Pogo

24.05.2022
Małgorzata Solecka
Kurier MP

Gdy jesienią 2017 roku zaczynał się protest rezydentów, jego wpis w mediach społecznościowych – dzięki tysiącom reakcji i udostępnień – przebił się praktycznie do wszystkich mediów głównego nurtu. W kilkudziesięciu zwięzłych punktach – momentami zabawnych, z dużą domieszką angielskiego humoru, momentami wręcz mrożących krew w żyłach – Jakub Sieczko wyjaśnił niezorientowanym, co to dokładnie znaczy „być młodym lekarzem”. A konkretnie – co to znaczy być młodym lekarzem w Polsce. Nie pozostawił też cienia wątpliwości, że posiadając dyplom lekarza potrafi pisać tak, że niejeden parający się zawodowo pisaniem może mu tylko pozazdrościć.

Minęło niespełna pięć lat i nastąpiło to, czego się można było spodziewać – Jakub Sieczko, specjalista w dziedzinie anestezjologii, wydał książkę. Pierwszą, ale z pewnością nie ostatnią. Po takim debiucie (Wydawnictwo Dowody na istnienie) czytelnicy – wydawcy, redaktorzy – raczej nie odpuszczą.

„Pogo” to niezbyt długa opowieść o doświadczeniu pracy w zespole ratownictwa medycznego. W Warszawie. Konkretnie – na prawym brzegu stolicy, na Grochowie. To nie jest dzielnica, w której dominowałyby wille dyplomatów i strzeżone osiedla, ale w opowieści Sieczki wszyscy jesteśmy równi, a mieszkania w blokowiskach czy schronienia bezdomnych to – w momencie gdy ważą się sprawy życia i śmierci – tylko didaskalia.

„Sprawdzam tętno na nietętniącej szyi. Przykładam stetoskop do nieruchomej klatki piersiowej. To czternaste ciało, którego dotykam na tym dyżurze, czternaste od siódmej rano w dziewiątym albo jedenastym mieszkaniu. Jest trzecia w nocy, a to trzecie ciało bez oznak życia.

Trzeci człowiek.

– Jakieś pomysły, na które nie wpadłem? Marek kręci przecząco głową. Radek nigdy nie miał żadnego pomysłu.

Znowu ja i ona. Znowu stoimy naprzeciwko siebie jak rewolwerowcy. Będę strzelał – czas na zdanie. Nie znoszę tego momentu. Mówię to tak, jak wbiega się do lodowatej wody.

– Bardzo mi przykro, pani mąż nie żyje.

Trafiona. Odpetryfikowana. Wyciąga ręce z kieszeni. Patrzy na mnie. Na niego. Znów na mnie.

– Na pewno? – pyta.

Nie umiem zmienić koła w samochodzie. Nie umiem napisać piosenki. Nie sprzedałbym butelki wody na środku Sahary. Nie wiem, co to jest całka, cesja, front atmosferyczny, produkt krajowy brutto ani czy pod Warną nasi zlali tych drugich, czy wręcz przeciwnie – ci drudzy nas. Nie wiem, co myślał Spinoza, jak malował Chagall, czemu samoloty odrywają się od ziemi, a ziemia trzęsie się pod Tokio, nie zaś pod Grochowem, choć moim zdaniem czasem powinna.

Umiem stwierdzić zgon.

– Tak, na pewno.

– Chryste na niebie.

Ona zaczyna płakać, ja milczę”.

„Pogo” to bez wątpienia literatura faktu, ale przede wszystkim – literatura. To nie jest reportaż w stylu: pojechaliśmy, reanimowaliśmy, przegraliśmy, wysłali nas do bezdomnego, dziecko wpadło pod tramwaj, dzień jak co dzień. W skromnej objętościowo książce jest tyle porażających mocą obrazów, namalowanych słowem tak wiernie i przejmująco, że czytelnik nawet nie spostrzega się, że nie tylko poznaje szczegóły dramatycznej reanimacji młodej kobiety, ale – w niej uczestniczy. Nie tylko ją z bliska obserwuje, ale z całej siły kibicuje zespołowi ratowników i żałuje, że sam nie przykładał się do kursu pierwszej pomocy. To jednak nie wszystko.

„Nie czytam wszystkich książek Dowody na istnienie przed drukiem, bo uważam, że mój gust nie musi być w naszym wydawnictwie dominujący. «Pogo» Jakuba Sieczki przeczytałem wczoraj (przedwczoraj pierwsze egzemplarze nadeszły do Wrzenie świata) i jestem oszołomiony. Czym? Tym, że lekarz – specjalista intensywnej terapii i anestezjologii pisze tak jak piszą najlepsi w naszym zawodzie. Książka o jego pracy w pogotowiu ratunkowym jest esencjonalna, mocna, ale nie ckliwa i nie gwałci czytelnika. Nie nadużywa naszej emocjonalności. Każdy przykład, każda scena jest po coś. Kiedy tylko zbytnio zanurzymy się w czyjś dramat, doktor Sieczko jak najlepszy pisarz nas z niego wyciąga. Zaskakującym słowem, pointą, czasem ironią. Z jednej strony «Pogo» jest opowieścią o pracy ratowników i lekarzy, nie pomnikową, bardzo szczerą; z drugiej – opowieścią o nas. Syntezą świata, który trzeba ratować”.

To fragment pisanej na gorąco, opublikowanej w mediach społecznościowych przez Mariusza Szczygła recenzji czy też rekomendacji, pod którą można się tylko podpisać. Jeśli uczeń Hanny Krall i jeden z najlepszych współczesnych reportażystów pisze, że książka Jakuba Sieczki go oszołomiła, czy można dodać coś więcej?

Można. Prośbę, by autor się nie ociągał i znalazł czas na kolejne reportaże. Tematów wszak nie ma prawa mu zabraknąć. Dwa lata pandemii, kilka fal covidowych, akcja Medycy na granicy, system, który mieni się wszystkimi odcieniami szarości nie tylko na oddziałach intensywnej terapii, miejscu pracy (od 2019 roku) Jakuba Sieczki. Który, pozostając bez wątpienia nadal młodym lekarzem – od wpisu z 2017 roku minęło przecież zaledwie pięć lat – oszałamia nie tylko sprawnością warsztatu literackiego, ale przede wszystkim skalą wrażliwości i głębią refleksji.

Zobacz także