Najgroźniejszy byłby scenariusz, w którym zakażenia wewnątrzszpitalne wyłączą z pracy połowę medyków. Dlatego środki ochrony osobistej to absolutny priorytet. Jest ich mało, ale uzupełniamy braki – mówi w rozmowie z Małgorzatą Solecką minister zdrowia, prof. Łukasz Szumowski.
Minister zdrowia Łukasz Szumowski. Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Gazeta
Małgorzata Solecka: Od potwierdzenia pierwszego przypadku zakażenia koronawirusem w Polsce mija właśnie 33. doba. W jakim momencie epidemii, jako kraj, jesteśmy?
Prof. Łukasz Szumowski: Analizujemy krzywe zachorowań w innych krajach europejskich, przesuwając je od setnego pacjenta w górę. Wcześniej są duże wahania, natomiast od mniej więcej setnego pacjenta można już obserwować stabilne wzrosty zachorowań. Jeśli zindeksujemy te dane do miliona mieszkańców, Polska jest w dolnej części peletonu. Mamy dość umiarkowane wzrosty.
Choć ta redukcja zachorowań czy potwierdzonych przypadków nie jest jeszcze taka, jakbyśmy sobie życzyli. Ważnym czynnikiem w modelach epidemicznych jest wskaźnik zmniejszenia kontaktów społecznych. Szacujemy, że w tej chwili mamy go na poziomie mniej więcej 24 procent. Do stopniowego wygaszenia epidemii potrzebne byłoby 60 procent.
Co jest niemożliwe.
Co jest mało prawdopodobne. Mamy już dość dużo obostrzeń i wprowadziliśmy je stosunkowo wcześnie. Gdyby nie to, zachorowań mielibyśmy nie 4,5 tysiąca (dane na wtorek 7 kwietnia przed 17.00), ale 16 tysięcy – mówimy o potwierdzonych testami przypadkach, bo jest oczywiste, że pewna część zakażonych koronawirusem nigdy nie zostanie zdiagnozowana. Jak duża jest to grupa, możemy wnioskować na podstawie dwóch informacji – odsetka pozytywnych wyników testów na liczbę testów ogółem i odsetek zgonów w ogólnej liczbie potwierdzonych przypadków. Obydwa te wskaźniki mamy na przyzwoitym poziomie. W krajach, w których systemy ochrony zdrowia doszły do granicy wydolności albo ją przekroczyły, jak we Włoszech, Hiszpanii czy Francji, wskaźnik dodatnich testów wynosi 20-25 proc. Testowani są już wyłącznie ciężko chorzy. Ludzie bez objawów albo ze skąpymi objawami w ogóle nie zgłaszają się do testów, nie mają szans się zbliżyć do systemu ochrony zdrowia.
I wskaźnik liczby zgonów do liczby potwierdzonych przypadków. W krajach, które kontrolują epidemię, wynosi on 2-3 procent. Tam, gdzie testowani są wyłącznie ciężko chorzy, z wyższym ryzykiem zgonu, jest wielokrotnie wyższy. We Włoszech jest to kilkanaście procent.
Nasze wskaźniki pokazują, że system ciągle jest wydolny, a jest wydolny – bo liczba chorych nie eksplodowała.
System jest wydolny, ale ze szpitali jednoimiennych, przynajmniej niektórych, dochodzą dość niepokojące sygnały o zbliżaniu się do granicy wydolności. Chodzi konkretnie o Warszawę.
Warszawa ma rzeczywiście największą liczbę potwierdzonych przypadków, ale ma też dwa szpitale zakaźne, tj. Wojewódzki Szpital Zakaźny oraz Szpital MSWiA. Ten drugi może zresztą powiększyć swoją bazę łóżkową, bo niecały się jeszcze przekształcił.
Natomiast patrząc globalnie, na dziesięć tysięcy łóżek w szpitalach jednoimiennych przypada w tej chwili 1,4 tys. pacjentów. Mamy 1,4 tys. respiratorów przeznaczonych dla chorych z koronawirusem – w tej chwili zajętych jest trochę ponad 100. Taka jest pojemność systemu na dziś. Ale mamy w odwodach więcej możliwości.
Spodziewamy się jednak, że w ciągu tygodnia, dwóch tygodni liczba pacjentów w szpitalach może się znacząco zwiększyć. Nawet do poziomu 60 proc. ich obecnych możliwości, czyli 6 tys. pacjentów.
Być może nie wszyscy będą musieli przebywać w szpitalach. Tworzymy izolatoria, które powstały z myślą o pacjentach, którzy mają objawy, są chorzy, ale nie mają ciężkiego przebiegu tej choroby. Powinni być obserwowani, ale potrzebują bardziej izolacji i opieki, niż pomocy ściśle medycznej.
