Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Czego chciałyby kobiety

Ewa Stanek-Misiąg

Centralny Rejestr Pielęgniarek i Położnych obejmuje 329 358 osób. Większość stanowią pielęgniarki i pielęgniarze – 291 790, w tym 6248 mężczyzn. Położnych jest w Polsce 37 568, w tym 74 mężczyzn. Co roku 12 maja, w rocznicę urodzin Florence Nightingale, pionierki nowoczesnego pielęgniarstwa, obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Pielęgniarek. W Polsce jest to także święto położnych.


Fot. Sylwia Ura-Polak, arch. własne

Ewa Stanek-Misiąg: Można panią nazwać położną międzynarodową, bo pracowała pani w Polsce, w Szwecji, a teraz jest w Kanadzie.

Sylwia Ura-Polak: W Kanadzie na razie ubiegam się o licencję. To wymaga dużo zachodu. Trzeba zgromadzić wiele dokumentów, potem przejść kurs, który trwa 9 miesięcy i zdać egzamin. W Szwecji było dużo prościej, bo tam obowiązują europejskie przepisy i nostryfikacja dyplomu przebiegła dużo szybciej.

A jeździ pani tak po świecie, ponieważ...?

Mąż dostał kontrakt w Kanadzie, a poza tym lubimy podróżować. Chciałam poznać zagraniczne położnictwo, więc oboje chętnie wyjechaliśmy, gdy tylko nadarzyła się okazja.

Pierwsze dziecko, które w pani obecności przyszło na świat było chłopcem czy dziewczynką?

Ojej, nie pamiętam. Może dlatego, że to był bardzo trudny poród, bardzo długo omawiany potem z naszą opiekunką praktyk. Nie chciałabym wchodzić w szczegóły. Wszystko skończyło się dobrze, wiele się nauczyłam, pamiętam każdy detal.

A poród, który był pani debiutem jako położnej?

To był bardzo dobry poród. Spokojny. Pani rodziła drugie dziecko. Towarzyszył jej mąż. Wszystkie pozytywne emocje, które się kojarzą z witaniem nowego życia, były wtedy naszym udziałem.

Czy coś się zmienia w podejściu położnej do pracy, gdy sama zostaje mamą?

Z mojej obserwacji wynika, że to jest doświadczenie, które może bardzo rzutować na dalszą pracę. Zwłaszcza u osób, które miały trudne przejścia i tego nie przepracowały. Sprawdzała pani średni wiek polskich położnych?

Większość przekroczyła 40 lat.

To znaczy, że rodziły w czasach, w których położnictwo wyglądało zupełnie inaczej niż teraz. Myślę, że to ma ogromne znaczenie. Opowiem na przykładzie mojej mentorki. To osoba, która nauczyła mnie położnictwa spokojnego, empatycznego, z poszanowaniem potrzeb rodzącej. Kiedyś na dyżurze powiedziała mi, że jej porody były bardzo trudne – ona rodziła w innych standardach niż obecnie – i obiecała sobie, że zrobi wszystko, by kobiety, którym pomaga, miały najlepsze warunki, jak to możliwe. Ona cały czas daje z siebie w pracy 200%.
Kiedy się rozmawia z ludźmi, którzy mają wieloletnie doświadczenie w medycynie i na ich oczach odbył się prawdziwy skok w położnictwie, to widać, jakie to jest czasami dla nich ciężkie. Muszą porzucić stare schematy i odnaleźć się w rzeczywistości, w której porody odbywają się według całkiem innych standardów. Myślę, że mało kto zdaje sobie sprawę, jaką drogę musiały pokonać moje starsze koleżanki, żeby dotrzymać kroku dzisiejszemu położnictwu. Ogromnie je za to podziwiam.

Co to znaczy dobry poród? Użyła pani tego terminu.

Dobry poród to jest poród taki, jakiego chce kobieta, zgodny z jej decyzją. Poród, podczas którego kobieta jest traktowana z szacunkiem, to znaczy udziela się jej informacji i respektuje jej zdanie oraz indywidualne potrzeby. One mogą być różne. Jedne kobiety chcą rodzić w wodzie, dla innych ważne jest znieczulenie, jeszcze inne chcą po prostu cesarskiego cięcia.

W Polsce wykonuje się bardzo dużo cięć cesarskich. Mówi się o tym z niepokojem, bo to jednak poważna operacja. Pani nie namawia do rodzenia siłami natury?

