"System ciągle jest wydolny" - strona 2

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Środki ochrony osobistej personelu medycznego. Działamy, proszę mi wierzyć, bardzo intensywnie, próbując dostarczyć takie ilości środków ochrony osobistej do szpitali i innych miejsc, które byłyby wystarczające. W tej chwili na całym świecie walczy się o nie, dosłownie, z użyciem wszelkich metod, często trzeba te środki po prostu wydzierać. Mogę powiedzieć, że weszliśmy w regularny tryb dostaw tego sprzętu – do Polski i do poszczególnych odbiorców. Mam nadzieję, że problem braków środków ochrony udało się lub uda w najbliższym czasie rozwiązać. Do Polski przyszło już i zostało w większości rozdzielonych w granicach 14 mln samych maseczek. Mamy to szczęście, że jesteśmy w postępach epidemii nieco opóźnieni w stosunku do krajów Europy Zachodniej.

Słucham meldunków naszych wojskowych lekarzy, którzy polecieli do Włoch w ramach misji medycznej – tam problem braku środków ochrony osobistej do pewnego stopnia udało się rozwiązać czy załagodzić dwa tygodnie temu. Dwa tygodnie temu, przy stu tysiącach potwierdzonych testami przypadków.

Tak jak inne państwa europejskie mamy nadal za mało środków ochrony osobistej i sprzętu. Ale przychodzą kolejne transporty i wkrótce zapewne będziemy mogli zalecić personelowi medycznemu chodzenie w maseczkach. Maseczki są w tej chwili na bieżąco rozdysponowywane. W granicach 1,5 mln partia trafi do domów pomocy społecznej. Za chwilę wyląduje samolot, transportujący kolejne 20 milionów maseczek. I oczywiście innego sprzętu. Mówię o maseczkach, jako absolutnej podstawie.

Środki ochrony osobistej to priorytet, bo największym zagrożeniem w obecnej chwili jest niewydolność całego systemu ochrony zdrowia na skutek zakażeń personelu medycznego.

We Włoszech pracownicy medyczni stanowią 20 procent potwierdzonych przypadków zakażeń. Co piąty pacjent to lekarz, pielęgniarka, ratownik medyczny. U nas, niestety, ten odsetek też jest bardzo wysoki. Z kilku przyczyn. Na pewno jedną z nich, może najpoważniejszą, jest kontakt niechronionego personelu z pacjentami, którzy świadomie lub nieświadomie nie informują o możliwości zakażenia koronawirusem. W dużej części świadomie, niestety.

Również niestety, mieliśmy przykłady kiedy kierownictwo placówki dość nierozsądnie podeszło do wydawanych zaleceń w zakresie stosowania środków ochrony osobistej. Oczywiście błędy personelu i niewłaściwe podejście do procedur też się zdarzają, tak jak wszędzie na świecie.

Jednak im więcej będziemy mieć środków ochrony osobistej, tym personel – bez względu na kontakt z zakażonymi – będzie bezpieczniejszy. Zmierzamy do tego.

Ostatnia kwestia – testy. W tej chwili każdy medyk, jeśli spełnia choć jedno kryterium – czyli albo ma objawy, albo miał kontakt z pacjentem zakażonym wirusem, może, a nawet powinien wykonać test. Przy objawach natychmiast, po kontakcie z pacjentem po upływie pięciu, siedmiu dni, bo nie ma żadnego sensu wykonywanie testu w dniu kontaktu, bo on niczego nie wykaże.

Pan mówi o szybkiej ścieżce dla medyków, a opozycja, ale również wielu praktyków, twierdzą że rozwiązaniem byłyby systematyczne, przesiewowe testy, wykonywane przynajmniej u działających na pierwszej linii lekarzy, pielęgniarek, ratowników systematycznie. Co tydzień.

Proszę mi wskazać jakiś kraj na świecie, gdzie to tak działa. Nie ma takiego kraju. Nie ma takiego modelu, by testy PCR były stosowane, nawet w ochronie zdrowia, jako testy przesiewowe, powtarzane cyklicznie. Stosuje się je wtedy, gdy istnieje jednostkowe podejrzenie, że mogło dojść do zakażenia.