Mówiąc o liczbach nie sposób nie powiedzieć o testach. Mówił Pan w poniedziałek w Sejmie: „Wykonujemy 8 tysięcy testów na dobę”. Ale do tej pory zbliżyliśmy się do tego poziomu, z liczbą 7,8 tysiąca testów, raz. W ostatnią sobotę. W niedzielę zostało wykonanych 4,7 tysiąca testów, a w poniedziałek – 6,7 tysiąca. Z czego to wynika?
My udostępniamy możliwości testowania i taka jest nasza rola. Przepustowość dobowa laboratoriów to w tej chwili ponad 13 tys. testów i chcielibyśmy dochodzić w wykonaniach do tej właśnie wielkości. Zakładam, że te 4,7 tys. testów to niestety kwestia dnia tygodnia – podkreślam słowo „niestety”.
Niedziela, czyli wirus odpoczywa?
Nie ma zapewne takiej samej obsady w szpitalach czy stacjach sanitarno-epidemiologicznych jak dnia roboczego, czy w sobotę. Liczba laboratoriów jest stała, a ich możliwości dobowe rosną. Wszystkie są gotowe do pracy, bez względu na dzień tygodnia. Muszą jednak otrzymywać próbki. Badań nie zleca minister zdrowia. Sam chciałbym wiedzieć, dlaczego te liczby testów nie rosną z dnia na dzień tylko mamy tu wahania.
Poprosiłem, żeby NFZ wysłał pytanie do wszystkich szpitali, czy wykonywane są testy u wszystkich pacjentów, którzy wypełniają definicję przypadku. Na przykład, czy testowani są wszyscy pacjenci z niewydolnością oddechową, którzy przebywają pod respiratorami, na OIOM-ach. A jeśli nie są, to dlaczego? Powinni być. Mamy moce przerobowe, mamy testy, to dlaczego w niedzielę liczba wykonanych testów spada do poziomu 4,7 tysiąca?
A nie jest tak, po prostu, że szpitale wiedzą, że testów brakuje? Mamy sygnały z różnych placówek, z różnych miejsc w kraju, że testów jest bardzo mało. Szpitale, które mają własne laboratoria, oszczędzają.
Testy są i jeśli zachodzi potrzeba sprawdzenia pacjenta czy pracownika, bo spełniają kryteria, określone w tej chwili już bardzo szeroko, nie tylko mogą, ale powinny być wykonywane.
Sytuacja jest taka: RCKiK w Gdańsku może wykonywać tysiąc testów na dobę, a wykonał ostatnio 60. Dlaczego? Bo tyle otrzymał próbek.
Z drugiej strony, spływają do nas sygnały od lekarzy, że sanepidy nie zawsze wydają zgodę na testy. Albo co prawda pobiera się próbki, ale lekarze i inni pracownicy systemu ochrony zdrowia przez wiele dni – trzy, cztery – czekają na wyniki.
Weryfikujemy wszelkie tego typu doniesienia. Weryfikujemy skąd się bierze zbyt długie oczekiwanie. Niestety często jest tak, że dany szpital czy dana stacja sanitarno-epidemiologiczna kieruje próbki w jedno i to samo miejsce, mimo że parę kilometrów dalej jest laboratorium, które ma wolne moce przerobowe i mogłoby wykonać testy szybciej. Dlatego wprowadzamy tu codzienny monitoring obłożenia laboratoriów.
Pan ręczy głową, że testy są. Ile jest ich fizycznie, w tej chwili?
W laboratoriach 170 tysięcy. W magazynach 150 tysięcy, które zaczynamy wydawać i zakontraktowane kolejne 800 tysięcy. A kontraktujemy kolejne.
Dlaczego nie przyjął pan oferty kupna miliona testów, którą złożyła jedna z polskich firm? Sprawę opisała właśnie „Gazeta Wyborcza”.
Bo to nie była żadna oferta, mówiąc najkrócej. Jak ktoś mi mówi, czy pisze, że może załatwić milion testów, to – biorąc pod uwagę dzisiejsze realia – chyba nie do końca wie, jak dziś działa ten mechanizm i oferta jest nie do końca poważna. A system działa działa dziś tak, że mamy do kupienia 300 tysięcy testów z Korei Południowej. Mamy wstępnie uzgodniony z firmą zakup 300 tysięcy testów, a potem okazuje się, że dostarczonych ma być 170 tysięcy, a jako pierwsza transza przylatuje do Polski 40 tysięcy.
