×
COVID-19: wiarygodne źródło wiedzy

Studium kryzysu (38)

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Eksperci, pracodawcy, pracownicy, pacjenci – nie wierzą w rządowe deklaracje, że przesunięcie całości finansowania świadczeń zdrowotnych do NFZ nie zmniejszy faktycznie poziomu nakładów na zdrowie. Mowa o nawet 13 mld zł w przyszłym – wszystko na to wskazuje – kryzysowym roku. Nie pomógł sprawie nawet mocny głos „Solidarności”. Mimo że nie jest pewne, czy ustawa zdąży wejść w życie przed 1 stycznia 2023 roku, można powiedzieć: – Annuszka już wylała olej.


Minister zdrowia Adam Niedzielski. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

  • Przesunięcie wydatków z budżetu do NFZ będzie neutralne z punktu widzenia finansów ochrony zdrowia, bo są one gwarantowane ustawą 7 proc. PKB na zdrowie – przekonuje rząd
  • Tymczasem nie ma żadnego 7 proc. PKB. Ba – nie ma nawet 6 proc. PKB
  • Trudno ze spokojem przyjąć, że za szkodliwymi dla systemu rozwiązaniami głosują ci, którzy powinni robić wszystko, by chronić nie tyle system, co ludzi, którzy go tworzą
  • Ustawa nie daje żadnych gwarancji, że pieniądze ze składek zdrowotnych, które mają być przekazane z funduszu zapasowego do Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 będą wydane na cele związane z szeroko pojętym zdrowiem

Największy brak zaskoczenia. Przekaz o 7 proc. PKB. Przesunięcie wydatków z budżetu ministra zdrowia do Narodowego Funduszu Zdrowia będzie neutralne finansowo z punktu widzenia finansów ochrony zdrowia, bo są one gwarantowane ustawą 7 proc. PKB na zdrowie – dowodzili w tym tygodniu w Sejmie przedstawiciele rządu i posłowie Prawa i Sprawiedliwości.

Nie od dziś piszemy, że narracja dotycząca stałego i systematycznego wzrostu nakładów na ochronę zdrowia – jako procentu PKB – jest kłamstwem założycielskim, na którym budowane są kolejne konstrukcje, w tym najnowsza, dotycząca „ujednolicania”, „porządkowania” czy „optymalizacji” wydatków na zdrowie. Nie ma żadnego 7 proc. PKB. Ba – nie ma nawet 6 proc. PKB, a za kilkanaście dni, gdy ukaże się kolejny roczny – tym razem unijny – raport oceniający systemy ochrony zdrowia zapewne się okaże, że nasze wydatki w drugim pandemicznym roku oscylowały w przedziale 5-5,2 proc. PKB.

Reakcji rządu, jak zawsze, nie będzie. Bo przecież nie będą nam tu w obcych językach wytykać, i w obcej metodyce liczyć, ile wydajemy na zdrowie. Wydajemy tyle, ile wydajemy, a ile wydajemy – zapisaliśmy w ustawie o 7 proc. PKB. Osiągamy, a może już osiągnęliśmy „dobry, średni europejski poziom”, a jak ktoś twierdzi inaczej, to ojkofob. A może nawet Tusk.

Dobrego samopoczucia decydentów nie są w stanie zburzyć jednoznacznie negatywne komentarze ekspertów. Gdy dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, wiceprzewodnicząca Rady NFZ (reprezentująca w niej organizacje pracodawców, ale bardzo mocno zaangażowana też w aktywności innych grup interesariuszy i z tego tytułu mająca częsty kontakt również z Ministerstwem Zdrowia), nazwała – publicznie, w cytowanych obficie wypowiedziach medialnych – założenia projektu antypacjenckimi, i wskazała na niebezpieczeństwa, jakie on za sobą – jej zdaniem bezwzględnie – pociągnie, politycy PiS i przedstawiciele rządu twierdzą, że… takich wypowiedzi nie znają. Konsultacji publicznych, w których można byłoby takie stanowiska zaprezentować (bez możliwości umknięcia wzrokiem, słuchem i przytomnością umysłu) na piśmie – nie przeprowadzono, bo wojna. Wysłuchania publicznego nie ma sensu przeprowadzać, bo raz je zrobiono (przy projekcie dotyczącym certyfikatów covidowych) i przewodniczący Komisji Zdrowia ma kiepskie doświadczenia.

Być może nadszedł więc czas, by poprawiać polityków, mówiących o „ustawie 7 proc. PKB na zdrowie”, zamieszczając odpowiedni dopisek. Można wszak tytułować ją „ustawą o rzekomych 7 proc. PKB na zdrowie”. A uchwaloną w nocy ze środy na czwartek nowelizację ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty – „ustawą betonującą 5 proc. PKB na zdrowie”. Prawda nas wyzwoli, a na pewno pomoże sprowadzić dyskusję na nieco bardziej realne tory.

Największa porażka. Ustawa 5 proc. PKB na zdrowie. Obawy przed jej skutkami mocno wybrzmiały podczas, zwłaszcza, pierwszego czytania projektu w Komisji Zdrowia, gdy do głosu doszła tzw. strona społeczna. Zbyt krótko trwała dyskusja, zbyt mało organizacji wzięło w niej udział – być może powodowanych tym, że i tak przecież wszystko jest przesądzone. Z takim nastawieniem podchodzili też posłowie, zarówno obozu rządzącego jak i opozycji. I niezwykle cenna była obserwacja reakcji na odrzucenie przez Komisję Zdrowia projektu, który – jak mówili posłowie – w ogóle nie powinien ujrzeć światła dziennego. Ten stan nie mógł jednak trwać wiecznie, skoro w budżecie państwa nie ma już zaplanowanych wydatków na co najmniej kilka, a być może kilkanaście miliardów złotych – nie trzeba było być prorokiem, żeby przewidzieć mobilizację PiS wokół forsowania tych zapisów.

