Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Muzyka leczy

Z dr Ewą Klimas-Kuchtową rozmawia Maciej Müller

Muzyka wpływa korzystnie na nastrój dzieci i ich samopoczucie psychiczne. Broni przed utratą nadziei czy depresją. Muzykoterapeuta nieraz widzi, jak dziecko, które nie chce wchodzić w żaden kontakt, nie mówi, nie porusza się, chowa się pod stołem, pod wpływem muzyki wynurza się stamtąd, nawiązuje kontakt wzrokowy, a potem werbalny - tłumaczy dr Ewa Klimas-Kuchtowa.



dr Ewa Klimas-Kuchtowa


Maciej Müller: – W jaki sposób chorym dzieciom, pacjentom krakowskiego Szpitala Dziecięcego im. św. Ludwika, które słuchały kolęd w wykonaniu grupy muzykoterapeutów, pomoże to w przeżywaniu choroby i zdrowieniu?

Dr Ewa Klimas-Kuchtowa, psycholog: – Wszyscy lubimy śpiewać kolędy. Święta minęły, ale w naszej pamięci są jeszcze bardzo żywe. Być może dzieci spędziły je w domu, a wspólne śpiewanie kolęd z zespołem – bo to nie tylko słuchanie, ale czynne uczestnictwo – przypomni im atmosferę domu, ciepłą i pełną miłości. Muzyka wpływa korzystnie na emocje dzieci, ich nastrój, ogólne samopoczucie psychiczne. I broni je przed utratą nadziei czy depresją.

To nie jest pierwsze tego rodzaju wyjście w teren krakowskiej grupy muzykoterapeutów związanych z Akademią Muzyczną. W zeszłym roku było też takie spotkanie w szpitalu OO. Bonifratrów im. Jana Grandego, a w poprzednim tygodniu w szpitalu im. Rydygiera – zresztą z inicjatywy tych placówek, bo muzykoterapia jest w Polsce coraz bardziej doceniana. Kieruje się ją do pacjentów psychiatrycznych, ale też stosuje w lecznictwie somatycznym, np. w kardiologii czy onkologii – tam także w celach prewencyjnych. Np. doświadczenie zawału powoduje niezwykle silny stres. Muzykoterapia wobec takiego pacjenta jest więc ukierunkowana na zwiększenie wiary w to, że będzie żył, że z pomocą lekarzy powróci do zdrowia.

Na elektronicznej harfie dziecko może grać siedząc lub stojąc, a nawet w pozycji półleżącej, jeśli uraz nie pozwala inaczej. Może grać rękami, nogami, przechodzić przez instrument. Odkrywa, że mimo swojej choroby może coś zrobić, coś samemu stworzyć.

Z kolei nurt muzykoterapii kreatywnej (metoda Nordoffa/Robbinsa) jest nakierowany m.in. na pracę z dziećmi niepełnosprawnymi czy autystycznymi. Efekty mogą być długo zupełnie niedostrzegalne – np. dziecko przez 3-4 sesje zdaje się w ogóle nie zwracać uwagi na grającego muzyka terapeutę. Ale pojawiają się później.

Podkreśliła Pani, że w kolędowaniu z terapeutami dzieci uczestniczyły czynnie, nie tylko słuchały. To też element terapii?

Tak, najczęściej wykracza się poza tzw. muzykoterapię bierną i pacjenci wspólnie z terapeutą śpiewają albo np. otrzymują instrumenty perkusyjne, atonacyjne (niepotrzebna jest im wtedy umiejętność gry) i współtworzą muzykę. Albo też za pomocą instrumentów wyrażają swój nastrój, co ułatwia późniejszą rozmowę na ten temat.

