Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Dlaczego lekarze protestują?

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Do końca listopada lekarze wypowiadają klauzule do umów o pracę, które umożliwiają im prace powyżej 48 godzin tygodniowo. Samorząd lekarski zaapelował w tej sprawie do wszystkich swoich członków, ale w sposób szczególny w akcję zaangażowali się rezydenci. Dla młodych lekarzy to kolejny, po głodówce, etap protestu w sprawie wyższych nakładów na ochronę zdrowia. O co walczą młodzi medycy i dlaczego nie zgadzają się z rządem, który co prawda chce podwyższać publiczne wydatki na zdrowie, ale znacznie wolniej?


Fot. Włodzimierz Wasyluk

Aby zrozumieć sens protestu lekarzy (a także innych pracowników medycznych, bo postulaty rezydentów popierają wszystkie związki zawodowe zrzeszone w Porozumieniu Zawodów Medycznych), trzeba odpowiedzieć sobie na kilka pytań.

Skąd szpitale i poradnie mają pieniądze na swoją działalność?

Nie ma „bezpłatnej służby zdrowia”. Za usługi szpitali i poradni lekarskich, za system ratownictwa medycznego, częściowo za leki dostępne w aptekach, płaci Narodowy Fundusz Zdrowia. I – w znacznie mniejszym stopniu – budżet państwa. To jest lwia część „publicznych wydatków na ochronę zdrowia”, które wynoszą w ciągu ostatnich lat powyżej 70 mld złotych. Ogrom pieniędzy? Tylko pozornie.

Polska jest na szarym końcu krajów rozwiniętych, w odniesieniu do wielkości publicznych nakładów na zdrowie względem PKB. Nasz wskaźnik – 4,4–4,5% PKB – daje nam również jedno z ostatnich miejsc w krajach Unii Europejskiej. OECD, WHO i Unia Europejska zgodnie wskazują, że minimalny wskaźnik, gwarantujący zdrowotne bezpieczeństwo i zadowalający dostęp do świadczeń zdrowotnych wynosi 6,8–7% PKB.

Dlatego właśnie organizacje skupiające pracowników ochrony zdrowia od lat przekonują i walczą o „6,8% PKB na zdrowie”. Dlatego też lekarze tłumaczą, że bez skokowego wzrostu nakładów na ochronę zdrowia (do 6,8% PKB w 2021 r.) nie zwiększy się dostępność do leczenia. Nie skrócą się kolejki. Wręcz przeciwnie – pacjenci będą musieli czekać coraz dłużej. Albo płacić za swoje leczenie, mimo że teoretycznie należy się im ono w ramach ubezpieczenia.

Dlaczego tylu pacjentów narzeka, że na operację zaćmy muszą czekać 3 lata, a jeśli zapłacą z własnej kieszeni, operacja może być wykonana za 2 miesiące?

Problem dotyczy nie tylko operacji zaćmy, ale również np. wszczepienia endoprotez stawu kolanowego czy biodrowego. W długich kolejkach pacjenci oczekują również na drogie badania – rezonans magnetyczny czy tomografię komputerową. W latach liczy się kolejki na pierwszą wizytę u endokrynologa. Wielu pacjentów nie chce czekać, i decyduje się na leczenie prywatne. Polacy wydają na zdrowie z własnych kieszeni ok. 40 mld złotych! To bardzo dużo na tle innych krajów europejskich. Najwięcej – na leki, ale na drugim miejscu są właśnie badania specjalistyczne, wizyty u specjalistów, zabiegi (i leczenie stomatologiczne). Dlaczego tak się dzieje?

Pieniędzy, jakimi dysponuje NFZ jest za mało. W dodatku nie zawsze są one wydawane w 100% racjonalnie – najwięcej wydajemy na leczenie szpitalne (Polska przoduje wśród krajów rozwiniętych pod względem liczby łóżek szpitalnych w przeliczeniu na liczbę mieszkańców). „Krótka kołdra” nie pozwala na sfinansowanie wszystkich niezbędnych świadczeń, w pierwszej kolejności więc ogranicza się te, które znajdują się w kategorii „świadczenia planowe”: operacje zaćmy, wszczepienia endoprotez, wizyty u specjalistów.

