Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Mysi zapach

Z Krystyną Pęksą-Frendo, lekarką z ponad 60-letnim stażem pracy, rozmawia Agnieszka Krupa z portalu mp.pl

- Byłam młodym lekarzem, przyjmowałam po 100 pacjentów dziennie. Pewnego dnia syn sołtysa uległ śmiertelnemu wypadkowi podczas pracy w polu. Mało myśląc, od razu tam pobiegłam. Rzeczywiście leżał martwy, ale ja musiałam sprawdzić, czy da się coś jeszcze zrobić. Ludzie byli pod wrażeniem, że ja tak biegłam do zmarłego - mówi Krystyna Pęksa-Frendo – lekarz, pracująca w poradni POZ od 56 lat, a w zawodzie nieprzerwanie od 61 lat.

Czy mogę zapytać, ile ma Pani lat?

Mam 84 lata. Urodziłam się 4 czerwca 1934 roku.

Jak długo leczy Pani ludzi?

Leczę nieprzerwanie od 61 lat. Zaczęłam pracować w 1957 roku, kiedy miałam 23 lata.


Krystyna Pęksa-Frendo – lekarz, pracuje w poradni podstawowej opieki zdrowotnej od 56 lat, a w zawodzie nieprzerwanie od 61 lat.

Kiedy pojawiła się myśl o medycynie?

To były ciężkie czasy – była nas czwórka w domu, rodzicom nie było łatwo, chciałam pracować od razu, najszybciej jak się dało.
Myśl o medycynie pojawiła się szybko – od zawsze czytałam dużo książek, a jedną z nich była książka Franciszka Waltera o chorobach skóry („Wit Stwosz, rzeźbiarz chorób skórnych” – przyp. red.), która uwrażliwiła mnie na wiele objawów. Mój ojciec miał doktorat, habilitację, był dyrektorem szkoły w Łącku, gdzie mieszkaliśmy. Pewnego dnia dostał wiadomość, żeby uciekał z rodziną, ponieważ partyzanci szykują się do wysadzenia szkoły (w Łącku działał niemiecki skład broni). Pojechaliśmy na kilka nocy do pobliskiej wsi. Mama ukryła w skrzyni na strychu garnitur ojca, sukienkę i inne cenniejsze rzeczy. Po powrocie okazało się, że skrzynię zajęły myszy. Mnóstwo malutkich myszek. Do dziś pamiętam ten mysi zapach.
Kiedy pracowałam już w Wawrzeńczycach, bogatej podkrakowskiej wsi słynącej z uprawy tytoniu, znów pojawił się ten mysi zapach – przychodzili do mnie młodzi ludzie – kaszel, stan podgorączkowy, a ja czułam mysi zapach. Przypomniałam sobie, że w książce profesora Waltera czytałam, że ten zapach towarzyszy gruźlicy. Zaczęłam diagnozować kolejne przypadki tej choroby, które potwierdzały zdjęcia rentgenowskie. Wieść o tych trafnych diagnozach szybko się rozeszła.

Wróćmy do początku – kiedy postanowiła Pani zostać lekarzem?

Był rok 1952. Miałam 18 lat, zdawałam egzamin na Akademię Medyczną w Krakowie, bardzo łatwy – pytano o naukę w świecie współczesnym. Zdałam egzamin na celujący, ale nie zostałam przyjęta – jak mi powiedziano „z powodu braku miejsc”. Była możliwość odwołania, z której skorzystałam. Asystent zapytał mnie wtedy, dlaczego mój tata, który po wojnie należał do PPS, potem z niej wystąpił. Okazało się, że to był powód nieprzyjęcia mnie na studia. Ten człowiek zasugerował, abym zaczęła od szkoły felczerskiej, później dostanę się na medycynę na trzeci rok.

Posłuchała Pani jego rady?

O tak, zaczęłam naukę w 2-letniej szkole felczerskiej, która znajdowała się na ul. Krupniczej w Krakowie.
Od razu były zajęcia z fizjologii, chirurgii, chemii – wszystko notowałam, ale niewiele rozumiałam. Wróciłam do domu i powiedziałam rodzicom, że nie zostanę felczerem, a co dopiero lekarzem. Wtedy ojciec wysłał mnie do Warszawy do jednego z ówczesnych wiceministrów. Pojechałam do Warszawy na Mariensztat, przyjęła mnie Pani, która zadzwoniła do wiceministra zdrowia i poprosiła o moje przyjęcie na studia. Udało się, ale był już grudzień. Dołączyłam do mojego roku z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Koledzy opanowali już całą anatomię człowieka, a ja musiałam sporo nadrobić. To był bardzo trudny rok, ale udało mi się szybko wszystko opanować.
Później kobieta, która mi pomogła, zapytała, czy nie zastanawia mnie, dlaczego to zrobiła. Okazało się, że wraz z mężem byli przed wojną członkami PPS. Mój ojciec był wówczas dyrektorem szkoły w Bielsku-Białej. Kurator przyjechał na kontrolę lekcji męża tej kobiety. Lekcja wyszła świetnie, nauczyciel był doświadczony. Jednak kurator powiedział mojemu ojcu, że ma natychmiast zwolnić nauczyciela. Mój ojciec od razu złożył dymisję, na co kurator oznajmił, że uważa rozmowę za niebyłą. Nauczyciel nie stracił pracy. Kiedyś dzieci się nie wtajemniczało w takie sprawy, dopiero wiceminister uświadomiła mi, że pomogła mi z wdzięczności wobec mojego ojca.

