Wojna o piersi, wojna o bliskość

Katarzyna Kubisiowska

Bratowa powiedziała: „Nie możesz mieć w domu ani jednej buteleczki.” Była matką z dorobkiem, odchowała trzech synów. A ja kompletnie zielona pierworódka. Więc jej posłuchałam. Choć nie bez wątpliwości. Gdy ze zdumieniem spojrzałam na swoje drobne piersi, przemknęło mi przez głowę, że to się udać nie może.

A udało się. W dwie doby po porodzie biust rozrósł się do rozmiarów tego, z którym obnosi się po scenach country Dolly Parton. Tylko, że mój nie pełen tkanki tłuszczowej, lecz mleka lejącego się najpierw cienkimi stróżkami, a z czasem kaskadą wodospadów. I ten stan rzeczy utrzymywał się przez niemal trzy lata, do chwili, kiedy 1 września syn (protestując) ruszył do przedszkola i w jego życiu rozpoczął się zupełnie inny, bo bardziej autonomiczny etap.

A potem dwa i pół roku karmienia piersią córki, która odmawiała każdego innego posiłku, więc tym bardziej te miesiące stały się intensywniejszymi. Bywało trudno: zrywałam się na równe nogi na każde jej stęknięcie, nie mogłam się oddalić od domu dalej niż 5 km, jednak nigdy nie miałam wątpliwości, że warto, że trzeba, że zdrowo, a przede wszystkim blisko z własnym dzieckiem – ta intymność cementuje obustronną więź już na zawsze.

No i zostałam „pionierką karmiącą” w linii kobiet po kądzieli. Bo ani prababcia, ani babcia, ani mama, ani siostra mamy piersią nie karmiły, choć, każda z nich, obiektywnie rzecz biorąc (czytaj: na oko), miała pod tym względem lepsze ode mnie warunki. Powodów niekarmienia prababci nie znam, babci nie rozumiem, mamy i cioci pojmuję – bo to była gierkowska epoka, w której rozkręciła się na dobre moda na sztuczny pokarm. Sztuczny jako wygoda (niemal całą noc przesypia brzdąc, więc ty, matko, razem z nim) i, rzecz jasna, sama ekonomia – noworodek ciągnący ze smoczka szybciej przybiera na wadze itp., itd.

Piersi, tzn. naturalne karmienie w szpitalach położniczych zaczęło wracać do łask plus minus w latach 90. Przypomniano sobie, że człowiek jest ssakiem, a kobiece piersi nie są wyłącznie atrybutem seksualnej atrakcyjności. W pamięci przechowuję jedną znaczącą scenę sprzed 11 lat, kiedy u schyłku czerwca w szpitalu przy Siemiradzkiego w Krakowie przychodziła na świat moja córka. Po porodzie przez dobę leżałam w dwójce z dwudziestolatką tulącą w ramionach trzykilogramowego chłopca popiskującego niczym kurczątko. Ta debiutująca matka czuła się w nowej roli bardzo niepewnie, ale pragnęła, co jasne, swojemu dziecku uchylić nieba. Położna postawiła przed nią sprawę jasno: „Pierś czy butla?”.„Pierś!” – bez wahania zdeklarowała dziewczyna. Więc położna pielgrzymowała do jej łóżka całą noc, cierpliwie pokazując jak malucha do sutka przystawić.

Lecz nad ranem zmęczonej niespaniem i płaczem synka kobiecie zabrakło siły na realizację założonego przedsięwzięcia. I udała się po butelkę na karmienie pierwsze drugie, piąte, ósme.… Widziałam jak rezygnuje, jak odpuszcza, jak zwycięża w niej zmęczenie i niewiara w to, że ona da radę. Powiedziałam jej jeszcze, by się nie poddawała, ale ona już nie chciała słuchać, marzyła tylko o ciszy i świętym spokoju.

Katarzyna Kubisiowska - dziennikarka związana z redakcją Tygodnika Powszechnego.
Autorka książek m.in. „Rak po polsku” i „Pilch w sensie ścisłym”.

Data utworzenia: 08.07.2017
Wojna o piersi, wojna o bliskość Oceń:
(3.14/5 z 7 ocen)
Wysłanie wiadomości oznacza akceptację regulaminu

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Życie bez opt-out
    Jeszcze kilka miesięcy temu Filip Płużański, rezydent z Łodzi potrafił, biorąc dyżur po dyżurze, przepracować ponad 300 godzin w miesiącu. Dzisiaj, bez klauzuli opt-out, pracuje maksymalnie 48 godzin w tygodniu. Efekty? Znajduje czas na zabawę z dziećmi, na naukę i przede wszystkim znacznie wyżej ocenia swoją pracę z pacjentami.
  • Dlaczego lekarze protestują?
    Do końca listopada lekarze wypowiadają klauzule do umów o pracę, które umożliwiają im prace powyżej 48 godzin tygodniowo. Samorząd lekarski zaapelował w tej sprawie do wszystkich swoich członków, ale w sposób szczególny w akcję zaangażowali się rezydenci. Dla młodych lekarzy to kolejny, po głodówce, etap protestu w sprawie wyższych nakładów na ochronę zdrowia. O co walczą młodzi medycy i dlaczego nie zgadzają się z rządem, który co prawda chce podwyższać publiczne wydatki na zdrowie, ale znacznie wolniej?
  • Rezydenci: Czas na „Zdrowie plus”
    To nie jest protest polityczny. To nie jest protest antyrządowy. Zdrowie nie ma barw politycznych, a my walczymy o zdrowie Polaków – tak, w największym skrócie, można streścić przekaz sobotniej pikiety pod Kancelarią Premiera.
  • Dlaczego lekarze strajkują? Zobacz film studentki medycyny
    Dlaczego lekarze strajkują? O co tak na prawdę walczą? Dlaczego rezydenci zdecydowali się na strajk głodowy? Czy chodzi jedynie o pieniądze? W krótkim filmie studentka medycyny stara się odpowiedzieć na te pytania.

Korzystając ze stron oraz aplikacji mobilnych Medycyny Praktycznej, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki oraz zgodnie z polityką Medycyny Praktycznej dotyczącą plików cookies