Z jednej strony, trzeba brać pod uwagę wydajność systemu. I to nie tylko naszego, ale ogólnie. Gdybyśmy chcieli testować absolutnie wszystkich, co tydzień musielibyśmy wykonywać tej samej grupie pół miliona testów. Miesięcznie – dwa miliony testów.

Niemożliwe, bo nie mamy laboratoriów.

To kwestia techniczna. Jest znacznie poważniejszy powód, dla którego tego robić się wręcz nie powinno. Przy wykonywaniu tego typu testów w modelu przesiewowym, bardzo dużym grupom, bez kryteriów czy to klinicznych czy epidemiologicznych, rozumianych w tej chwili jako kontakt z zakażonym pacjentem, bardzo gwałtownie rośnie odsetek testów fałszywie dodatnich i fałszywie ujemnych.

Żaden kraj na świecie, powtarzam, nie testuje regularnie i przesiewowo pracowników ochrony zdrowia, choć mają oni priorytetowy i uprzywilejowany dostęp do testów.

Może więc testować regularnie nie wszystkich, kontaktujących się z pacjentami pracowników, ale przynajmniej ratowników, personel szpitalnych oddziałów ratunkowych i izb przyjęć, pracowników oddziałów i szpitali zakaźnych. To już nie pół miliona, a kilkadziesiąt, może sto tysięcy osób. Z wyższym prawdopodobieństwem kontaktu.

Ale to naprawdę tak nie działa. Podobnie jak w żadnym kraju na świecie wszyscy pracownicy medyczni nie stosują kombinezonów, gogli i specjalistycznych masek! Szpitale są podzielone na strefy – czerwoną, pomarańczową i zieloną. To właśnie u nas wprowadzamy. W strefie czerwonej obowiązuje kompletny strój, chroniący przed zakażeniem. W strefie zielonej personelowi wystarcza maseczka chirurgiczna. Cały świat bierze pod uwagę czynnik ryzyka, prawdopodobieństwa zakażenia. Ono nie wszędzie w szpitalu jest takie samo.

Wspomniał Pan o przypadkach lekceważenia procedur bezpieczeństwa przez personel medyczny. Mówił o tym również ostatnio wiceminister Waldemar Kraska, zarzucając części lekarzy nonszalancję. Te słowa poruszyły i wzburzyły środowisko.

Minister Kraska mówił o sytuacjach, które zostały wcześniej opisane w mediach. I nie powinien może używać takich ogólnych sformułowań, bo przecież 99 proc. personelu zachowuje się w sytuacji epidemii absolutnie odpowiedzialnie i stosuje się do wszystkich zaleceń i procedur. Ale jest faktem, że niektórzy medycy, tak jak dyrektorzy szpitali, postępują niestety wbrew procedurom. Przykład, który wzburzył mnie w sposób szczególny, to zamknięcie pracowników na przymusowej kwarantannie w jednym ze szpitali.

To lekceważenie sytuacji nie jest absolutnie żadnym znakiem szczególnym medyków, bo tak jak powiedziałem – 99 proc. zachowuje się wzorowo. Zdarzają się przypadki niewłaściwego podejścia do procedur we wszystkich grupach zawodowych czy społecznych – jeśli pacjent okłamuje personel, wiedząc że może być zakażony koronawirusem, to też jest przykład lekceważenia zdrowia i życia innych osób. Przykład nonszalancji.

Z czego ona wynika?

Z braku wiedzy. Wyobraźni. Z tego, że ludziom się wydaje, że ten koronawirus to taka inna grypa. Wszyscy tak myśleliśmy na początku. Pod koniec stycznia, może jeszcze trochę później. Takie były doniesienia WHO, takie były oceny i przewidywania ekspertów. Teraz wiemy, że wirus może wywołać chorobę znacznie groźniejszą od grypy i reżim sanitarny i obostrzenia muszą być odpowiednio bardziej restrykcyjne.