Jak wyglądały studia medyczne?

Były to porządne studia – 5-letnie jednolite, a po nich staż. Jednocześnie studiowaliśmy i odbywaliśmy praktyki w klinice, uczyliśmy się, jak tylko się dało, m.in. od pielęgniarek. Profesorowie podróżowali po świecie, ale nie każdy chciał się dzielić zdobytą wiedzą i informacjami. Teraz jest inaczej, studenci mają dużo łatwiejszy dostęp do wiedzy. Dzisiaj medycyna jest na naprawdę wysokim poziomie.

Czy studia medyczne były łatwo dostępne dla kobiet?

Tak, uczelnia przyjmowała kobiety, ale mężczyzn i tak było więcej.

Jak trafiła Pani do swojej pierwszej pracy?

Znałam Marię Popczyńską-Markową, która pracowała wtedy na etacie szpitalnym w Instytucie Pediatrii i otrzymała propozycję etatu klinicznego w Instytucie Pediatrii, kiedy ja kończyłam studia.
Wtedy zaproponowała mi, abym przyszła na jej miejsce w przychodni w Pleszowie (Pleszów – dawna podkrakowska wieś, obecnie wchodzi w skład dzielnicy Nowa Huta w Krakowie – przyp. red.). Zgodziłam się. Jeszcze wtedy nie ogłoszono terminów egzaminów, dlatego przez kilka tygodni pracowałam „na cudzą pieczątkę i dyplom”. Jak tylko podano terminy, jako jedna z pierwszych osób podeszłam do egzaminu. Tak się spieszyłam ze strachu. To była praca za 250–300 zł. Koleżanka stomatolog zapytała, dlaczego pracuję za takie grosze, przecież w Wawrzeńczycach szukają kierownika przychodni. Okazało się, że pensja wynosiła 6 tys. zł – to było więcej niż zarabiali profesorowie, kierownicy katedr w Krakowie. Rozpoczęłam pracę – do południa byłam na stażu pediatrycznym, a po południu jechałam do Wawrzeńczyc i przyjmowałam pacjentów.

Myślała Pani o specjalizacji?

Kiedy zdawałam egzamin, pan profesor Brzeziński, psychiatra, zaproponował mi asystenturę w Katedrze Psychiatrii. Odmówiłam. Musiałam to zrobić – jak mu powiedziałam: jestem zbyt wrażliwa, płakałam w kinie na każdym filmie. Nalegał, przekonało go dopiero to, że kiedy się uczyłam z podręcznika o jakiejś chorobie, od razu ją widziałam u siebie. Później już nikt mi nie zaproponował specjalizacji.
Chciałam zostać chirurgiem, ale mój tata odradził mi tę specjalizację, mówiąc, że będę ciągle w pracy. A że ja zawsze słuchałam mojego ojca, wybrałam pediatrię. Nie żałuję, że zostałam lekarzem, dziś wybrałabym dokładnie tę samą drogę, chociaż nie jest łatwa. Odpowiedzialność jest olbrzymia.

Wtedy jeszcze nie istniała specjalizacja medycyny rodzinnej.

Nie, byłam lekarzem spółdzielni zdrowia.

Jak lekarze mogli się wtedy dokształcać?

