Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Awers i rewers podatku cukrowego

Łukasz Andrzejewski
specjalnie dla MP.PL

Samo wprowadzenie podatku to prosta operacja. Kluczowe jest kierowanie procesem, w którym podatek jest jednym z wielu elementów mających przynieść konkretne efekty zdrowotne – zmniejszenie odsetka otyłych i obniżenie zachorowalności na choroby związane z nadwagą.

nadmiar cukru

Fot. Patryk Ogorzałek/Agencja Gazeta

Niedawna zapowiedź wprowadzenia podatku cukrowego, czyli regulacji nakładającej dodatkowe obciążenia finansowe na producentów i pośrednio też konsumentów produktów zawierających wysoką zawartość cukru, to dobra wiadomość i długo wyczekiwana interwencja państwa w obszarze zapobiegania otyłości. Obszarze, który, mimo że jest krytycznie ważny z punktu widzenia zdrowia publicznego, dotychczas pozostawał dramatycznie zaniedbany. I to pod każdym możliwym względem – od kwestii medycznych (nieskuteczne programy edukacji zdrowotnej i brak narzędzi dla lekarzy POZ) aż po bierność państwa w obliczu coraz bardziej agresywnej polityki producentów branży spożywczej.

Pandemia otyłości, głównie tej nawykowej, problemy z uzębieniem i szereg innych chorób, od nadciśnienia po nowotwory, wywołanych pośrednio przez złe nawyki żywieniowe, dotychczas pozostawała domeną w Polsce efemerycznej, punktowej i nieskutecznej edukacji zdrowotnej. Przykład otyłości jest szczególnie symptomatyczny i alarmujący – bo w szkołach, w których prowadzone są zajęcia o zdrowym żywieniu i potrzebie aktywności fizycznej, na korytarzach stoją automaty z przekąskami, których wytworzenie wymaga niezłego laboratorium i które ze zbilansowaną dietą nie mają nic wspólnego.

Tak jak można mieć sporo zastrzeżeń do prowizoryczności i reaktywności polityki zdrowotnej kolejnych rządów Prawa i Sprawiedliwości, tak projektowana i dyskutowana regulacja daje powody do ostrożnego, bo pełnego znaków zapytania, ale jednak optymizmu.

Wiele bowiem wskazuje, że resort Łukasza Szumowskiego ma wreszcie dobry, konkretny i adekwatny względem wyzwań zdrowotnych pomysł, który potrzebuje aktywnego wsparcia i ukierunkowania ze strony wszystkich interesariuszy.

Odważny pomysł w niełatwych czasach

Nowy prozdrowotny podatek jest równocześnie rzadką okazją dla Łukasza Szumowskiego do zadebiutowania w roli lidera przełomowych zmian w polityce zdrowotnej. Tymczasem nowy pomysł póki co firmuje Mateusz Morawiecki, którego wiarygodność jest w najlepszym wypadku kontrowersyjna. Na poziomie politycznej pragmatyki i w żmudnym procesie budowy publicznego autorytetu, redukacja rangi ministra zdrowia do roli administratora nowych reform jest dla Łukasza Szumowskiego sprawą kłopotliwą, ale też nie można ulegać przesadnym złudzeniom. Jego wpływ na agendę rządu Prawa i Sprawiedliwości to jest co najwyżej incydentalny.

Układ sił i rozkład politycznych akcentów w obozie Zjednoczonej Prawicy, poza pełną patosu i mało już wiarygodną retoryką, jest dla zdrowia tradycyjnie niekorzystny. Również w tej kadencji, która w kampanii była zapowiadana jako mniej spektakularna, a bardziej systematyczna, dominują resorty siłowe i konserwacja ideologicznych fundamentów władzy PiS. Polityczna niemoc ministra zdrowia wywodzącego się z mniejszościowego stronnictwa Jarosława Gowina, jest znaną sprawą i paradoksalnie to właśnie z tego powodu trzeba docenić pomysł resortu Łukasza Szumowskiego. Jest to inicjatywa odważna zarówno w sensie wewnętrznym, jak i zewnętrznym.

Każdy nowy podatek, niezależnie od obszaru i intencji ustawodawcy, jest zawsze dla władzy kłopotliwy – wzmacnia i poszerza krąg niezadowolonych, obniża poparcie społeczne wystawiając na próbę spójność całego obozu rządzącego i jednocześnie ustawia na kursie kolizyjnym z silnymi i wpływowymi lobby.

Propozycją podatku cukrowego, obejmującego nie tylko podstawowe produkty spożywcze, ale też niesławne „małpki” i zupełnie niekontrolowane suplementy diety, Łukasz Szumowski ściągnął na siebie uwagę poważnych graczy z rynku wartego miliardy złotych. Branża spożywcza i spirytusowa, obok petrochemicznej, nikotynowej i zbrojeniowej, tradycyjnie należy do najskuteczniej i jednocześnie – najbrutalniej walczących o własne interesy.