Ponieważ publiczny system opieki zdrowotnej od lat szwankuje, coraz lepiej funkcjonuje prywatna ochrona zdrowia. Coraz więcej świadczeń można wykonać odpłatnie, rezygnując z prawa do leczenia w ramach NFZ (a tak naprawdę – z prawa do oczekiwania w kolejce).

W ostatnich latach pojawiła się możliwość wykonania niektórych świadczeń za granicą, ale w ramach NFZ. Dotyczy to przede wszystkim operacji zaćmy. Polacy wyjeżdżają do Czech, a ostatnio również na Litwę. Za taką operację trzeba zapłacić, ale NFZ zwraca całość lub znaczną część wydatku (dokładne rozliczenie zależy od tego, na jaką soczewkę zdecydował się pacjent). Absurdem jest to, że pacjent, który chciałby się prywatnie poddać leczeniu w polskiej prywatnej klinice na żadną refundację liczyć nie może.

Kolejnym powodem długich i wydłużających się kolejek jest niewystarczająca liczba lekarzy. Trudno uwierzyć, ale dwadzieścia lat temu politycy przekonywali, że lekarzy w Polsce jest zbyt wielu. Dziś mamy najniższy wskaźnik liczby lekarzy w przeliczeniu na liczbę mieszkańców.

Dlaczego w Polsce jest niewystarczająca liczba lekarzy? Ilu mamy lekarzy specjalistów (i jaka jest ich struktura wiekowa) i ilu się kształci?

W latach 90. z powodu ograniczeń budżetowych – a także jak się wydawało zbyt dużej liczby lekarzy – kolejne rządy zmniejszały liczbę miejsc na wydziałach lekarskich uczelni medycznych. W tym czasie liczba lekarzy w Polsce znacząco się zmniejszyła: część przestała wykonywać zawód lekarza, przechodząc do innych branż (na przykład przemysłu farmaceutycznego), część wyjechała za granicę (ten proces nasilił się po roku 2004, czyli po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej). I już kilkanaście lat temu samorząd lekarski zaczął alarmować, że grozi nam nie tyle luka, co wyrwa pokoleniowa: lekarze się starzeją, a młodych przybywa zbyt wolno.

Dziś w Polsce pracuje około 173 tysiący lekarzy. Dokładnie (dane z października 2017 r.): 135 686 lekarzy i 36 702 lekarzy dentystów (razem ze stażystami). Dominują kobiety, a najwięcej medyków jest w grupie wiekowej 51–55 lat. Bardzo liczną grupę lekarzy i lekarzy dentystów (ponad 15 tys. osób) stanowią ci, którzy ukończyli już 71 lat. Bardzo często się mówi, że lekarze-emeryci ratują system, bo pracują znacznie powyżej wieku emerytalnego, łatając „dziury” w obsadach, np. poradni POZ czy AOS. Jednak trudno zakładać, że lekarz może pracować w nieskończoność. Z drugiej strony – najmniej liczna jest grupa lekarzy, którzy nie ukończyli 25 lat – jest ich w Polsce niecałe 3 tysiące. To jednak można tłumaczyć tym, że sześcioletnie studia plus okres stażu zakończony egzaminem, po którym otrzymuje się prawo wykonywania zawodu, dość trudno zmieścić w siedem lat (zakładając, że szkołę średnią opuszczają osiemnastolatkowie, co często nie jest prawdą). Stażystów (mają ograniczone prawo wykonywania zawodu) jest wśród lekarzy niemal 7 tysięcy, a wśród lekarzy-dentystów – niemal 1,8 tysiąca.

Najwięcej lekarzy specjalizuje się w takich dziedzinach, jak: choroby wewnętrzne (29 090), pediatria (14 976), stomatologia zachowawcza z endodoncją (11 779), medycyna rodzinna (11 101), położnictwo i ginekologia (7 739) oraz anestezjologia i intensywna terapia (6 737).

