Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Miód malina medycyna

Karolina Krawczyk

Biorezonans wyleczy uzależnienie od alkoholu i alergie pokarmowe, picie syropu z malin pomoże pozbyć się astmy i chorób genetycznych, a ziarna ciecierzycy włożone w ranę usuną z organizmu nowotwór. Internet roi się od pseudomedycznych bzdur, w które... niestety wierzą pacjenci.

leczenie z internetu
Fot. pixabay.com

Na problem, jakim są twórcy internetowi polecający terapie i specyfiki o wątpliwej (choć mówiąc wprost – zerowej) skuteczności lub pewnej szkodliwości, coraz częściej zwracają uwagę lekarze, którzy prowadzą w sieci strony internetowe poświęcone medycynie.

– Nie unikniemy tego, że w XXI wieku ludzie będą szukali w internecie odpowiedzi na nurtujące ich pytania, także te medyczne. Ten trend stale rośnie, ponieważ wiemy, że często oczekiwanie na wizytę lekarską jest długie, a niepokój pacjenta – spory. To zupełnie normalne, że chory chce jak najszybciej wiedzieć, co ma robić i jak się leczyć – mówi lek. Róża Hajkuś, lekarka w trakcie specjalizacji z pediatrii, autorka strony www.lekarzdladzieci.pl Hajkuś podkreśla, że medyczne rozterki pacjentów wykorzystują osoby niezwiązane z medycyną, które chętnie udzielają nie tylko porad, ale zalecają kupno bezwartościowych specyfików bądź zastosowanie „terapii”, na których skuteczność nie ma żadnych dowodów naukowych.

Jedynymi dowodami, jakimi dysponują internetowi „specjaliści”, są dowody anegdotyczne. – Ktoś, kto ma dzieci, czuje się upoważniony do udzielania rad pediatrycznych. Ktoś raz przeszedł zapalenie oskrzeli, więc nagle kreuje się na specjalistę od chorób układu oddechowego – zauważa pediatra. – Argumenty takich osób brzmią „U mnie zadziałało”, „U moich dzieci się sprawdziło”, „Przeprowadziłam eksperyment na sobie”. To wszystko „dowody” bez żadnej wartości. Co gorsza, są tacy influencerzy, którzy wykorzystują argumenty oparte na emocjach: „Mój synek ciągle chorował, nie mogłam już patrzeć, jak się męczy”; „Szef w pracy złościł się, że ciągle muszę brać wolne. Teraz, po zastosowaniu syropu X, synek wcale nie choruje!”. Przykłady można mnożyć. Niestety, żadna z tych osób nie weźmie odpowiedzialności za swoje słowa – mówi lek. Hajkuś.

Ręce pełne roboty

– To nie oni widują dzieci z zaostrzeniem astmy, którym rodzice nie podali zaleconych leków, bo uwierzyli internetowym celebrytom. Nagle się okazuje, że sposoby z internetu jednak zawiodły i to lekarz, nie osoba sprzedająca syropy, ratuje dziecko, które się dusi. To nie oni będą dyskutować z rodzicami, którzy odmawiają podania antybiotyków w sepsie, chociaż każda godzina opóźnienia leczenia znacznie zwiększa ryzyko zgonu. „Spece” z internetu tylko w internecie mają dużo do powiedzenia. W prawdziwym świecie nie zajmą się pacjentem w stanie ostrym. Często nie widzieli chorób, o których tak wiele opowiadają. Chętnie zarobią na ludzkiej naiwności, nie biorąc za nic odpowiedzialności – podkreśla lekarz.

Zwraca uwagę fakt, że chorzy nie widzą niczego złego w tym, że ktoś wystawia „diagnozę” przez internet. – Lekarz nie postawi diagnozy na podstawie wysłanego zdjęcia czy opisu izolowanego objawu. Każdy doświadczony lekarz zdaje sobie sprawę z tego, że próba rzetelnej diagnozy jest możliwa jedynie po zebraniu wywiadu i wykonaniu badania fizykalnego, czasem po wykonaniu badań dodatkowych, a w niektórych sytuacjach na oddziale szpitalnym – tłumaczy lek. Hajkuś i podkreśla, że choroba nie zawsze przebiega tak, jak opisano ją w podręczniku, dlatego każdy przypadek należy poddać indywidualnej ocenie. – Niestety, tam, gdzie medycyna ma wątpliwości, „spec” z internetu ich nie ma. Taki ktoś stawia diagnozę bez problemu – dodaje.

Biznes na naiwności

Budząca zaufanie osoba „z internetu”, oprócz postawienia diagnozy, często posiada także odpowiednie specyfiki, które mogą pozbyć się zdiagnozowanej choroby. – Ludzie to kupują, bo zazwyczaj sprzedaje to ktoś sympatyczny, wygadany, który wrzuca ładne zdjęcia do sieci. Ktoś taki kreuje się na koleżankę, z którą chętnie wypiłoby się kawę – zauważa lek. Hajkuś. – Problemem jest też to, że my, lekarze, nie zawsze jesteśmy mili i cierpliwi, nie zawsze jesteśmy „pod ręką” i nie zawsze mówimy to, co pacjent chciałby usłyszeć. Lepiej posłuchać pani, która poleca dostępne na receptę leki na nadciśnienie, żeby lepiej wyglądać w dniu ślubu, argumentując to słowami: „Nic się nie stanie, najwyżej spadnie potas”. Przystępniej brzmi głos parentingowej celebrytki, która promuje blog pełen pseudomedycznych treści, gdzie duszność w astmie, ospę wietrzną czy żółtaczkę noworodków leczy syrop, sprzedawany przez koleżankę. To skandal – mówi.

– Gdy ze strony któregoś z lekarzy, farmaceutów czy ratowników padnie pytanie o to, dlaczego ktoś ośmiela się udzielać porad medycznych mimo braku wykształcenia, odpowiedź brzmi zazwyczaj bardzo podobnie: „Ludzie mają swój rozum”, „U mnie zadziałało”, „Nie muszę się na tym znać”. A gdzie odpowiedzialność za takie słowa, za społeczność, którą się stworzyło w Internecie? Czy naprawdę w porządku jest zdobyć zaufanie ludzi tylko po to, by sprzedawać im swoje produkty, opinie i terapie, które mogą być niebezpieczne dla życia i zdrowia? – zastanawia się lek. Hajkuś. Czerwona lampka powinna zapalić się zawsze wtedy, gdy ktoś zaczyna polecać „medyczne” strony internetowe, których autorami są osoby niezwiązane z medycyną. – To jest moment, żeby przestać tracić czas na słuchanie porad takiej osoby – dodaje.

Edukacja, profilaktyka, zaangażowanie

– Uważam, że lekarze oraz przedstawiciele innych zawodów medycznych powinni być obecni w internecie. Treści przez nas przedstawiane powinny być przeciwwagą dla tych bredni – tłumaczy pediatra. – Można być obecnym w sieci w sposób profesjonalny, jednocześnie nie naruszając tajemnicy lekarskiej, nie diagnozując przez internet, nie udostępniając dokumentacji medycznej ani wizerunku pacjenta. Dzisiaj internet daje nam ogromne możliwości edukacji pacjentów z zakresu profilaktyki zdrowotnej, charakterystyki chorób czy naszej pracy. Jeśli będziemy robić to dobrze, to będzie to jeden z kroków pomocnych w odbudowaniu zaufania pacjentów do lekarzy. Jeśli nie będziemy robić tego wcale, „specami od medycyny” pozostaną parentingowe celebrytki sprzedające syropy leczące sepsę – kończy.

26.09.2019

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Poradnik świadomego pacjenta