Dopóki była „żelazna kurtyna”, nie korzystaliśmy z osiągnięć medycyny światowej. Chodziłam jednak na spotkania Towarzystwa Pediatrycznego. Dzięki takim zebraniom oraz dzięki ludziom, którzy po powrocie z zagranicy chcieli dzielić się swoją wiedzą, mogliśmy się czegoś dowiedzieć.
Mój mąż otrzymał kiedyś zaproszenie do Instytutu Chorób Zakaźnych we Włoszech na 6 tygodni. Pojechałam z nim. Tam spotykałam profesorów, których pytałam o wszystko. Z jedną Polką, panią profesor pracującą w Rzymie, rozmawiałam o szczepieniach przeciwko odrze, o podostrym stwardniającym zapaleniu mózgu (które wówczas znaliśmy jako przewlekły zanik mózgu), które może wystąpić u dziecka po zachorowaniu na odrę. Po powrocie, podczas jednej z wizyt domowych badałam 8-letniego chłopca. Na pozór zdrowy. Zapytałam matkę, co ją niepokoi. Odpowiedziała, że dziecko uczy się rosyjskiego, angielskiego, dobrze zna matematykę, a jak zadają mu pytanie po angielsku, to ono odpowiada po rosyjsku. Wtedy przypomniałam sobie o tym, co powiedziała mi pani profesor we Włoszech – wypisałam skierowanie do Poradni Neurologicznej Szpitala Dziecięcego na ulicy Strzeleckiej w Krakowie. Po kilku dniach dowiedziałam się od babci tego dziecka, że moja diagnoza się potwierdziła: przewlekły zanik mózgu. Niestety dziecko po jakimś czasie zmarło. Już w latach 90. przychodzili do nas lekarze i farmaceuci, którzy pracowali w firmach farmaceutycznych. Zapraszali nas na spotkania, zaczęłam jeździć do Warszawy na sympozja. Później zaczęto organizować szkolenia w Krakowie. Do dzisiaj uczestniczę w konferencjach dla lekarzy.
Ciągłe doszkalanie się jest bardzo ważne. Dzisiaj lekarze mają wiele badań do wyboru i czasami zapominają, jak duże znaczenie ma wywiad z pacjentem i jego rodziną. Kiedyś przyszła do mnie matka z otyłym, wysokim chłopcem, który grał w koszykówkę. Dziecko po ogólnym badaniu nie budziło niepokoju, zleciłam jednak diagnostykę – poziom żelaza, OB – wyniki były w normie. Zapytałam chłopca, czy ma jakieś problemy, on odpowiedział, że siedzi „na rezerwie”. Pytam, dlaczego? Okazało się, że ten wysoki chłopak miał problem z trafieniem piłką do kosza. Zaczęłam więc raz jeszcze, tym razem od badania neurologicznego, podczas którego chłopaka „znosiło” na jedną stronę, a próba palec–nos skończyła się niepowodzeniem. Skierowałam dziecko do neurologa z podejrzeniem guza. Diagnoza się potwierdziła. Ta sytuacja pokazuje, jak ważny jest wywiad.

Czy miała Pani wielu pacjentów?

Bardzo dużo. Leczyłam wszystkich – dzieci, dorosłych, także pracowników huty (mowa o ówczesnej Hucie im. W. Lenina w Nowej Hucie koło Krakowa – przyp. red.) mających ubezpieczenie. Nikomu nie odmawiałam. Wszystko, co dostałam w podziękowaniu od pacjentów – wędlinę i inne trudno dostępne w tamtych czasach produkty – zawoziłam do rodziców, którym nie było łatwo. Byłam młodym lekarzem, przyjmowałam po 100 pacjentów dziennie. Pewnego dnia dano mi znać, że syn sołtysa uległ śmiertelnemu wypadkowi podczas pracy w polu. Mało myśląc, od razu tam pobiegłam. Źle to wyglądało, rzeczywiście leżał martwy, ale ja musiałam sprawdzić, czy da się coś jeszcze zrobić. Ludzie byli pod wrażeniem, że ja tak biegłam do zmarłego.
Pracowałam nawet w niedziele i nocami. Pewnego popołudnia zatrzymał się przed ośrodkiem autobus z Kazimierzy Wielkiej, ludzie wynieśli mężczyznę z jelitami na wierzchu. Co robić? Powiedziałam koleżance, z którą pracowałam, żeby podała prześcieradło z wersalki – owinęłam tego człowieka i zawiozłam go na „Białą Chirurgię” (popularna nazwa I Katedry Chirurgii Ogólnej w Krakowie – przyp. red.). Nie było to łatwe, jednak załatwiłam wszystko. Mężczyzna przeżył. Potem przyszedł do mnie, żeby podziękować.

Dzisiaj pracuje pani w Krakowie, w Borku Fałęckim.

Od 56 lat. Mam już mniej pacjentów, ale wśród nich są tacy, których prowadzę od urodzenia. Jestem nawet „prababcią” dla wnuków moich pacjentów. Ostatnio nauczyłam się wypisywać elektroniczne zwolnienia „L4”.

06.02.2019

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Pięć minut dla pacjenta
    Lekarze rodzinni mają na zbadanie jednego pacjenta średnio po kilka minut. Taka sytuacja rodzi frustracje po obu stronach – wśród chorych, bo chcieliby więcej uwagi, oraz wśród lekarzy, bo nie mogą jej pacjentom poświęcić.
  • Dlaczego pacjenci muszą czekać w kolejkach?
    Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje rocznie na leczenie pacjentów ponad 60 mld zł. Ale ani te pieniądze, ani rozwiązania wprowadzane przez Ministerstwo Zdrowia – tzw. pakiet onkologiczny i pakiet kolejkowy – nie zmienią sytuacji. Dlaczego?