W toku nadchodzących konsultacji urzędników Ministerstwa Zdrowia czeka lawina nie tylko merytorycznych propozycji i eksperckich krytyk, bo te świadczą o jakości legislacji, z którą Zjednoczona Prawica ma poważny problem, ale też – różnego kalibru manipulacji, których celem jest rozbrojenie i unieszkodliwienie całego przedsięwzięcia.

Nie ma w tym śladu spiskowego myślenia – pokazują to przykłady choćby Wielkiej Brytanii czy Australii. Cukier, zarówno w skali mikro, jak i makro, to gigantyczny biznes i branża spożywcza gotowa jest poświęcić naprawdę sporo wysiłku i pieniędzy, by całą sprawę jeśli nie zablokować, to przynajmniej znacząco spowolnić. Resort Łukasza Szumowskiego i parlamentarzystów z komisji zdrowia czeka niełatwy i bardzo intensywny początek roku.

Procedowanie nowej ustawy będzie jednocześnie weryfikacją intencji i kompetencji opozycji parlamentarnej. Czy wybierze drogę rytualnego sprzeciwu, bo „PiS wprowadza chyłkiem kolejny podatek”, czy jednak weźmie aktywny udział w tworzeniu bardzo potrzebnego prawa, którego znaczenie jest skrajnie odległe od bieżących politycznych sporów. Niestety, przykłady z innych krajów nie napawają w tej kwestii optymizmem. W Australii, gdzie przeprowadzono modelową debatę na temat prozdrowotnych regulacji (z podatkiem cukrowym), pełne i zaangażowane poparcie zapewnili jedynie Zieloni.

Drugie dno

Sama tylko zapowiedź nowego podatku, jeszcze przed formalnym rozpoczęciem konsultacji projektu ustawy, wywołała reakcje, które pod względem struktury argumentów i skali emocji, są bardzo zbliżone do tych, które pojawiły się, gdy w Polsce wprowadzano i nowelizowano ustawę o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych.

Przedstawiciele przemysłu spożywczego i spirytusowego jeszcze przed rozpoczęciem formalnego procesu konsultacji postawili na wytarty argument branży tytoniowej. Podatek od wyrobów z podwyższoną zawartością cukru jest zły, bo, po pierwsze, co dotyczy głównie „małpek”, przeniesie konsumpcję w szarą strefę, a po drugie – będzie negatywnie wpływał na wybory żywieniowe, bo konsumenci nie zmienią swoich nawyków, tylko po prostu wybiorą produkty tańsze, czyli również – gorszej jakości, ale cały czas bardzo słodkie. Mimo oczywistego cynizmu tego argumentu, bo głównym zadaniem biznesu jest generowanie zysku, a nie bezinteresowna troska o konsumentów, trudno zignorować jego obiektywny sens widoczny na pograniczu zdrowia publicznego i polityki zdrowotnej.

Samo wprowadzenie podatku, który chociaż adresowany do producentów w trosce o konsumentów, będzie dotyczył wszystkich uczestników rynku, to zdecydowanie za mało, by osiągnąć jakikolwiek, nawet najskromniej projektowany efekt zdrowotny. Zwraca na to dobitnie uwagę w swoim komentarzu do cukrowych regulacji podatkowych Stephen Hancocks, stomatolog i redaktor naczelny „British Dental Journal”: „I tak jak możemy wybrać niepalenie, tak nie możemy w normalnych okolicznościach podjąć skutecznej decyzji o rezygnacji z jedzenia i picia”. W tej ironii jest ukryta gorzka prawda solidarnie wypierana przez ministrów zdrowia na całym świecie, próbujących realizować prozdrowotne reformy.

Wraz ze wzrostem jakości życia i jednocześnie nierówności społecznych, jedzenie – nawyki żywieniowe, style konsumpcji i same wybierane produkty – stają się sprawą klasową. Różnice społeczne, które mają faktyczny i bolesny wpływ na zdrowie oraz jakość i długość życia (piszą o tym bez litości w swoich kolejnych pracach epidemiolodzy Richard Wilkinson i Kate Pickett) coraz wyraźniej ujawniają się w tym, co, kiedy i w jaki sposób jemy i pijemy.

Zamożni jedzą zdrowszą, czyli mniej przetworzoną żywność, mają też czas, by przygotowywać pełnowartościowe posiłki, tworzące zbilansowaną dietę, podczas gdy ich niezamożni i biedni sąsiedzi skazani są na śmieciowe, wysokokaloryczne i często też nieregularnie spożywane jedzenie. Taka zależność, oprócz tego, że jest bezpośrednio niebezpieczna dla zdrowia i życia, konserwuje niesprawiedliwą strukturę społeczną, jeszcze bardziej podkreślając różnice pomiędzy zamożnymi i ubogimi.

W rozwiniętych i w sensie makroekonomicznym bogatych krajach, na przykład w Stanach Zjednoczonych, następuje zmiana istotna z punktu widzenia zdrowia publicznego i polityki społecznej – to nie zbytkowne dobra konsumpcyjne, a sprawy zupełnie podstawowe, jak mieszkanie i jedzenie, odzwierciedlają prawdziwe różnice społeczne.

