Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Lekarka z Jeevodaya

Kajetan Charzewski
Lekarka z Jeevodaya

Z Heleną Pyz, lekarką i „misjonarką świecką”, członkinią Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, naczelną (i jedyną) lekarką w Ośrodku Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w Indiach, rozmawia Kajetan Charzewski.

Kajetan Charzewski: Dlaczego wybrała Pani medycynę?

Helena Pyz: W środowisku medycznym obracałam się od dzieciństwa, dużo przeżyłam jako młodociana pacjentka. Przebywałam w szpitalach po polio, które spowodowało u mnie porażenie wszystkich mięśni. Miałam dziesięć lat, kiedy zachorowałam na Heinego-Medina i pamiętam, że już wtedy podpowiadałam studentom szóstego roku medycyny, które mięśnie u mnie pracują, a które nie. Nauczyłam się ich po polsku i po łacinie, i bardzo mnie to cieszyło. Niestety nie przetrwało to w mojej pamięci do czasów studiów. Lubiłam bawić się słuchawkami, a później myślałam, że chciałabym też być taka, jak ci wspaniali ludzie, którzy mi pomagali, więc zmierzałam w tym kierunku.

Czy już na studiach medycznych interesowały Panią choroby zakaźne i planowała Pani, że będzie z nimi walczyć?

Nie! Ortopedia mnie interesowała. Chciałam być lekarzem kulawych dzieci. Potem jeszcze myślałam o radiologii. Dopiero po studiach zdecydowałam się na internę i myślę, że dobrze wybrałam. To królowa nauk medycznych, chociaż to nie z tego powodu podjęłam decyzję. Pracowałam jako lekarz rejonowy, czyli taki, którego obecnie w Polsce nazywa się – niesłusznie – lekarzem pierwszego kontaktu. Taki specjalista, widać to wyraźnie w Anglii, leczy pacjenta, a często całą rodzinę, w jego własnym środowisku. To doświadczenie bardzo przydało mi się w Indiach, bo tam wszystkie drobne specjalności realizuję sama.

W Indiach, siłą rzeczy, musi Pani odnajdować się we wszystkich specjalizacjach.

Tak, zdecydowanie. Przyjmowałam dzieci na ten świat i robiłam najrozmaitsze rzeczy, przedziwne, nawet odbierałam kiedyś poród w samochodzie. Osoba będąca tam musi pomagać potrzebującym niezależnie od obranej specjalizacji. Jęśli ktoś zemdleje w teatrze czy na ulicy, to też podbiegasz, ratujesz, robisz, co możesz. To jest coś takiego – próba pomocy we wszystkim, z czym pacjent przychodzi.

Skąd zainteresowanie leczeniem trądu i dlaczego akurat w Indiach?

Usłyszałam o tym miejscu (Jeevodaya). Pomyślałam, że jeśli się przydam, to mogę jechać. Czemu nie. Nie miałam w Polsce żadnych zobowiązań.

Skończyła Pani studia w Warszawie, zrobiła Pani specjalizację w szpitalu na Banacha…

Nie! Broń Boże! W szpitalu na Wolskiej! To była struktura ZOZ (Zakładu Opieki Zdrowotnej). Pracowałam w przychodni, a w szpitalu administracyjnie przynależnym robiłam specjalizację w ramach wolontariatu. Przychodziłam rano na trzy godziny na oddział – to był mój wolontariat i później na osiem godzin do pracy w przychodni.

Co było najtrudniejsze po przyjeździe do Indii?

Miałam wtedy już czterdzieści lat, nie byłam dzieckiem. Myślę, że trudniej jest młodym, którzy nie mają doświadczenia życiowego, i starszym, bo ci są już obciążeni rozmaitymi przyzwyczajeniami. W moim przypadku trafiło na najlepszy wiek. Miałam jako lekarz wystarczające doświadczenie, żeby nie oglądać się cały czas na kogoś. Tak to już jest, że młody lekarz szuka pomocy u swojego ordynatora, wie, że tam ma podporę. Ja tam, w Indiach, musiałam działać absolutnie sama. Do dziś nie ma innego lekarza. A więc od strony medycznej miałam odpowiedni bagaż doświadczeń. A ogólnie, to... wolałabym być w zimniejszym kraju.