W krakowskim Szpitalu Dziecięcym na oddziale rehabilitacji leżą dzieci po urazach neurologicznych, okołoporodowych, po wypadkach. Nasz zespół muzykoterapeutów we współpracy ze szpitalem podjął właśnie specjalny projekt. Ćwiczymy ruchliwość dzieci przy zastosowaniu specjalnych, wykorzystywanych np. na koncertach muzyki współczesnej instrumentów konstrukcji Piotra Sycha. To np. elektroniczna harfa. Wygląda ona po prostu jak rama, struny są niewidoczne. Ruch między ramami odpowiednio zaprogramowanej harfy wywołuje fascynujące efekty muzyczne – do tego stopnia, że grający ma poczucie, iż np. dyryguje orkiestrą. Dziecko może grać na tej harfie siedząc lub stojąc, a nawet w pozycji półleżącej, jeśli uraz nie pozwala inaczej. Może grać rękami, nogami, przechodzić przez harfę. Odkrywa, że mimo swojej choroby może coś zrobić, coś samemu stworzyć…

A co można zrobić w warunkach domowych dla zdrowia i dobrego rozwoju dziecka – jeśli się nie jest muzykiem i nie dysponuje specjalnymi instrumentami? Czego słuchać z niemowlakiem?

Najlepiej utworów pogodnych, o uporządkowanej, przejrzystej harmonii – barokowych, klasycystycznych. Romantyczne są dla dziecka nazbyt nasycone gwałtownymi emocjami i skomplikowane. Ale można też pomyśleć o jazzie.

Co Pani sądzi o puszczaniu muzyki dziecku jeszcze przed narodzeniem?

To jest jak najbardziej wskazane dla jego rozwoju! Wybitny pedagog muzyki Edwin E. Gordon dowodzi, że kontakt dziecka z muzyką wpływa na rozwój muzyczny. Jednocześnie wywołuje emocje - z ruchów nienarodzonego jeszcze dziecka można wywnioskować, czy jest spokojne, rozluźnione czy spięte.

W 16. tygodniu życia płodowego dziecko zaczyna słyszeć. Więc kiedy matka słucha muzyki, dziecko po pierwsze odbiera ją przez jej hormony – które się u niej uaktywniają ze względu na zmiany emocji powodowane przez dany utwór – po drugie słyszy ją uszami, a po trzecie poprzez drganie mięśni i kości (bo słucha całe ludzkie ciało, nie tylko mózg). I to doświadczenie już w fazie prenatalnej wpływa na torowanie połączeń w mózgu pomiędzy określonymi ośrodkami. Dlatego właśnie im wcześniej zaczniemy kontaktować dziecko z muzyką, tym bardziej będzie muzykalne. Są tego świadomi muzykalni rodzice – i stąd dynastie Bachów czy Straussów.

Poza tym jeśli dziecko słuchało danego utworu w okresie prenatalnym, kiedy czuło się bezpieczne w brzuchu mamy, to potem ta sama muzyka przywołuje u niego te głęboko ukryte, pierwotne emocje.

Czy słuszne jest przekonanie o szczególnie korzystnym wpływie muzyki Mozarta na rozwój dziecka?

Twórcą pojęcia „efekt Mozarta” jest muzykoterapeuta Don Campbell. Niestety z biegiem czasu zaczęto nadmiernie upraszczać istotę jego teorii. W obiegowym pojęciu „efekt Mozarta” polega na tym, że podczas słuchania twórczości tego kompozytora podnosi się iloraz inteligencji.

Tymczasem rzecz jest znacznie bardziej skomplikowana: chodzi o to, że pewne wyższe funkcje poznawcze mózgu są wspólne dla słuchania muzyki, dla mowy, pamiętania, myślenia itd. Słuchanie muzyki charakteryzującej się harmonią optymalizuje więc nasze funkcje poznawcze i społeczne, ale pośrednio – dzięki rozwijaniu tych nadrzędnych procesów.

Pierwsze potoczne skojarzenie z terapią za pomocą muzyki to relaksacja.

Tak, ale to tylko jedna z wielu jej funkcji. Relaksacja ma oczywiście charakter terapeutyczny, ale w większym stopniu prewencyjny i promujący zdrowie. W muzykoterapii głębokiej, tzn. psychoterapii wykorzystującej muzykę jako środek komunikacji, sięga się znacznie głębiej; za jej pomocą można wręcz przywołać nieuświadomione doznania nawet z okresu prenatalnego. W Polsce dr Elżbieta Galińska opracowała autorską metodę portretu muzycznego: za pomocą muzyki terapeuta rysuje „ja” pacjenta w różnych jego obszarach.