Koronawirus jest groźniejszy niż wirus grypy, bo po pierwsze dochodzi do zakażeń przed wystąpieniem objawów, co w ogromnym stopniu zwiększa ryzyko transmisji wirusa, po drugie cechuje go wyraźnie wyższa śmiertelność. Po trzecie, nie ma ani szczepionki, ani leków. Przynajmniej w tej chwili.

Mówił Pan o obawach związanych z zakażeniami personelu medycznego. W ostatnich dniach coraz więcej informacji dociera z domów pomocy społecznej. Dramatycznych informacji o zakażeniach, również zgonach. I chyba chaosie, który tam zapanował w związku z koronawirusem. Nie boi się Pan, że będą to potężne ogniska epidemii?

Oczywiście, że się obawiam. Wysłaliśmy do wojewodów 1,2 miliona maseczek, żeby wszyscy pracownicy byli wyposażeni w te podstawowe środki ochrony osobistej. Wcześniej zostały wydane zalecenia dotyczące zakazu odwiedzin we wszystkich placówkach tego typu, apelujemy również o to, by personel nie krążył między placówkami.

To wszystko jest niezwykle trudne. Pamiętajmy, że w DPS-ach duża część podopiecznych to ludzie dosłownie na pograniczu życia i śmierci, w samej końcówce życia. Brak kontaktu z najbliższymi jest dla nich znacznie większą tragedią niż to, że mogą się zakazić wirusem. To kwestia zdrowia psychicznego, jakości tych ostatnich miesięcy, może tygodni czy dni życia.

DPS-y alarmują, że podopieczni, zakażeni koronawirusem, są pozostawiani w ośrodkach, mimo że powinni trafić do szpitala.

Moje zalecenia dla wojewodów, dla służb medycznych są w tej sprawie jasne: chorych z COVID-19, którzy mają objawy nakazujące hospitalizację bierzemy pilnie do szpitali jednoimiennych. To jest taki sam pacjent, jak każdy inny.

DPS-ów z problemem koronawirusa jest i będzie coraz więcej, bo tam wirus ma idealne warunki do rozprzestrzeniania się – stosunkowo małe powierzchnie, trudno utrzymać standardy sanitarne, bliski kontakt między ludźmi i populacja szczególnie wrażliwa, ze względu na wiek i choroby współistniejące. Obserwujemy również z niepokojem sytuację w więzieniach, w innych zakładach zamkniętych. Wszędzie tam jest wyższe ryzyko rozprzestrzeniania się wirusa.

Pan patrzy z niepokojem na miejsca, gdzie może się wirus rozprzestrzeniać, a część lekarzy patrzy z niepokojem na pisma, jakie otrzymują od dyrektorów szpitali. Z informacją, że wynagrodzenia za marzec zostają wypłacone według dotychczasowych zasad, natomiast co do wynagrodzeń za kwiecień, nic nie wiadomo. Czyli – trzeba się liczyć z redukcjami, bo szpitale nie wykonują planowych zabiegów, bo nie wiadomo, co z wypłatą ryczałtu.

Nie mam pojęcia, skąd te komunikaty. W tej chwili raczej zwiększamy ilości środków, które idą i będą szły do szpitali. W tej chwili nie ma mowy o redukcjach finansowania szpitali. Ryczałty zostają zachowane na mocy specustawy o przeciwdziałaniu COVID-19. Dodatkowo, szpitale zakaźne dostają pieniądze za gotowość, mimo że do tej pory obłożenie większości z nich jest ciągle stosunkowo niewielkie. Wszystkie szpitale będą miały w tej chwili płacone za zlecane testy.

Nie ma więc obawy, że szpitalom gwałtownie skurczą się budżety?

Nie ma.

Ale jest obawa, że gwałtownie skurczy się budżet płatnika.

Na szczęście mamy ustawę 6 proc. PKB i jeśli okaże się, że wpływy do NFZ z tytułu składek zdrowotnych spadną, budżet państwa będzie musiał je uzupełnić przynajmniej do założonego w ustawie na ten rok minimum.

Zresztą już uzupełnia, bo wszystkie wydatki, związane ze zwalczaniem epidemii koronawirusa, są finansowane z budżetu państwa, nie z kasy NFZ.

