodzownym elementem przebywania w górach. Po to są te szlaki, żeby było bezpiecznie. I w sytuacji, kiedy schodzimy ze szlaku, czego nie polecam, narażamy się na to, że nikt nie będzie wiedział, gdzie jesteśmy. Poza tym to nielegalne. Znacznie wydłuża to też ewentualny czas dotarcia pomocy, jeśli coś się stanie.

A co z lawinami? Jak interpretować skalę zagrożenia lawinowego?

Skala zagrożenia lawinowego nie mówi, kiedy można iść, a kiedy nie. To jest tylko informacja o tym, jak zachowuje się pokrywa śnieżna w miejscach, gdzie jest zagrożenie lawinowe. Tam, gdzie jest zagrożenie lawinowe, to my musimy ocenić, czy możemy iść czy nie. Skala zagrożenia lawinowego nie daje nam gwarancji przetrwania. Jeżeli na przykład dzisiaj jest „jedynka”, to nie jest gwarancja tego, że przy „jedynce” nie schodzą lawiny. Jakbyśmy popatrzyli w statystki, to najwięcej lawin wbrew pozorom schodzi przy tych najmniejszych stopniach – 1, 2 i wtedy też jest najwięcej wypadków lawinowych, bo ludzie sugerując się skalą idą w taki teren i wchodzą w takie miejsca, w jakich nie powinni się znaleźć. I wtedy oni jakby wytwarzają tę lawinę.

Podsumowując: to człowiek musi mieć świadomość wejścia w teren zagrożony lawinami, musi myśleć i przewidywać, co się może wydarzyć, musi mieć doświadczenie. Bez doświadczenia nie wyobrażam sobie w ogóle wchodzenia w teren zagrożony lawinami. Mówiliśmy wcześniej o planowaniu wycieczki – są znaki na terenach zagrożonych lawinami, są komunikaty na stronach GOPRu, TOPRu – jakiekolwiek zagrożenie lawinowe dla człowieka, który nie ma doświadczenia, powinno być jednoznaczne z niewchodzeniem w takie miejsca.

A co z samotnymi wędrówkami po górach zimą? Czy to bezpieczne?

Lepiej zawsze iść z kimś. Ludzie, którzy lubią chodzić po górach solo, muszą mieć świadomość, że w razie wypadku pomoc może docierać bardzo długo albo nie dotrzeć wcale. Jeśli decydujemy się na samotne wyjście, należy powiadomić kogoś o planowanej trasie i celu wycieczki. System powiadamiania bardzo dobrze pokazuje system eksploracji jaskiń. W jaskiniach obowiązuje taka zasada, że jak wchodzimy, to zawsze powiadamiamy kogoś o planowanej godzinie powrotu. I jeśli mamy o 19 wyjść i nie ma od nas wiadomości, że wyszliśmy, to taka osoba powiadamia odpowiednie służby ratunkowe. Do poruszania się po górach trzeba podejść analogicznie. I często się niestety zdarza, że ktoś w ostatniej chwili zmienia trasę wycieczki i nikogo o tym nie informuje. To bardzo lekkomyślne, bo nikt wtedy nie wie, gdzie jesteśmy.

Zaplanowałam już trasę, zadzwoniłam do ratowników, wiem, jakie są warunki. Powiadomiłam kogoś, gdzie idę. Co teraz? Przygotowanie sprzętowe? Co powinnam ze sobą zabrać?

Wiadomo, że plecak na plecach musi być, a w nim niezbędne rzeczy do wyjścia. Dobrze też zaplanować sobie przed wyjściem ewentualne wezwanie pomocy. W dzisiejszych czasach, kiedy każdy z nas ma telefon komórkowy, nie wyobrażam sobie, że ktoś idzie w góry i nie wie, jaki jest numer telefonu alarmowego - 985 lub 600-100-300. I aplikacja Ratunek, która nam bardzo ułatwia pracę. To darmowa aplikacja, którą można pobrać na telefon i przez którą można skontaktować się z ratownikami. Uważam, że wybierając się w góry, warto ją mieć. Minimum to zapisany w telefonie numer telefonu alarmowego.