Każdy człowiek posiada w mniejszym lub większym stopniu różnego typu zasoby: biologiczne, psychologiczne, społeczne. W każdym z tych obszarów muzyka może mieć znaczenie terapeutyczne, a także profilaktyczne i promocyjne, tzn. sprzyjać zdrowemu trybowi życia.

Muzykę wykorzystuje się też w terapii jako element rytmizujący, harmonizujący, porządkujący. Badania dowodzą, że rytm doprowadza słuchacza do tzw. wodzenia muzycznego, czyli dostrajania rytmów ciała do rytmów muzyki.

Bicia serca?

Tak, a także rytmu oddechu, a nawet fal mózgowych. A skoro fal mózgowych – to pozostałych rytmów w organizmie także. To bardzo potężne narzędzie.

Ale czy bezpieczne?

Stosowane przez fachowca – tak. Ale rzeczywiście trzeba uważać. Kiedyś np. w księgarniach można było kupić nagrania muzyki z pulsacją, których słuchanie miało doprowadzić do uaktywnienia rytmu Theta fal mózgowych. Nie zalecam tego typu samodzielnych poszukiwań.

A czy po prostu słuchając muzyki na co dzień również podlegamy procesowi wodzenia?

Owszem. Proszę np. spróbować stawiać kroki w rytmie innym niż muzyka w słuchawkach. A jeżeli słuchamy muzyki w celu zrelaksowania się, możemy obserwować, jak nasz oddech wyrównuje się do jej rytmu.

Bywa, że za pomocą muzyki chcemy zwalczyć stres. Raz pomaga lekki jazz, innym razem hard rock. Od czego to zależy?

W muzykoterapii obowiązuje tzw. zasada ISO. Mówi ona, że trzeba działać „podobnym na podobne”. Badania wykazują, że jeżeli ktoś jest spięty, kumulują się w nim emocje, to nie można mu puszczać od razu muzyki wyciszającej. Bo on nie jest na nią otwarty, nie przyjmie jej. Z kolei jeśli ktoś ma nastrój obniżony, jest smutny, to nie można natychmiast zastosować muzyki wesołej. Terapeuta zaczyna od takiej, która jest zbliżona do nastroju pacjenta. A potem za pomocą kolejnych utworów, krok po kroku, stara się doprowadzić go do pożądanego nastroju.

Organizm człowieka dostraja się do rytmu muzyki. Zmienia się puls, oddech, a proszę też spróbować stawiać kroki w rytmie innym niż muzyka w słuchawkach.

Przy tym sama relaksacja może być rozumiana różnie – jako wyciszenie, uspokojenie, wprowadzenie do snu. Ale i jako aktywizacja i otwarcie, np. do pracy. Niektórzy lubią słuchać muzyki przed pracą umysłową, bo potem lepiej im się myśli. To oczywiście jest związane z indywidualnymi upodobaniami. W muzykoterapii nie ma recept.

W muzykoterapii grupowej dobór muzyki jest sprawą niełatwą. Puszczanie muzyki jednakowej dla wszystkich pacjentów może nie przynieść oczekiwanych skutków. To tak jak w sklepach z odzieżą, gdzie często czujemy się raczej zmuszeni do słuchania muzyki niż za jej pomocą odprężeni. Może się też zdarzyć, że muzyka powszechnie uważana za pogodną wywoła u kogoś smutne wspomnienia i jeszcze bardziej go przygnębi. Dlatego terapeuta bardzo uważnie obserwuje grupę.

Jak tłumaczyć tak silne oddziaływanie muzyki na człowieka?