Czyli ta pula 7,5 miliarda złotych jest już uwalniana?

Tak, pieniądze są przekazywane z budżetu do Funduszu, oczywiście stopniowo. Mają sfinansować te działania w obszarze systemu ochrony zdrowia, które są stricte związane ze zwalczaniem epidemii. Na przykład pula dla szpitali jednoimiennych za gotowość, na przykład finansowanie testów, funkcjonowanie izolatoriów, na przykład hotele dla medyków, które finansuje Fundusz.

Ile tych pieniędzy już zostało uruchomionych?

Będziemy teraz uruchamiać 2 mld zł. Ale bardzo wyraźnie chcę podkreślić, że w tej chwili pieniądze w ogóle nie są tematem sporów, czy jakimkolwiek problemem. Nie ma dyskusji żadnych, są decyzje – kupujemy tysiąc respiratorów, opłacamy pracownikom medycznym pracującym w szpitalach jednoimiennych dodatkowe ubezpieczenie. Pieniądze po prostu na te cele są. Kropka.

Skoro jesteśmy przy ubezpieczeniu… Nie brakuje głosów, że dodatkowe ubezpieczenie powinni mieć wszyscy pracownicy medyczni w szpitalach czy w systemie przedszpitalnej pomocy medycznej, bo przecież wszyscy są narażeni na zakażenie, a tym samym na transmisję wirusa np. do swoich bliskich.

Narażeni są wszyscy, ale niektórzy bardziej. W dodatku tych, którzy narażeni są bardziej, wydzieliliśmy – jako państwo – odgórnie, podejmując decyzje o przekształceniu szpitali czy też skierowaniu do pracy w tych placówkach. Dlatego państwo tę grupę chce chronić dodatkowo. Choć z naszych informacji wynika, że w innych krajach wcale to nie jest standardem. My będziemy chronić.

Gdyby Pan miał powiedzieć coś optymistycznego w sytuacji, w jakiej się znajdujemy, to…

… Optymistycznego?

W tej chwili takim problemem, który naprawdę mnie gnębi, jest widmo rozprzestrzeniania się wirusa wśród pracowników medycznych. Zakażenia wewnątrzszpitalne, które doprowadzą do tego, że połowa medyków zostanie wyłączona z powodu zakażenia albo kwarantanny. Prawdopodobieństwo, że sytuacja się tak rozwinie, nie jest może bardzo wysokie, ale jest. Jeśli nie wdrożymy wszystkich procedur, które zapobiegają realizacji tego scenariusza, niewątpliwie jest to jedno z największych zagrożeń.

Stąd na przykład decyzje wojewodów, które obligują szpitale do rozdzielenia brudnej i czystej izby przyjęć, postawienia namiotów i selekcji pacjentów zanim znajdą się na obszarze szpitala. Chcemy zredukować tak bardzo jak tylko możliwe, najlepiej do zera, prawdopodobieństwo, że na oddziałach szpitalnych znajdą się pacjenci zakażeni koronawirusem. Stąd presja, pod jaką jesteśmy, w kwestii środków ochrony osobistej.

To ogromne przedsięwzięcie logistyczne. Ministerstwo Zdrowia, w dużej części, działa w tej chwili trochę jak centrum Amazona. Koordynujemy zakupy, transport, dystrybucję sprzętu od producenta do pojedynczego szpitala, dosłownie. Mówimy o dziesiątkach ton sprzętu, który trzeba – zgodnie z wnioskami placówek – podzielić, spakować, opaletować, zamówić wojskowe ciężarówki, wysłać.

Weźmy choćby laboratoria. To nie jest tak, że wszystkie potrzebują jednakowych testów. Nie! Różne testy, różne odczynniki. Kilka, może nawet kilkanaście kombinacji. Wszystko trzeba, jak to się mówi, ogarnąć.

Może gdybyśmy wcześniej zaczęli budować sieć laboratoriów, tych problemów byłoby mniej?

Przypomnę, że nadal nie wykorzystujemy ich potencjału! W tej chwili proszę wręcz: róbmy więcej testów! To nie jest tak, że ktoś cokolwiek w tym obszarze reglamentuje.