Nie namawiam, ale udzielam za to rzetelnych informacji popartych badaniami naukowymi. Cięcie wiąże się z określonym ryzykiem i możliwymi powikłaniami. Poród naturalny też jest obarczony jakimś ryzykiem. Statystycznie jednak większe ryzyko jest przy cesarskim cięciu niż przy dobrze prowadzonym porodzie. Dobrym, to znaczy z uszanowaniem jego pełnej fizjologii i balansu hormonalnego. Badania pokazują, że największą satysfakcję z porodu mają kobiety, którym pozwolono decydować o jego przebiegu, które miały przygotowany plan porodu. Taki plan przygotowuje się z położną jeszcze w trakcie ciąży. Wtedy jest czas, żeby wszystko omówić, wyjaśnić.
Ubolewam, że w Polsce na szczeblu ministerialnym nie rozmawia się o tym, czego chciałyby kobiety, dlaczego tak wiele z nich woli cesarkę od porodu drogami natury, co pomogłoby im oswoić stres związany z porodem. Internetowe fora pełne są wpisów, które pokazują, że dla wielu kobiet proces przygotowania do porodu kojarzy się nadal z presją i walką.

Porównując znane pani systemy pracy położnych, co by pani zmieniła w polskim?

Za granicą położne mają dużą samodzielność. W Polsce ustawa przyznaje położnym spore kompetencje, możemy nawet po przejściu odpowiednich kursów ordynować niektóre leki, wciąż jednak w praktyce nasze umiejętności nie są w pełni wykorzystane w szpitalach. Niestety, w niektórych placówkach nadal położne nie mogą podejmować decyzji i to od lekarza zależy w jakiej pozycji będzie rodzić kobieta, czy nacinamy krocze, jakie podajemy leki. Położna bywa sprowadzana do roli osoby wykonującej zlecenia bez prawa głosu, a plan porodu nie jest uwzględniany.

Obecność lekarza podczas porodu jest konieczna?

Nie, w tej chwili w standardzie opieki okołoporodowej jest napisane, że fizjologicznie przebiegający poród, czyli poród małego ryzyka, w którym nie ma jakichś większych komplikacji w wywiadzie, spokojnie może nadzorować położna samodzielnie. Od początku do końca. Nawet nie jest konieczna obecność pediatry, gdyż położna jest przygotowana do tego, żeby ocenić dziecko w skali Apgar, czy podjąć resuscytację do chwili przybycia lekarza, jeśli występują jakieś problemy. W każdej sali są telefony, można wezwać neonatologa czy ginekologa. W Szwecji, w Kanadzie w takiej sytuacji, kiedy wkracza lekarz, nie odsuwa się położnej od opieki nad rodzącą. W naszym kraju włączenie lekarza do opieki jest równoznaczne z odebraniem decyzyjności położnej.
W Polsce działa kilka przyszpitalnych domów narodzin. Myślę, że będzie ich więcej. One są odpowiedzią na życzenia kobiet. Kierują nimi położne. Mogą się tam odbywać porody małego ryzyka, kobiety przechodzą bardzo ścisłą kwalifikację. W Szwecji tak wyglądają wszystkie szpitale położnicze. Gdy rodziłam córkę, położne przyjmowały poród, badały wstępnie noworodka. Nie było potrzeby wzywania lekarza.
Większość porodów przebiega bezproblemowo, natomiast bardzo łatwo jest zaburzyć poród niepotrzebnymi interwencjami.

To znaczy?

Na przykład pacjentka zgłasza się na oddział ze skurczami, które zostają błędnie zinterpretowane jako te, które rozpoczynają poród, a to są tylko skurcze przepowiadające, które przychodzą i odchodzą. Kobieta zostaje przyjęta na oddział. Na porodówce skurcze zaczynają niknąć, więc w ruch idzie kroplówka, żeby je wzmocnić albo odsyła się kobietę na oddział patologii ciąży. A tak naprawdę należałoby ją odesłać do domu i poprosić o przyjście, kiedy skurcze się bardziej zagęszczą i będą przybierać na sile. Problem polega na tym, że w Polsce boimy się odsyłać pacjentki do domów. Bo jeszcze coś się jej stanie i złoży pozew przeciwko szpitalowi.
W Szwecji jest taki system, że kobieta najpierw musi zadzwonić do szpitala. Położna przez telefon ocenia jej stan, częstotliwość skurczy i ich siłę. To słychać w rozmowie, jak się zmienia głos, robi przerwy. Dzięki temu do szpitala trafiają kobiety, które naprawdę rodzą. Tam położna nie boi się powiedzieć: proszę jeszcze zostać w domu, obserwować, jest za wcześnie na przyjazd.

Do tego trzeba dobrej edukacji. Kobieta musi znać swoje ciało, ufać sobie, położnej. Wiedzieć, na czym polega poród.

Oczywiście. Kobietom trzeba poświęcić odpowiednią ilość czasu. Niestety w Polsce jest za mało położnych i lekarzy, a za dużo biurokracji. Zwracają na to uwagę zwłaszcza młodzi medycy. Mówimy o tym, że chcemy leczyć ludzi, a nie zajmować się papierami. Domagamy się współpracy między zawodami medycznymi i partnerstwa, które powinno zastąpić obecny paternalistyczny system.