Ostatnio liczba miejsc na wydziałach lekarskich zwiększa się, ale nie w taki sposób, by lekarzy wyraźnie przybyło. Dodatkowym problemem jest system kształcenia podyplomowego – lekarz, który kończy staż i zdaje egzamin, powinien rozpocząć specjalizację w wybranej dziedzinie medycyny. Jednak wielu lekarzy nie może się dostać na wymarzoną specjalizację. Często staje się to bezpośrednią przyczyną wyjazdu za granicę.

Co zmieniłoby się w systemie, gdyby państwo wydawało na ochronę zdrowia 6,8% PKB, czyli tyle ile (minimum) powinno?

Minister zdrowia wielokrotnie w czasie ostatnich miesiący przyznawał, że w polskim systemie brakuje około 30 miliardów złotych. Czyli – mniej więcej 40% obecnych nakładów. To powoduje, że szpitale wpadają w długi (bo świadczenia, które wykonują, wycenione są w zdecydowanej większości poniżej kosztów). Długi szpitali przekraczają 10 miliardów złotych.

Brak pieniędzy oznacza, że wielu pacjentów – na przykład chorujących na rzadkie choroby, ale też chorych na nowotwory – nie ma dostępu do nowoczesnych terapii. Lekarze nie mogą pacjentom pomóc, choć medycyna zna już skuteczne terapie i bezpieczne terapie na wiele chorób. Co jakiś czas w mediach pojawiają się materiały na temat konieczności zebrania pieniędzy na jedyną skuteczną terapię lekową, która może ocalić życie dziecka lub osoby dorosłej – NFZ jednak za nią nie zapłaci, bo nie ma pieniędzy.

Brak pieniędzy wydłuża kolejki do badań. Szpitale i poradnie nie mogą ich wykonać dużo więcej, niż przewiduje kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia, bo nie mają gwarancji, że Fundusz za te dodatkowe świadczenia im zapłaci (a przecież już są zadłużone).

Pracownicy medyczni kiepsko zarabiają. Na pewno znacznie poniżej swoich kwalifikacji. Swoje oczekiwania płacowe w październiku przedstawiali rezydenci – młodzi lekarze apelowali do rządu, by każdy z nich miał zagwarantowane niewiele ponad średnią krajową. Okazało się to niemożliwe do zaakceptowania. Powód? Brak pieniędzy.

Ale lekarze i tak wśród pracowników medycznych są „elitą”, jeśli chodzi o zarobki. Bardzo mało zarabiają pielęgniarki, jeszcze mniej – ratownicy medyczni i wielu innych pracowników. To powoduje, że niewielu młodych ludzi chce wybrać kiepsko płatny, a wymagający kwalifikacji i przede wszystkim wiążący się z dużą odpowiedzialnością zawód. Za kilka lat grozi nam praktyczny paraliż szpitali z powodu braku pielęgniarek.

Gdyby w systemie było więcej pieniędzy, wszystkie te problemy udałoby się prędzej czy później rozwiązać. Pokazuje to przykład innych krajów europejskich. Przykładem dla Polski mogłaby być czeska służba zdrowia, która jest zaliczana do najlepszych w Europie. Czesi wydają na ochronę zdrowia ponad 6% swojego PKB. I te nakłady u nich systematycznie rosną.

Data utworzenia: 20.11.2017
Dlaczego lekarze protestują?Oceń:
(5.00/5 z 2 ocen)
Zobacz także

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Opieka transgraniczna ciągle na marginesie
    Mobilność pacjentów wewnątrz Unii Europejskiej nie zwiększyła się radykalnie, mimo że dyrektywa dotycząca uprawnień do opieki transgranicznej obowiązuje już od dobrych kilku lat – wynika z opublikowanego właśnie sprawozdania Komisji Europejskiej.
  • Najwięcej błędnych interpretacji RODO – w sektorze zdrowia
    Najwięcej błędnych interpretacji przepisów ogólnego rozporządzenia o ochronie danych (RODO) jest w sektorze zdrowia – ocenia ekspert z Ministerstwa Cyfryzacji dr Maciej Kawecki. Dlatego – jak mówi – powstał poradnik, jak stosować przepisy.