I co dalej?

Krytycznie ważną sprawą jest zniuansowane podejście do tego, co ma wynikać z nowych regulacji. Samo wprowadzenie podatku to z punktu widzenia polityki gospodarczej państwa prosta operacja. Dlatego kluczowe jest rozumienie i kierowanie procesem, w którym podatek jest być może bardzo efektownym, ale jednym z wielu i na pewno nie najważniejszym elementem mającym przynieść bardzo konkretne efekty zdrowotne – zmniejszenie odsetka otyłych czy obniżenie zachorowalności na choroby związane z nadwagą.

Samo wprowadzenie podatku to z punktu widzenia polityki gospodarczej państwa prosta operacja. Dlatego kluczowe jest rozumienie i kierowanie procesem, w którym podatek jest być może bardzo efektownym, ale jednym z wielu i na pewno nie najważniejszym elementem mającym przynieść bardzo konkretne efekty zdrowotne – zmniejszenie odsetka otyłych czy obniżenie zachorowalności na choroby związane z nadwagą.

Zgodnie z zapowiedzią pieniądze z podatku mają trafić do kasy NFZ i to jest dobre założenie, bo nie ma wątpliwości, że w nowym podatku chodzi o ochronę zdrowia, a nie łatanie finansowego rozmachu rządu Mateusza Morawieckiego. Jednak cały czas nie znamy konkretnego i drobiazgowo opisanego, potwierdzonego dowodami naukowymi punktu wyjścia oraz oczekiwanego punktu dojścia, który byłby jednocześnie (pilnie wyczekiwanym!) dowodem dojrzałego spojrzenia na politykę zdrowotną Łukasza Szumowskiego.

Oprócz planu potrzebna jest też publicznie zrozumiała i angażująca opowieść, która, co ważniejsze od samych detali ekonomicznych, będzie miała w sobie potencjał kształtowania tego, co najtrudniej poddaje się odgórnie kreowanej presji – stylu życia i codziennych wyrobionych przez lata nawyków. Bez takiej opowieści nowy podatek zostanie przez konsumentów zidentyfikowany jako kolejna uporczywa restrykcja i przejaw nadregulacji, a wielki biznes na pewno prędko znajdzie na kreatywne ominięcie nowego prawa.

Na obecnym etapie, gdy rozpoczyna się dyskusja i ministerialne konsultacje, trudno przesądzić, jak bardzo radykalne rozwiązania przyniesie nowy podatek. Czy będzie tylko prostym narzędziem naliczania opłaty od względnie precyzyjnie opisanego katalogu produktów spożywczych, czy może jednak twórcy ustawy pójdą o krok dalej, identyfikując bardziej złożone zależności warunkujące popyt na wysokosłodzone napoje, przekąski i suplementy.

Najbardziej rzucającą się w oczy sprawą jest topografia czynników determinujących nadwagę i otyłość – w biurowcach, urzędach, szpitalach, szkołach czy uczelniach. I tak jak wpływ na urządzanie prywatnych przestrzeni jest ograniczony, choć nie niemożliwy, tak trudno zrozumieć, dlaczego bez właściwie żadnego kłopotu można instalować automaty z przekąskami i napojami w budynkach użyteczności publicznej.

W tym przypadku to podaż kreuje popyt. Łatwo dostępne i czynne bez przerwy, pełne słodkich produktów z możliwością płatności kartą automaty są o wiele bardziej atrakcyjne niż szkolne bufety czy bary w urzędach i szpitalach, bo korzystanie z nich jest nie tylko tańsze, ale przede wszystkim minimalizuje wysiłek. Nie trzeba daleko iść, by łatwo zaspokoić głód. A taki mechanizm to, niestety, najlepszy sposób na niezdrowe odżywianie. Automaty z przekąskami to jedynie niewielki element systemu kształtującego i konserwującego szkodliwe nawyki. Ale to właśnie takie detale przyszłej ustawy zdecydują o fiasku bądź powodzeniu całego przedsięwzięcia. Zakładając – wciąż z nadzieją i optymizmem – że nie idzie tu tylko o kolejny, obudowany szczytnymi intencjami, transfer pieniędzy z rynku do budżetu państwa.

09.01.2020

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Poradnik świadomego pacjenta

  • Jak długo ważna jest recepta w 2020?
    Pacjent, który otrzymał receptę od lekarza, musi pamiętać, że nie jest ważna bezterminowo. Każda recepta ma ściśle określony czas, w którym można ją zrealizować. Dotyczy to zarówno recepty w formie „papierowej”, jak i tzw. e-recepty.
  • Świadczenia stomatologiczne na NFZ. Co należy wiedzieć?
    Czy można dopłacić za lepszą plombę? Do którego roku życia przysługuje leczenie ortodontyczne? Jaką protezę można otrzymać i jak często?