System czy atrapa

Małgorzata Solecka
Kurier MP

90 proc. Polaków źle ocenia system ochrony zdrowia, ale ponad połowa nie chce słyszeć o podniesieniu składki zdrowotnej. Polacy są skłonni się zgodzić, że służba zdrowia potrzebuje większych pieniędzy, ale proponują, by szukać ich w budżecie państwa albo w kieszeniach pacjentów, którzy korzystają ze świadczeń.

Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

Poniedziałkowy „Dziennik Gazeta Prawna” przywołuje wyniki raportu Fundacji My Pacjenci przygotowanego we współpracy z Naczelną Izbą Lekarską oraz Naczelną Radą Pielęgniarek i Położnych. „Co trzeci z 1,3 tys. respondentów w ostatnim roku wydał na prywatne wizyty i badania ponad 1000 zł, a co czwarty – od 500 do 1000 zł. Jednak na pytanie, czy są oni za podniesieniem składki zdrowotnej, twierdząco odpowiedziało jedynie 22 proc. ankietowanych. O wiele więcej, bo 41 proc., zgodziłoby się na dopłaty” – czytamy.

Co ciekawe, dopłaty, o jakich (przynajmniej w deklaracjach) mówią Polacy, są o wiele wyższe niż te, które „przechodzą przez gardło” politykom: 10 złotych za wizytę w poradni POZ i do 50 złotych za wizytę u specjalisty.

Ponad połowa badanych, którzy przyznają, że na zdrowie Polska wydaje za mało, chce szukać dodatkowych pieniędzy w budżecie państwa. Komu zabrać? 73 proc. podpowiada, że trzeba ograniczyć dotacje dla górnictwa, 59 proc. zmniejszyłoby wydatki na administrację lokalną (cokolwiek to znaczy), 40 proc. – budżet armii.

Chciałoby się powiedzieć: nic nowego. Podobne wyniki przynoszą wszystkie badania przeprowadzane na ten temat na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat. A jakie miałyby przynieść, skoro Polacy od polityków wszystkich opcji słyszą – nieustannie – ten sam przekaz: system ochrony zdrowia to dziurawe wiadro, do którego można wlać dowolną ilość pieniędzy i uzyskać taki sam (niezadawalający) efekt? Kiedyś, lat temu dwadzieścia, taką tezę sformułował prof. Leszek Balcerowicz, w tej chwili powtarzają ją wszyscy politycy aktualnie będący przy władzy. Opozycja, niezależnie od tego, kto nią akurat jest, domaga się oczywiście zwiększenia nakładów. Do czasu, gdy przejdzie na drugą stronę barykady.

To zapewne podstawowa przyczyna, dla której Polacy po prostu nie wierzą, że płacąc – solidarnie – więcej, mogą mieć lepszy system ochrony zdrowia. Są jednak i inne. Ci, którzy potrafią liczyć, dobrze wiedzą, że składka zdrowotna w polskich realiach bynajmniej nie jest solidarna. Że jedni (zatrudnieni na etacie) płacą znacznie więcej, niż inni (rolnicy, zamożni przedsiębiorcy). Że – z niewytłumaczalnych powodów – do powszechnego systemu nie dokładają się pracodawcy, choć w innych krajach z podobnymi systemami składka dzielona jest między pracowników a pracodawców.

Niechętni podwyższaniu składki chcą też utrzymać minimalną kontrolę nad pieniędzmi, które – ewentualnie – mieliby dokładać do publicznego systemu. Trochę jak w dowcipie: mąż daje żonie dziesięć złotych i zaznacza: - Tylko nie szalej!

Bo dopłaty, jeśli nawet zostałyby wprowadzone, nie są alternatywą ani dla podniesienia składki, ani dla ewentualnych transferów z budżetu państwa do systemu ochrony zdrowia, którego deficyt już w tej chwili wynosi ok. 30 mld zł. Rocznie.