Plecak należy dopasować do siebie. Tak samo strój. Znamy swoje możliwości, wiemy, jak nasz organizm zachowuje się w górach. Unikamy przegrzewania się, bo potem, jak coś się stanie, to szybko się wychładzamy – z hipotermią mamy bardzo często do czynienia w górach zimą. Zaplanowanie ubrania i dodatkowej odzieży plecaku. Bo jak np. skręcimy kostkę i usiądziemy, to szybko dochodzi do wychłodzenia organizmu. A jak mamy jakąś odzież termiczną w plecaku, to możemy ją założyć i czekać na służby ratownicze.

Trzeba też popatrzeć pod kątem topograficznym i wziąć pod uwagę zmienność klimatu w górach, która czasem jest nieprzewidywalna. Jeżeli nie będziemy na to przygotowani, nie będziemy mieć mapy, jakiejś nawigacji, GPS, to możemy też stracić orientację w terenie albo wejść gdzieś, gdzie nie będziemy umieli sobie poradzić.

Bardzo ważna jest też apteczka, to „autoratownictwo”, o którym mówiliśmy wcześniej. Np. w sytuacji krwawienia trzeba sobie ten krwotok wstępnie zatamować. Można zabrać też np. folię NRC, którą się można nakryć. Teraz są też odpowiednie koce, śpiwory jednorazowe, które mogą nam zapewnić komfort cieplny. Czasem dobrze jest mieć też łopatkę lawinową, żeby w trudnej sytuacji wykopać sobie jamę w śniegu, ochronić się w niej od wiatru i poczekać na ratowników. Coś energetyzującego – batonik, ciepły napój. Ważna jest też dodatkowa ciepła czapka, rękawiczki, bo to są części ciała, przez które łatwo się wychładzamy. Dobrze też jest przy planowaniu trasy zaplanować odpowiedni sposób poruszania się. Najgorszym rozwiązaniem zimą jest chodzenie na nogach w śniegu, im jest go więcej, tym bardziej się zapadamy. Najlepszym rozwiązaniem zimą w górach są narty skiturowe, które jak założymy, to możemy iść wierzchem, nie zapadamy się. A jeśli ktoś nie radzi sobie na nartach, to zawsze może wykorzystać rakiety śnieżne – one też zwiększają powierzchnię na śniegu i dzięki temu się nie zapadamy.

No i oświetlenie, które też jest bardzo ważne z górach. Nawet, jeśli planujemy wycieczkę w ciągu dnia, to i tak powinniśmy mieć w plecaku latarkę. Bo może zaskoczyć nas zmrok, zwłaszcza zimą, możemy zbłądzić czy może zdarzyć się wypadek.

Ruszyłam w trasę i po 3 godzinach, kiedy to miałam być według moich planów u celu, jestem dopiero w połowie drogi. Trochę mi zimno i jestem też zmęczona. Co teraz? Czy najlepiej się wycofać?

Wycofanie się nie jest strategią popularną w dzisiejszych czasach. Ludzie są bardzo ambitni i za wszelką cenę realizują swoje cele. Wynika to z różnych przyczyn, ale także z braku pokory wobec gór. Dla mnie wycofanie się jest czymś naturalnym i kiedy widzę, że czegoś nie jestem w stanie zrobić, nie dam rady czasowo albo fizycznie, bo jestem zmęczony, to potrafię się odpowiednio wcześnie wycofać. Ale dzisiaj ludzie podchodzą do chodzenia po górach bardzo ambitnie, mają np. krótki urlop i chcą zrealizować wcześniejsze założenia bez względu na wszystko. A umiejętność oceny sytuacji i wycofania się jest bardzo ważna. Możemy na przykład powiadomić służby, że np. jestem zmęczony i będę się wycofywał z danej trasy. Dla nas - ratowników jest to bardzo ważna informacja. Dzięki temu wiemy wcześniej, że na danym terenie jest osoba, która potencjalnie może potrzebować pomocy. Jesteśmy z nią w kontakcie i możemy na bieżąco reagować. Zazwyczaj umawiamy się wtedy na sygnał, kiedy dana osoba zejdzie do określonego miejsca - zabudowań lub swojego samochodu. Kiedy ktoś jest wycieńczony, może dojść do różnych sytuacji, np. utraty przytomności, więc jeśli nie mamy potem z taką osobą kontaktu, to zawsze tam jedziemy i sprawdzamy. Dzięki tej wstępnej informacji wiemy, gdzie w razie czego jechać.