Wydawało się jednak, że PiS wykona gest. Nie wobec pacjentów. Nie wobec lekarzy. Nie wobec samorządów, którym wiceminister zdrowia w trakcie dyskusji imputował brak zainteresowania projektem (z tego też powodu miał on nie stanąć w Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego). Wobec związkowców. NSZZ Solidarność w osobie Marii Ochman wyciągnęła do rządu rękę, wskazując pole „kompromisu”: przywrócenie finansowania ratownictwa medycznego z budżetu (bez wątpienia to jeden z najbardziej kuriozalnych punktów tej ustawy) pozwoliłoby rządowi twierdzić, że co prawda poniewczasie, ale wsłuchał się w głos strony społecznej. A Solidarność nadal mogłaby w spokoju popierać „pracowniczy” i „nieliberalny” rząd. Nie, żeby teraz miała z tym jakiś problem.

Nota bene – 17 listopada miał się odbyć długo zapowiadany, quasi-protestacyjny „Marsz Godności”. W związku z tragedią, do jakiej doszło w Przewodowie, dzień wcześniej KK NSZZ Solidarność podjęła decyzję o zawieszeniu akcji. – W obecnej sytuacji wszystkie siły i uwaga powinny być skupione na zagrożeniu, w jakim znalazła się Polska, dlatego planowany protest zostanie przeprowadzony w innym terminie – uzasadniły władze związku.

Trudno nie odnotować też roli, jaką w sprawie ustawy, która ze wszech miar zasługuje na tytuł „5 proc. PKB na zdrowie” odegrali posłowie wykonujący – teraz lub w przeszłości – zawody medyczne, członkowie klubu Prawa i Sprawiedliwości. Przynajmniej część z nich musi doskonale sobie zdawać sprawę z fatamorgany, jaką tworzy ustawa 7 proc. PKB na zdrowie. Uporczywe twierdzenie o rosnącej puli środków w systemie (w tym o rzekomym ich podwojeniu, rzekomym, bo zestawianie nominalnych kwot z 2015 i 2022 roku jest pozbawione najmniejszego sensu), przywoływanie mniej lub bardziej prawdziwych win opozycji, krzyki – tak, zdarzały się też krzyki – to coś, co daleko wykracza poza godność nie tylko posła, ale przede wszystkim – profesjonalisty medycznego.

Podobnie jak części ekspertów bardzo trudno było uwierzyć, że projekt ustawy zabierający ochronie zdrowia poważną pulę środków, wyszedł spod ręki ministra zdrowia, tak tym trudnej – ze względu na fakt, że Adam Niedzielski lekarzem nie jest, zresztą tak jak zdecydowana większość kierownictwa resortu – przyjąć ze stoickim spokojem fakt, że za szkodliwymi dla systemu rozwiązaniami głosują ci, którzy powinni robić wszystko, by chronić nie tyle system, co ludzi, którzy go tworzą. Pacjentów, pracowników.

Jednym z ważnych wątków, który tylko częściowo wybrzmiał w trakcie dyskusji, jest kwestia utraty kontroli Sejmu nad pieniędzmi ze składek zdrowotnych, które mają być przekazane z funduszu zapasowego do Funduszu Przeciwdziałania COVID-19. Ustawa nie daje żadnych gwarancji, że będą one wydane na zamarkowane w niej cele związane z szeroko pojętym zdrowiem. Co więcej, doświadczenia z funkcjonowaniem zarówno samego Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 (umożliwienie finansowania dodatków węglowych), jak i może przede wszystkim Funduszu Solidarnościowego, z którego mieli korzystać niepełnosprawni, ale wypłacane są trzynaste i czternaste emerytury, nie nastrajają w tej sprawie optymistycznie. I, co bardzo ważne – rujnują jedną z najważniejszych zasad funkcjonującego od 1999 roku systemu, że pieniądze ze składek zdrowotnych są dla polityków „nietykalne”. Były.

Największe wyzwanie. Legislacja. Ustawa o modernizacji szpitalnictwa. Ustawa o jakości w ochronie zdrowia i bezpieczeństwie pacjenta. Ustawa o Krajowej Sieci Onkologicznej. Ustawa o badaniach klinicznych. Projekty z kategorii „fundamentalnych” i „konstytutywnych”. A także z kategorii „ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Wszystkie miały, czy też mają, według zapowiedzi, wejść w życie 1 stycznia 2023 roku. Do którego to dnia zostało nieco ponad 40 dni, ale uwzględniając okres świąteczny – miesiąc. Trzy pierwsze miały trafić do Sejmu we wrześniu. Żadnej z czterech jeszcze nie zaakceptował rząd. W przypadku co najmniej dwóch należy się poważnie obawiać przekroczenia wszystkich dopuszczalnych limitów prędkości w procedowaniu, gdy już do Sejmu trafią. Co z pewnością nie poprawi ich jakości.

21.11.2022
Zobacz także
  • Studium kryzysu (37)
  • Studium kryzysu (36)
  • Studium kryzysu (35)
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 12 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Zbiórka dla szpitali w Ukrainie!
Poradnik świadomego pacjenta