Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Zbyt łatwo o uogólnienia

Sylwia Szparkowska
kurier.mp.pl; mp.pl/poz/psychiatria

W Polsce milion osób przyjmuje takie czy inne leki na depresję lub obniżenie nastroju. Czy mamy wierzyć, że ten milion osób to potencjalni zabójcy czy samobójcy? Oczywiście nie – mówi wiceprezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego prof. Janusz Heitzman, nawiązując m.in. do sprawy Andreasa Lubitza.

Sylwia Szparkowska: Po rozbiciu samolotu pasażerskiego przez Andreasa Lubitza w mediach pojawiło się bardzo wiele komentarzy na temat jego domniemanej depresji. Czy takie natężenie negatywnego przekazu o tej chorobie może wpłynąć na jej postrzeganie?

Prof. Janusz Heitzman: W takich sytuacjach, gdy dzieje się coś wyjątkowo dramatycznego, a w tle jest choroba psychiczna, fakty walczą z domniemaniami i różnymi uprzedzeniami. Nie zawsze informacje w pełni oddają rzeczywistość, a szczególnie mało danych mamy o stanie psychicznym sprawcy w momencie, gdy podejmował on swoje działania.

Co do zasady jednak, nie każda sytuacja, w której dochodzi do samobójstwa, jest rezultatem depresji. Zwłaszcza, gdy to samobójstwo jest połączone z agresją w stosunku do innych osób. Bardziej prawdopodobna niż depresja jest psychoza, a obniżenie nastroju w tym wypadku bardziej może wskazywać raczej na chorobę z kręgu urojeniowego niż depresyjnego. Towarzyszą też temu głębokie zaburzenia osobowości z psychopatyczną chęcią zemsty na całym świecie, gdy spostrzega się swoje życie jako nic niewarte, gdy inni w tym czasie się nim cieszą.

Mamy mało informacji…

Tak i w kontekście choroby są interpretowane fakty, które nie muszą mieć z nią nic wspólnego. Pojawia się np. informacja, że niedługo przed katastrofą Lubitz kupił dwa samochody. Może to był wynik przesunięcia choroby maniakalno-depresyjnej na drugi biegun, manii. Ale może w ogóle nie było związane z chorobą, a samochody były mu potrzebne? Na podstawie okruchów informacji zbyt łatwo o uogólnienia, zresztą dzieje się tak nie tylko w tym wypadku. Nie znamy przyczyny tego czy innego zachowania, a to, czy stała za nim choroba, ocenią biegli w oparciu o całościową analizę rozmów, wywiady z lekarzami, dokumentację medyczną. Wszystkie inne wnioski są zbyt daleko idące i nieuprawnione.

Jak społeczeństwa zareaguje na informację, że osoba chora na depresję lub szerzej, osoba chora psychicznie, może być niebezpieczna dla otoczenia? Dopiero co media podały, że kobieta z depresją rzuciła się na kierowcę autobusu by spowodować wypadek.

To nie musi świadczyć o chorobie. Ta kobieta mogła mieć zaburzenia psychiczne, mogła być chora psychicznie albo zdekompensowana, wściekła na cały świat. Możemy się zastanawiać, czy jej zachowanie wynika z choroby psychicznej, czy z tego, że nie umiała swojego stresu czy frustracji rozwiązać inaczej niż w taki skrajny, niebezpieczny dla innych sposób.

W Polsce milion osób przyjmuje takie czy inne leki na depresję lub obniżenie nastroju. Czy mamy wierzyć, że ten milion osób to potencjalni zabójcy czy samobójcy? Oczywiście nie. Z drugiej jednak strony trzeba sobie zadać pytanie, czy osoby ujawniające objawy choroby psychicznej powinny pracować na stanowisku o bardzo dużej odpowiedzialności.

Co należałoby zrobić?

To paradoksalnie nie jest pytanie do lekarza, ale do linii lotniczych. Praprzyczyną problemu są ich oszczędności. Moim zdaniem piloci czy kontrolerzy lotu powinni przechodzić pogłębione badania psychologiczne czy psychiatryczne. Takie badania przechodzą policjanci, osoby starające się o broń – nawet o pistolet gazowy. Należałoby też rozważyć zakres obowiązywania tajemnicy lekarskiej wobec osób, które decydują o ludzkim życiu.

Jak szeroko powinien być zakrojony taki przegląd zdrowia psychicznego? Osób wykonujących zawody, w których odpowiada się za cudze życie jest bardzo wiele. Czy badania powinni przechodzić piloci, kierowcy autobusów, pociągów, nawet lekarze? Gdzie jest ta granica?

To byłoby bardzo trudne. Nie ma tylu psychiatrów, nie ma tylu psychologów, a nie wystarczy każdej z tych osób przebadać tylko raz. Zaświadczenie o stanie zdrowia psychicznego nie podaje zresztą informacji, że dany człowiek jest zdrowy. To by było niemożliwe. Lekarz psychiatra zapisuje, że dany pacjent w danej chwili nie ma objawów choroby.

Narzuca się jeszcze jedno pytanie: czy gdyby wprowadzić bardzo szeroko zakrojone testy psychologiczne i psychiatryczne, to jak często należałoby je wykonywać?