Jakie wypadki poza drobnymi urazami, takimi jak skręcenie, złamanie albo wychłodzeniem, wyczerpaniem najczęściej zdarzają się w górach zimą?

To są najczęstsze sytuacje zimą, ale zdarza się też tak, że ktoś idzie w góry a choruje na coś przewlekle, na przykład niewydolność serca, cukrzycę albo ma problemy z układem krążenia. I właśnie podczas górskiej wędrówki może dojść do zaostrzenia tej choroby albo innych zdarzeń z nią związanych. Ludzie starają się teraz być aktywni fizycznie, nawet w ramach rehabilitacji i czasem przeszarżują.

Zagrożeniem może tez być spotkanie z dzikimi zwierzętami. Należy pamiętać, że to one są u siebie, a my wchodzimy na ich terytorium. Takie sytuacje jednak zdarzają się sporadycznie.

Jestem gdzieś na szlaku, pośliznęłam się i skręciłam sobie kostkę. Nie mogę dalej iść. Muszę wezwać pomoc. Jakie informacje powinnam przekazać?

Przy powiadamianiu służb ratunkowych polecam aplikację Ratunek. To bardzo ułatwia nam pracę i dla poszkodowanego jest także ułatwieniem, bo kiedy ktoś dzwoni przez aplikację i mówi, że potrzebuje pomocy, to my widzimy tego poszkodowanego na mapie, jego współrzędne geograficzne. Więc nie musimy już szukać tej osoby.

Jeśli prosimy o pomoc telefonicznie, najważniejsze jest podanie lokalizacji. Czyli podajemy nazwę góry, szlak oraz co się stało, czyli np. jestem na Rozdzielu, szlak czerwony, pod Turbaczem i złamałem nogę. Bo wtedy, jeśli urwie się połączenie, to ratownik wie, co się stało, gdzie i jakie siły rozdysponować i kogo wysłać. Dzięki aplikacji Ratunek lokalizacja poszkodowanego jest dużo łatwiejsza.

Często też dyspozytor, którym jest zawsze ratownik medyczny – ratownik górski, może doradzić, co zrobić, jak udzielić pierwszej pomocy. To też bardzo ważne.

W jaki sposób oczekiwać zimą na pomoc, żeby się nie wychłodzić?

Tutaj wraca temat przygotowania do wycieczki. Ostatnio bardzo modne jest bieganie po górach i zdarzyło się już kilka takich wypadków, że biegacz, który uważa się za sportowca, więc nic nie ma prawa mu się stać, ulega wypadkowi, nawet drobnemu, np. skręci sobie kostkę. I nie jest w stanie się dalej poruszać. Przygotowanie biegacza w górach, zwłaszcza zimą, jest zazwyczaj niewystarczające – jest w getrach, ma lekką kurtkę. Ponadto biegł pod górę, więc jest mocno rozgrzany. W takiej sytuacji od skręconej kostki do hipotermii jest bardzo blisko. Dlatego przygotowanie jest tak istotne. Jeśli idziemy w góry i w plecaku mamy ciepłą herbatę i dodatkową odzież, którą możemy założyć i zapewnić sobie komfort cieplny czy nawet tę łopatkę - o której już wspominałem - i dzięki której możemy wykopać sobie jamę w śniegu, ochronić się od wiatru i tam przeczekać, to możemy w miarę bezpiecznie poczekać na pomoc. Bo czas dotarcia ratowników może być bardzo różny.