Pani poprzednik, ks. Adam Wiśniewski, w swojej pierwszej misji udał się do Afryki, ale z pewnego powodu wrócił po dwóch tygodniach do Francji.

Tak, to prawda, nie wiadomo, co się stało. On sam nie wiedział, nie potrafił tego wytłumaczyć. Coś go odrzuciło. A tyle lat się przygotowywał do tej podróży... Często mnie nazywają „misjonarką świecką”, co jest różnie rozumiane. Jeżeli rozumieć to w sensie szerokim, to oczywiście każdy z nas pełni jakąś misję. Gdy w ambasadzie pytali konsula, co to znaczy „misjonarka świecka”, on się zaplątał. Powiedziałam mu: „Zwyczajnie powiedz: ona ma misję leczenia ludzi”. Ja jestem „lekarzem misjonarzem” w tym sensie, że jest to moja misja. Nie nawracam nikogo.

Jak ludzie z Jeevodaya wspominały ks. Adama Wiśniewskiego?

Bardzo dobrze, jak ojca. Byli mu wdzięczni, wszyscy, którzy wcześniej zostali przez niego przyjęci. Był troskliwy wobec nich. To piękny przykład.

Kogo Pani zastała w Jeevodaya, kiedy po raz pierwszy tam przyjechała? Kto kierował ośrodkiem?

Była siostra Barbara, jego współpracownica. Pracowała tam po moim przyjeździe, jeszcze sześć miesięcy. A później wyjechała na południe Indii do innych zadań i zostawiła mi Ośrodek.

Jest Pani w ośrodku już prawie trzydzieści lat.

Tak, dwadzieścia dziewięć. Skończone.

Proszę powiedzieć, co się zmieniło od Pani przybycia do teraz?

Bardzo dużo. Przybyło ludzi, przybyło gości, bo już się ludzie mniej boją, informacja o ośrodku idzie przez Internet, więc się interesują i przyjeżdżają. Fundusze, które gromadzi sekretariat misyjny, powodują, że mogę przyjmować więcej dzieci, rozwijać to miejsce. Zostały wybudowane dwie szkoły, nowy dom dla kobiet, ale to akurat mój przyjaciel z Włoch nam ufundował. Nowy dom dla dziewcząt... bo zaczęło ich coraz więcej przybywać i trzeba było dodatkowy wybudować. A budynek, w którym była szkoła, został przerobiony, zmodernizowany na dom dla chłopców. Co jeszcze się zmieniło? Hodowla świń, ptactwa. Ks. Wiśniewski tego nie prowadził. Wykopaliśmy duży zbiornik wodny – on i nawadnia nam pola, i ryby tam hodujemy.

Czyli ośrodek jest samowystarczalnym miasteczkiem?

Nie, na taką liczbę ludzi i na to, co rozdajemy i to, że to wszystko jest za darmo, nie wystarczyłoby z naszych skromnych upraw. Gdyby ludzie mieszkali i płacili nam za wyżywienie, leczenie, kształcenie dzieci, to by wystarczało, ale naszych trędowatych na to nie stać, sami żyją w slumsach, głównie z żebraniny. Mamy pola ryżowe, te, które jeszcze ks. Adam zakupił. Musimy prosić o pomoc finansową. Mamy trzy posiłki dziennie, głównie ryżowe, szkołę i przychodnię lekarską dla okolicznej, ubogiej ludności.

Czy zdarzają się miesiące, w których brakuje jedzenia?

Nie, na szczęście nie. Jak się zdarza, że jest mniej pieniędzy, to rezygnujemy z jakiś przedmiotów luksusu. Nie pozwalamy sobie np. na kupno prezentów na Boże Narodzenie, czy jakieś dodatkowe wyposażenie.