Ale mieliśmy nie mówić o problemach, tylko o czymś optymistycznym.

Tak. To jest akcent optymistyczny. Mimo że logistyka, spedycja i dystrybucja nie do końca są zadaniem czy misją ministra zdrowia, ja się cieszę – że mamy co dzielić, pakować, wysyłać. To jest ten optymistyczny akcent. Że łańcuch dostaw, którego nie było, udało się uruchomić. Z wielką ulgą przyjmuję każdą informację o lądowaniu kolejnego samolotu ze sprzętem. I ciągle właśnie ten aspekt pochłania dużo czasu i energii – zastanawiamy się, gdzie jeszcze można kupić sprzęt, jak go przetransportować.

A pozostały czas?

To spotkania w ramach sztabu kryzysowego z ekspertami, konsultantami krajowymi. Analizujemy ile respiratorów będzie potrzebnych w szczycie zachorowań i jak je racjonalnie przemieścić. Analizujemy jacy pacjenci się pojawiają w meldunkach, gdzie dochodzi do zakażeń, jakie są ich łańcuchy, czy nie potrzeba wydania nowych zaleceń. Analizujemy jak zwiększyć możliwość i wydolność systemu.

Do zakażeń może dochodzić tam, gdzie gromadzą się ludzie. Apeluje Pan od kilku dni o to, by Polacy spędzili nadchodzące święta nie tyle w gronie rodziny, co w gronie domowników. Żeby powstrzymać się od wyjazdów na święta, odwiedzin bliskich, z którymi nie mieszkamy.

Ze wszystkich analiz, które powstają w ministerstwie a dotyczą predykcji zachorowań wynika jedno: jeżeli w święta zaczniemy gremialnie się spotykać i wspólnie świętować, to skala zakażeń w ciągu miesiąca może wzrosnąć o 40-50 tys. Dlatego zdecydowaliśmy o dalszym utrzymaniu obostrzeń m.in. w zakresie przemieszczania się i ogólnie kontaktów społecznych. Limit 5 wiernych na liturgii w kościele również został utrzymany. Przeżyjmy te święta w bliskości duchowej z najbliższymi, a niekoniecznie fizycznej.

Ostatnie pytanie, choć pamiętam, że odpowie Pan na nie po świętach. Co z wyborami prezydenckimi?

Odpowiem po świętach co do rekomendacji przeprowadzenia wyborów w maju. Dziś mogę odpowiedzieć, dlaczego poparłem wybory korespondencyjne. My tego mechanizmu potrzebujemy, niezależnie od tego, kiedy wybory miałyby się odbyć. Zagrożenie epidemiczne będzie nam towarzyszyć przez najbliższych kilkanaście miesięcy, nawet jeśli uda się nam wygasić skalę zachorowań, zredukować liczbę zakażeń i wyleczyć tych, którzy zachorują. Dopóki nie będzie szczepionki, dopóki nie będzie skutecznego leku, albo dopóki wirus nie wygaśnie albo nie złagodnieje, zagrożenie będzie obecne.

Poprosiłem już Głównego Inspektora Sanitarnego o przeanalizowanie procedur wyborów korespondencyjnych pod kątem sanitarno-epidemiologicznym i ścisłą współpracę w tym zakresie z Pocztą Polską. Czekam na opinię GIS i powtarzam, po świętach będzie moja rekomendacja.

Rozmawiała Małgorzata Solecka

10.04.2020
strona 2 z 2
Zobacz także
  • Wyzwanie, jakim jest pandemia
  • Szumowski: COVID-19 to nie jedyna choroba
  • Kontredans proceduralny, czyli włoska ścieżka po polsku
  • Mniej niż 25 proc. mocy
  • Szumowski: będziemy powoli odmrażać gospodarkę
  • Od 16 kwietnia obowiązek zasłaniania ust i nosa
  • Co po COVID-19?
  • WHO: daleko do końca epidemii w Europie
  • Karetki w kolejce
  • Koronawirus. Postawy Polaków
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.