Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

W Internecie coraz więcej nieprawdziwych informacji o zdrowiu

Zbigniew Wojtasiński

W Internecie pojawia się coraz więcej nieprawdziwych i wprowadzających w błąd informacji o zdrowiu, jednocześnie niepokojąco spada zaufanie do lekarzy – alarmują specjaliści.


Fot. pixabay.com

Zdaniem Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego (PTK), przykładem są fałszywe informacje podważające wpływ zbyt dużego poziomu cholesterolu na rozwój chorób sercowo-naczyniowych, doprowadzających do zawału sercaudaru mózgu.

„Rozpowszechnianie takich twierdzeń jest szkodliwe. Taka manipulacja może przekonać część pacjentów do przerwania lub niepodejmowania leczenia ratującego zdrowie i życie” - ostrzega prof. Piotr Jankowski z Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Skutkiem tego może być przedwczesny zawał serca lub udar mózgu.

Zdaniem prezesa PTK prof. Piotra Ponikowskiego, tego rodzaju fałszywe informacje zagrażają zdrowiu milionów polskich pacjentów już zmagających się z chorobami powodowanymi przez miażdżycę lub zagrożonych ich rozwojem.

Krajowy konsultant w dziedzinie zdrowia publicznego, jednocześnie pełniący funkcję Głównego Inspektora Sanitarnego dr hab. Jarosław Pinkas zwraca uwagę, że w sieci rozpowszechnianych jest coraz więcej nieprawdziwych informacji na temat zdrowia. Jako przykład podaje opinie zniechęcające do stosowania szczepień ochronnych.

„Ruch antyszczepionkowy w znacznym stopniu został wygenerowany właśnie przez Internet, który jest coraz częstszym źródłem informacji o zdrowiu, szczególnie wśród ludzi młodych” – podkreśla specjalista.

Zdaniem Głównego Inspektora Sanitarnego, w korzystaniu z sieci nie ma nic złego, kłopot polega na tym, po jakie treści sięgamy i jakie wyciągamy wnioski. „Internet jest obecnie kopalnią informacji, również z dziedziny zdrowia, które często pochodzą z nierzetelnych źródeł, od użytkowników niebędących w tej dziedzinie ekspertami” – zwraca uwagę.

Jako przykład podaje on suplementy diety. „Zgodnie z danymi Instytutu Monitorowania Mediów jedynie w czerwcu 2017 r. w mediach społecznościowych znalazło się ok. 3,6 tys. publikacji dotyczących suplementów diety, których znikomy procent stanowiły wypowiedzi specjalistów” - dodaje.

Specjalista przyznaje, że nakłada się na to spadek zaufania do lekarzy, którzy coraz mniej czasu mogą poświęcić swym pacjentom. „Aż 59 proc. internautów sprawdza w sieci informacje uzyskane podczas wizyty u lekarza” – twierdzi, powołując się na raport CBOS z 2016 r. „Zdrowie i leczenie w Polsce”.

Z badań tych wynika, że większość pacjentów nie zmienia i nie rezygnuje z zaordynowanego przez lekarza leczenia pod wpływem treści znalezionych w sieci. Tak postępuje jedynie 17 proc. ankietowanych. Eksperci obawiają się jednak, że ten odsetek internautów będzie się powiększał.

„Może to stanowić cenną wskazówkę i zachętę dla lekarzy do budowania zaufania wśród pacjentów” – podkreśla dr hab. Pinkas.

Krajowy konsultant w dziedzinie zdrowia publicznego ostrzega również przed często obecną w sieci tzw. medycyną alternatywną. „Nie ma żadnej medycyny alternatywnej, to jedynie szarlataneria, której nie da się połączyć z rzetelną wiedzą medyczną” – dodaje.

Zdaniem prof. Jankowskiego, nie należy wierzyć w twierdzenia, że suplementy diety mogą zastąpić zdrową dietę i aktywność fizyczną. Specjalista ostrzega też przed opiniami, że można bezkarnie spożywać produkty, które podnoszą we krwi stężenie cholesterolu, jeśli tylko stosuje się suplementy diety.

„Rola cholesterolu w patogenezie miażdżycy jest niezaprzeczalna. Ryzyko wystąpienia zawału serca, udaru mózgu i przedwczesnego zgonu ma ścisły związek ze stężeniem cholesterolu we krwi. Można go jednak obniżyć przez modyfikację diety, regularną aktywność fizyczną, a jeśli to okaże się nieskuteczne - poprzez stosowanie zaleconych przez lekarza leków” – podkreśla specjalista.

04.03.2019
Zobacz także

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Akcja „Polska to chory kraj”
    Jeśli każdego roku nowotwory są przyczyną śmierci ok. 100 tys. Polaków, a dostęp do leczenia raka jest na jednym z najniższych poziomów w Unii Europejskiej, jeśli średni czas oczekiwania na wizytę u endokrynologa wynosi 24 miesiące, a u kardiologa dziecięcego 12 miesięcy, jeśli na 1000 mieszkańców Polski przypada 2,4 lekarza, jeśli polskie szpitale są zadłużone na 14 mld złotych, to diagnoza musi brzmieć – Polska to chory kraj. Ale lekarze opracowali terapię. I apelują, aby rozpocząć ją jak najszybciej.
  • Pięć minut dla pacjenta
    Lekarze rodzinni mają na zbadanie jednego pacjenta średnio po kilka minut. Taka sytuacja rodzi frustracje po obu stronach – wśród chorych, bo chcieliby więcej uwagi, oraz wśród lekarzy, bo nie mogą jej pacjentom poświęcić.