Jaki był najtrudniejszy moment i jaki najlepszy, związany z prowadzeniem ośrodka?

Najlepsza jest radość, kiedy zdrowieją tacy, na których by się wydawało, że już krzyżyk można położyć i nie mają szans – a jednak zdrowieją. To wielka satysfakcja. Również, kiedy przyjeżdżają do mnie już zdrowe dzieci czy osoby dorosłe, które już sobie same radzą, mają pracę, zakładają rodziny. Był nawet taki, którego z ośrodka wyrzuciłam, a kiedy nas odwiedził, powiedział do mnie: „Dobrze zrobiłaś, miałaś rację”. Bo wtedy był na pewno wściekły na mnie, ale jednak stanął na nogi, poradził sobie. Tylko dawać i wiecznie dawać: to rozbudza postawę „należy mi się”. Nauczenie, żeby się tego wyzbyć, daje dużo satysfakcji. A najgorsze jest wtedy, kiedy moi podopieczni mnie oszukują. Najbliżsi – czasem – robią rzeczy straszne i wtedy to boli.

Czy trędowaci w Indiach są dyskryminowani?

Oficjalnie nie, a nieoficjalnie tak. Konstytucja zniosła system kastowy, ale we wszystkich oficjalnych dokumentach do szkoły czy do pracy trzeba napisać, do której kasty się należy.

Jak to wygląda w miastach a jak na prowincji?

Kolosalna różnica. W miastach trędowaci żyją na ulicach, w slumsach, wydzielonych koloniach.

A czy na prowincji lepiej się asymilują?

Czasem mieszkają na obrzeżach wioski, ale to nie jest akceptacja. Natomiast muszę powiedzieć, że ci, którzy z nami bezpośrednio się stykają, czyli choćby pracownicy z zewnątrz, ludzie, którzy przychodzą do przychodni, jakby przestają zauważać ten trąd. Tu nastąpiła pewna integracja. W szkole też. Mamy nowy budynek szkolny i w związku z tym zrobiliśmy przyjęcia również dzieci z zewnątrz, bo przedtem tylko dzieci z naszych internatów się uczyły. No i rzeczywiście jest to integracja, bo nawet koledzy z ławki zapraszają do swoich domów, jak są jakieś uroczystości. To jest integracja i akceptacja z tym związana. A w najbliższym otoczeniu, czyli tam, gdzie nas znają, wiedzą, że tyle lat pracuję i się nie zaraziłam, i nic mi się nie stało.

Czy oprócz trądu są jeszcze w Indiach choroby, które powodują odrzucenie na margines społeczny?

Nie, marginalizacja, wykluczenie ze społeczności, dotyka osoby dotknięte trądem, okaleczone, z widocznym stygmatem choroby.

Jakie inne choroby stanowią duże zagrożenie dla życia i zdrowia Pani pacjentów?

Przede wszystkim gruźlica, ona naprawdę zabija, dziesiątkuje. AIDS i choroby zakaźne, czasem nawet najprostsze. Wysoka temperatura, zwyczajna gorączka może zabić, bo tak słabe jest dziecko, które do nas trafia, jest np. anemiczne i ginie. Raz miałam chłopca, ja w to uwierzyć nie mogłam, który miał 4g%Hb, a biegał normalnie, bo był zaadaptowany do tego, ale gdyby w takim stanie zachorował na jakąkolwiek chorobę infekcyjną, choroba mogłaby go zabić.

Jak można wspomóc ośrodek Jeevodaya?

Najlepiej znaleźć stronę internetową, tam są potrzebne informacje: www.jeevodaya.org.

Czy można pojechać do Jeevodaya na wolontariat, np. jako student, lekarz czy osoba niezwiązana z medycyną?

Można, jak najbardziej. Trzeba to uzgodnić za pośrednictwem Sekretariatu Misyjnego Jeevodaya.

Rozmawiał Kajetan Charzewski

Data utworzenia: 02.11.2018
Lekarka z JeevodayaOceń:

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.