Tam, gdzie dokonywane są zakupy – w krajach azjatyckich – państwa dosłownie podkupują wszystko, co można. Ostatnio miał lecieć sprzęt do jednego z krajów europejskich. Nie poleciał, bo Amerykanie kupili na pniu wszystko, dosłownie cały samolot. My też kupujemy np. respiratory, i część partii jest, niestety, podkupywana.
Oferta miliona testów, w takich warunkach, nie brzmi wiarygodnie. A my wydajemy pieniądze publiczne. I choć w związku z epidemią procedury zamówień publicznych zostały bardzo zliberalizowane, ciągle obowiązuje nas wymóg racjonalności i gospodarności.
Mamy zakontraktowane 800 tysięcy testów PCR i one spływają w miarę regularnie. Natomiast w tej chwili walczymy o testy białkowe. To jest, w perspektywie najbliższych tygodni, przyszłość kontroli epidemii. Test PCR trwa od 8 do 12 godzin, natomiast test białkowy trwa tyle samo co test immunoenzymatyczny – kwadrans. Daje zaś informację o obecności wirusa, taką samą jak test PCR.
Testów, które wykazują odporność na wirusa, mamy 150 tysięcy, cztery tysiące przekazaliśmy do szpitali zakaźnych, żeby sprawdzić, jakie będą rezultaty. Efekt jest taki, że pacjenci, u których potwierdzono obecność wirusa testem molekularnym, w testach immunoenzymatycznych uzyskali wynik ujemny – ich organizmy nie wytworzyły jeszcze przeciwciał.
Konsultant krajowy ds. chorób zakaźnych Prof. Andrzej Horban sprawdza w tej chwili, w jaki sposób te testy immunoenzymatyczne można byłoby wykorzystać do badań personelu medycznego. Bo jedna z hipotez mówi, że duża część pracowników, którzy stykają się z niewielkimi dawkami wirusa, nabiera na niego odporności.
Zostańmy jeszcze chwilę przy liczbach. Konkretnie – danych dotyczących zgonów. Jedna trzecia Polaków, według badań Polskiej Akademii Nauk, a ponad 40 proc. według ostatniego sondażu Onetu, uważa że rząd – czyli Pan, minister zdrowia – ukrywa prawdziwą liczbę zgonów. Że ją zaniżacie, manipulujecie informacjami.
Musiałbym mieć nieprawdopodobnie rozbudowaną siatkę agentów, sięgającą przynajmniej do wszystkich zakaźnych szpitali w Polsce, która by fałszowała karty zgonów albo wypisywała je zgodnie z moją wolą i kolejna siatkę w stacjach sanitarno-epidemiologicznych. Nie mam takich możliwości i nikt ich nie ma.
Są jednak przypadki, które muszą budzić wątpliwości. W ostatnich dniach zmarł pierwszy pacjent zakażony koronawirusem w Małopolsce. W szpitalu spędził miesiąc. A w statystykach Sanepidu nie został ujęty. Trudno to zrozumieć.
Rzeczywiście, trzeba sprawdzić, dlaczego nie ma go w zestawieniu. Jednak nasza definicja przypadku zgonu z powodu COVID-19 obejmuje bardzo szerokie spektrum pacjentów. Jeśli mamy pacjenta z COVID-19, który umiera, to niezależnie od przyczyny zgonu raportujemy, że zmarł. Jest przez nas sprawozdawany.
Ale to nie minister zdrowia, nie żaden urzędnik państwowy wpisuje w kartę zgonu, jaka jest jego przyczyna. Karty zgonu wypełniają na miejscu, w szpitalach, lekarze.
Jak wiadomo, z wypełnianiem kart zgonu mamy problem nie od dziś.
Tak, ale w tej chwili widzę raczej pewną skłonność do wskazywania zakażenia koronawirusem jako przyczyny zgonu również w niejednoznacznych przypadkach. Z odwrotną sytuacją raczej się nie spotykamy. Przykład? Zmarł pacjent z obrazem mlecznej szyby w badaniu płuc i został zaraportowany jako COVID-19. Tylko potem przyszły wyniki badań w kierunku koronawirusa i okazało się, że nie był nim zakażony. Być może miał inny wirus, grypy na przykład.
Informacje są raportowane przez szpitale do stacji sanepidu, gromadzone przez wojewódzkie stacje sanitarne i przekazywane do wojewodów, do Ministerstwa Zdrowia. Nie mamy wpływu na to, co znajduje się w tych raportach.
Jeśli natomiast pani pyta, czy są pacjenci, którzy zmarli z powodu COVID-19 a nie ma ich w tych raportach – zapewne tak. Tak jak w innych krajach. Nie z powodu żadnych manipulacji. Nasze raportowanie nie odbiega od standardów, stosowanych w innych krajach.
Jaki jest w tej chwili największy problem, wyzwanie, w walce z koronawirusem?