A jak to wygląda w Kanadzie, w której chce pani być położną?

Tutaj położne zapewniają tak zwaną ciągłość opieki. Kobieta zgłasza się do ich gabinetu na początku ciąży. To one prowadzą ciążę, przygotowują kobietę do porodu, omawiają jego plan, wybierają razem z ciężarną miejsce porodu, przyjmują go - u niej w domu albo w szpitalu, a potem odwiedzają pacjentkę. Wizyty domowe trwają do 5–6 tygodni po porodzie. Czyli jeden zespół położnych – zazwyczaj są to 2–4 osoby – odpowiada za ciążę, poród i połóg u jednej kobiety. Kobieta zna je wszystkie, one ją dobrze znają, tworzy się między nimi taka fajna więź oparta na zaufaniu.
O tym, że położnictwo powinno iść w taką właśnie stronę, pisano w prestiżowym czasopiśmie medycznym „The Lancet”. Światowa Organizacja Zdrowia rekomenduje rozwijanie pracy położnych w narodowych systemach opieki zdrowotnej.
W Polsce mogłoby być tak, jak w Kanadzie. Na razie jednak NFZ stawia gabinetom położnych, które chcą prowadzić ciążę, bardzo wygórowane wymagania, jednocześnie przy bardzo niskich stawkach. Dlatego większość zakłada gabinety prywatne, nie decyduje się na podpisanie kontraktu.

Jak odpowiada pani na pytania – bo pewno nie ja jedna jestem tego ciekawa – o to, jak sobie radzi z cierpieniem kobiet? Z sal porodowych dobiegać potrafią straszne krzyki.

Myślę, że jeśli kobieta nie jest przygotowana psychicznie do porodu, to faktycznie cierpi. Ogromną rolę odgrywa tu nastawienie. Jeśli kobieta chce się zmierzyć z trudem, jakim jest poród, chce przebiec ten maraton, czy wspiąć się na tę górę, to zupełnie inaczej będzie go przeżywać niż ktoś, kto nie ma takiej gotowości i czuje się zmuszony do tego wysiłku. To fakt, że niektóre kobiety krzyczą przeraźliwie i trudno jest się im opanować. One bardzo potrzebują naszego wsparcia i często proponuje się im znieczulenie zewnątrzoponowe albo inne dożylne środki, które pomagają uśmierzyć ból do akceptowalnego poziomu i przywrócić kontrolę nad sytuacją. Sprowadzić na ziemię. Nigdy nie jest też tak, żeby ból był znoszony całkowicie i też dąży się do tego, żeby na czas parcia odczucia wróciły. Wtedy kobieta ma większą kontrolę nad tym, co się dzieje, czuje potrzebę parcia, wie jak nim pokierować, odzyskuje stery. Łatwiej się z nią współpracuje. A inne kobiety świetnie sobie radzą, emanuje z nich wspaniała moc kobiecego ciała i wystarczy je dyskretnie wspierać niefarmakologicznymi metodami łagodzenia bólu. Kobiety, które mogły decydować o formach łagodzenia bólu, zazwyczaj wspominają potem poród jako pozytywne wydarzenie, mimo trudu jaki poniosły. Nie postrzegają go w kategoriach cierpienia.

Sylwia Ura-Polak pracowała w Mysłowickim Centrum Zdrowia, jest Autorką strony internetowej http://birthcoachproject.com/

W Dniu Matki zapraszamy na rozmowę z Anną Kotlińską, położną laktacyjną http://www.pro-creative.pl/Poradnia-laktacyjna-Krakow,n17
Od Dnia Matki do Dnia Dziecka co roku obchodzony jest w Polsce Tydzień Promocji Karmienia Piersią.
https://nipip.pl/liczba-pielegniarek-poloznych-zarejestrowanych-zatrudnionych/
10.05.2019
Zobacz także

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Akcja „Polska to chory kraj”
    Jeśli każdego roku nowotwory są przyczyną śmierci ok. 100 tys. Polaków, a dostęp do leczenia raka jest na jednym z najniższych poziomów w Unii Europejskiej, jeśli średni czas oczekiwania na wizytę u endokrynologa wynosi 24 miesiące, a u kardiologa dziecięcego 12 miesięcy, jeśli na 1000 mieszkańców Polski przypada 2,4 lekarza, jeśli polskie szpitale są zadłużone na 14 mld złotych, to diagnoza musi brzmieć – Polska to chory kraj. Ale lekarze opracowali terapię. I apelują, aby rozpocząć ją jak najszybciej.
  • Pięć minut dla pacjenta
    Lekarze rodzinni mają na zbadanie jednego pacjenta średnio po kilka minut. Taka sytuacja rodzi frustracje po obu stronach – wśród chorych, bo chcieliby więcej uwagi, oraz wśród lekarzy, bo nie mogą jej pacjentom poświęcić.