Wróćmy jeszcze do aplikacji Ratunek. Czy do jej działania potrzebna jest sieć internetowa?

Nie, aplikacja Ratunek działa przez sieć komórkową – uruchamiamy ją w ten sposób, że zgadzamy się na tzw. monitorowanie i włączamy GPS w telefonie i wtedy mamy możliwość połączenia się przez sieć telefonii komórkowej.

Czyli jak nie ma zasięgu, to nie ma możliwości połączenia?

To nie do końca tak. To trochę tak jak w życiu – czasem nie ma zasięgu, nie da się zadzwonić, ale jak się napisze SMS, to on jednak jakoś dojdzie, mimo że nie możemy się połączyć telefonicznie. I ta aplikacja też działa w ten sposób. Zasadniczo wezwaniem pomocy – oprócz tego, że mamy uruchomioną aplikację Ratunek – jest połączenie głosowe z ratownikiem i wyjaśnienie, co się stało. Natomiast jeśli ktoś nie ma zasięgu i próbuje się połączyć z ratownikami, to choć nie widzi tego na swoim telefonie, my jako ratownicy dostajemy sygnał od aplikacji, że ktoś się do nas dobija i nie może się połączyć. Widzimy też jego lokalizację. I wtedy na początku próbujemy się z nim skontaktować, a jeśli się nie uda, to wysyłamy tam ratowników.

Ten sposób działania aplikacji ma jednak dwie strony medalu. Jeżeli ktoś faktycznie potrzebuje pomocy, to jest to bardzo korzystne. Ale często zdarza się tak, że ktoś się bawi telefonem – aplikacją Ratunek, czasem też numerem alarmowym i wysyła się ratowników zupełnie niepotrzebnie. Niestety fałszywe zgłoszenia są dość częste.

Czy często zdarzają się wezwania od osób, które nie mają już siły dalej iść albo po prostu im się nie chce?

My tego tak nie klasyfikujemy. Przyjmujemy, że ktoś jest zmęczony, wycieńczony. Trudno nam oceniać taką osobę. Jeżeli ktoś mówi, że nie jest w stanie dalej się przemieszczać, np. w trudnych warunkach zimą, to my jako ratownicy górscy tego nie oceniamy. Jeśli jest wezwanie i mamy kogoś zwieźć na dół, to my prostu to robimy.

A jak kończy się akcja ratownicza?

Zazwyczaj jest tak, ze ewakuujemy osobę poszkodowaną z trudno dostępnego terenu i przekazujemy zespołowi ratownictwa medycznego. Jesteśmy w kontakcie z dyspozytorem, który wysyła karetkę, mamy ustalony punkt zborny i godzinę. I dalej osobą poszkodowaną zajmuje się zespół karetki pogotowia.

Dziękuję za rozmowę.

Marek Ciaś – Naczelnik Grupy Podhalańskiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, instruktor ratownictwa górskiego

Rozmawiała: Magdalena Wiercińska

W 2018 roku Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe przeprowadziło 1722 wypraw i akcji ratowniczych, uratowano 2176 osób. Oznacza to 222 857 godzin przepracowanych społecznie przez ratowników.

W 2018 roku Grupa Podhalańska GOPR przeprowadziła 297 wypraw, akcji i interwencji. Liczba godzin wypracowanych przez ratowników podczas akcji wyniosła 2777, udzielono pomocy 302 osobom.

06.03.2019

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Pięć minut dla pacjenta
    Lekarze rodzinni mają na zbadanie jednego pacjenta średnio po kilka minut. Taka sytuacja rodzi frustracje po obu stronach – wśród chorych, bo chcieliby więcej uwagi, oraz wśród lekarzy, bo nie mogą jej pacjentom poświęcić.
  • Dlaczego pacjenci muszą czekać w kolejkach?
    Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje rocznie na leczenie pacjentów ponad 60 mld zł. Ale ani te pieniądze, ani rozwiązania wprowadzane przez Ministerstwo Zdrowia – tzw. pakiet onkologiczny i pakiet kolejkowy – nie zmienią sytuacji. Dlaczego?