Muzyka jest czymś bardzo pierwotnym. Istnieje hipoteza antropologiczna, że powstała ona, podobnie jak mowa, z „prakrzyku”. Ludzie nie porozumiewali się kiedyś inaczej, jak za pomocą nieartykułowanych krzyków. Potem te krzyki stawały się coraz bardziej rytmiczne i w pewnym stopniu tonacyjne. Jednocześnie kształtowały się pierwsze słowa. Muzyka sięga więc do najgłębszej warstwy człowieczeństwa – do nieświadomości, do freudowskiego „id”, czy jungowskiej nieświadomości kolektywnej.

W literaturze muzykoterapeutycznej można przeczytać, że w każdym człowieku istnieje „zalążek osobowości” niedotknięty chorobą. Brzmi to niemal niewiarygodnie – czy jest naukowo udowodnione?

Jak najbardziej, to nie żadna magia. Podczas każdej terapii widać, że w pacjencie istnieje taka iskra, którą trzeba rozdmuchać, rozniecić. Nieraz widzimy, jak dziecko, które nie chce wchodzić w żaden kontakt, nie mówi, nie porusza się, chowa się pod stołem, pod wpływem grającego terapeuty wynurza się stamtąd, nawiązuje kontakt wzrokowy, a potem werbalny.

Czy muzykoterapeuci stosują tylko muzykę klasyczną?

Nie tylko. Sięgają też po muzykę współczesną, rozrywkową. Używają takich utworów, które najlepiej pasują do pacjenta, które on najbardziej będzie lubił. Podczas zajęć w szpitalu „Muzyka przy łóżku chorego” pacjenci nieraz prosili: proszę zagrać coś Armstronga, coś Elli Fitzgerald, coś z rockandrolla. Bardzo korzystny wpływ na słuchacza ma chorał gregoriański. Wartość terapeutyczną może mieć nawet rap – prowadziłam na ten temat pracę magisterską.

Mówimy ciągle o sytuacji, kiedy terapeuta puszcza nagraną muzykę. A przecież sam też gra.

Terapeuta musi być profesjonalnym muzykiem. Korzysta z gotowych nagrań wtedy, gdy potrzebuje utworu symfonicznego czy wykonywanego przez zespół. Ale sam też gra: niezwykle ważne jest, żeby posiadał umiejętność improwizacji instrumentalnej, wokalnej i ruchowej. Podczas naszego programu „Muzyka przy łóżku chorego” zdarzało się np., że w danym pokoju nie było miejsca na wiolonczelę – i wtedy wiolonczelista pracował głosem.

Terapeuta musi umieć dostroić muzykę do pacjenta i komunikować się z nim za jej pomocą. W Paryżu obserwowałam pracę terapeutki na oddziale noworodków. Jeden z maluszków płakał w niebogłosy. Ona zaczęła improwizować głosem, przystosowując się początkowo do rytmu płaczu dziecka. Starała się następnie obniżyć ten rytm i natężenie. I udało jej się – widziałam, jak najpierw rozluźniły się zaciśnięte kurczowo piąstki, potem dziecko się zupełnie uspokoiło i płacz ustał.


Dr Ewa Klimas-Kuchtowa jest psychologiem, kierownikiem Studiów Podyplomowych Muzykoterapia na Akademii Muzycznej w Krakowie oraz członkiem Krajowej Rady Muzykoterapii. Tłumaczyła książki E. E. Gordona „Umuzykalnianie niemowląt i małych dzieci” (wspólnie z A. Zielińską) oraz Dona Campbella „Efekt Mozarta dla dzieci”.

18.06.2012
Zobacz także

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Pięć minut dla pacjenta
    Lekarze rodzinni mają na zbadanie jednego pacjenta średnio po kilka minut. Taka sytuacja rodzi frustracje po obu stronach – wśród chorych, bo chcieliby więcej uwagi, oraz wśród lekarzy, bo nie mogą jej pacjentom poświęcić.
  • Dlaczego pacjenci muszą czekać w kolejkach?
    Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje rocznie na leczenie pacjentów ponad 60 mld zł. Ale ani te pieniądze, ani rozwiązania wprowadzane przez Ministerstwo Zdrowia – tzw. pakiet onkologiczny i pakiet kolejkowy – nie zmienią sytuacji. Dlaczego?