Ale nie to jest w publikacji „DGP” najciekawsze. Materiałowi o niechęci Polaków do podnoszenia składki zdrowotnej towarzyszy opinia „Czeski problem służby zdrowia”. Prawie zdążyłam się zasmucić, że u naszych południowych sąsiadów coś w systemie zaczęło się psuć, ale jednak nie. Autorka przywołuje czeskie badania opinii publicznej, z których wynika, że tylko 20 proc. obywateli tego kraju jest niezadowolonych z opieki zdrowotnej. Cytuje też obficie przykłady, jak dobrze funkcjonuje system ochrony zdrowia w Czechach. Że nie ma kolejek, że do specjalistów nie trzeba skierowań, że w onkologii leczenie jest skoordynowane i wyspecjalizowane. Że owszem, są jeszcze rzeczy do poprawy – na przykład dojazd pacjenta do szpitala, którego kosztów nie pokrywają czeskie ubezpieczalnie. „Żeby się nie przygnębiać, nie kontynuowałam rozmowy” – pisze Klara Klinger, kończąc na tym tekst.

Szkoda. Bo ewidentnie zabrakło jednego ważnego zdania. W Czechach składka zdrowotna wynosi 13 proc. (połowa obciąża pracownika, połowa – pracodawcę). To tyle, ile miała wynosić – według pierwotnej wersji reformy z 1997 roku – składka zdrowotna w Polsce.

Polacy nie chcą zwiększania składki. Ale to nie znaczy, że media nie powinny tłumaczyć, dlaczego – prędzej czy później, w taki lub inny sposób – będzie ona musiała wzrosnąć. Oczywiście, jeśli chcemy w ogóle mieć system a nie atrapę opieki zdrowotnej.

Data utworzenia: 10.04.2018
System czy atrapaOceń:
Zobacz także
Wysłanie wiadomości oznacza akceptację regulaminu

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • System czy atrapa
    90 proc. Polaków źle ocenia system ochrony zdrowia, ale ponad połowa nie chce słyszeć o podniesieniu składki zdrowotnej. Polacy są skłonni się zgodzić, że służba zdrowia potrzebuje większych pieniędzy, ale proponują, by szukać ich w budżecie państwa albo w kieszeniach pacjentów, którzy korzystają ze świadczeń.
  • Sztuczne wydłużanie hospitalizacji wiecznie żywe
    Choć powszechnie znaną praktyką jest sztuczne wrzucanie pacjentów do trybu szpitalnego na dłużej, nikt się do tego nie przyzna. Szpitale z umowami z NFZ z oczywistych powodów nie chcą rozmawiać na ten temat – mówi Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.
  • Życie bez opt-out
    Jeszcze kilka miesięcy temu Filip Płużański, rezydent z Łodzi potrafił, biorąc dyżur po dyżurze, przepracować ponad 300 godzin w miesiącu. Dzisiaj, bez klauzuli opt-out, pracuje maksymalnie 48 godzin w tygodniu. Efekty? Znajduje czas na zabawę z dziećmi, na naukę i przede wszystkim znacznie wyżej ocenia swoją pracę z pacjentami.
  • Dlaczego lekarze protestują?
    Do końca listopada lekarze wypowiadają klauzule do umów o pracę, które umożliwiają im prace powyżej 48 godzin tygodniowo. Samorząd lekarski zaapelował w tej sprawie do wszystkich swoich członków, ale w sposób szczególny w akcję zaangażowali się rezydenci. Dla młodych lekarzy to kolejny, po głodówce, etap protestu w sprawie wyższych nakładów na ochronę zdrowia. O co walczą młodzi medycy i dlaczego nie zgadzają się z rządem, który co prawda chce podwyższać publiczne wydatki na zdrowie, ale znacznie wolniej?

Korzystając ze stron oraz aplikacji mobilnych Medycyny Praktycznej, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki oraz zgodnie z polityką Medycyny Praktycznej dotyczącą plików cookies