Wracając do sprawy Andreasa Lubitza, to bardziej prawdopodobne, że sygnały jakiegoś nietypowego zachowania wychwyci doświadczony pilot, który z nim lata, niż psycholog, który porozmawia z nim raz na rok. Dlatego ta sprawa tak mocno uderza w linie lotnicze: nikt nie zwrócił uwagi, że dzieje się coś niepokojącego. Najprawdopodobniej i rodzina, i współpracownicy mieli taką okazję. Odpowiedzialność indywidualnych ludzi za bezpieczeństwo publiczne jest zresztą szersza: jeśli kierowca autobusu jest czynnym alkoholikiem, i prowadzi w poniedziałek rano autobus na ostrym kacu, to obowiązkiem jego kolegów i rodziny jest powiadomienie o tym odpowiednich osób. Jednorazowe badanie u psychologa nic nie da.

Otoczenie powinno reagować na bieżąco. A czy na stanowiska związane z bezpieczeństwem powinnya być przyjęta osoba wykazująca objawy choroby psychicznej w przeszłości?

Tak, bo doszlibyśmy do absurdu. Nie można twierdzić, że wcześniejsze zaburzenia psychiczne czy stany nierównowagi psychicznej mają konsekwencje w przyszłości. Zdarza się, że ludzie chorują, ale przebyta psychoza czy stany lękowe, korzystanie z leków uspokajających, przeciwdepresyjnych czy nasennych nie kieruje chorującego do jakiegoś izolatorium. Także dlatego, że w tym izolatorium nagle znalazłyby się miliony osób, częściowo wykluczone z części aktywności społecznej, np. z dostępu do niektórych zawodów. Przeszłość nie jest tak ważna jak teraźniejszość, na niepokojące sygnały trzeba reagować na bieżąco.

Jakie zadanie do wykonania ma więc lekarz psychiatra czy psycholog? Osoba, która przychodzi na takie obowiązkowe badanie jest przecież zainteresowana, żeby wyjść na jak najbardziej zdrową, nie musi odpowiadać szczerze, bo grozi jej odsunięcie od obowiązków zawodowych.

Bez względu na to, czy badanie jest robione raz na rok, pół roku, czy trzy miesiące, lekarz może wychwycić pewne sygnały o większym zagrożeniu incydentem chorobowym niż w przeciętnej populacji. Taka osoba powinna być regularnie badana. Ale to nie znaczy, że znalezienie się w grupie ryzyka oznacza, że dojdzie w jej wypadku do jakiś tragicznych zdarzeń.

Czy w przypadku zdrowia psychicznego można prowadzić jakieś działania profilaktyczne?

Tak, ale to złożony problem. Psycholog czy psychiatra nie zajmuje się identyfikacją potencjalnych zagrożeń. On pomaga tym, którzy są już chorzy. A mimo to specjalistów nie starcza. Zupełnie inna sprawa, że zdrowie psychiczne wciąż nie jest doceniane. Współczesny człowiek gubi się w świecie natłoku informacji, zapętlenia, osamotnienia. Nie ma jak rozładować swoich stresów. To powoduje, że trzeba inwestować w profilaktykę chorób psychicznych, dbać o higienę psychiczną. To obszar naprawdę zaniedbany.

Trwają teraz pracę nad ustawą o zdrowiu publicznym. Zdrowie psychiczne znalazło się w obszarze zainteresowań ustawy?

W niewielkim stopniu, rozmawiałem zresztą na ten temat z minister Beatą Małecką-Liberą. Ustawa o zdrowiu publicznym bardzo koncentruje się na zdrowiu somatycznym. To jest niedobre. Pięć lat temu uchwalono ustawę o zdrowiu psychicznym. Bardzo na nią, jako środowisko, liczyliśmy. Dziś jednak już można powiedzieć, że nie rozwiązała ona żadnego problemu, bo za uchwaleniem przepisów nie poszły żadne pieniądze i zmiany systemowe. Teraz ta niedziałająca ustawa w pewnym stopniu blokuje włączenie zdrowia psychicznego do ustawy o zdrowiu publicznym. To fatalne.

Dlaczego tak się dzieje?

Ustawa o zdrowiu publicznym powinna podejmować problemy z zakresu zdrowia psychicznego – profilaktykę samobójstw, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży, profilaktykę uzależnień. To powinien być obszar równorzędny do zaburzeń somatycznych, a nie drugoplanowy. Założeniem ustawy o zdrowiu publicznym jest przecież myślenie o zdrowiu społeczeństwa jako o całości, bez rozdzielania go na poszczególne obszary. Ta więc podział na zdrowie somatyczne i psychiczne nie ma sensu.

Czy to nie zaskakujące, że powszechnie używane leki przeciwdepresyjne i uspokajające przepisują głównie lekarze rodzinni i interniści, a nie psychiatrzy?

Psychiatrów brakuje, a lepiej, żeby lekarz rodzinny podał leki zamiast kierować pacjentów do wielomiesięcznej kolejki. Uważam, że lekarze innych specjalności mają kompetencje, żeby podać leki. Ale równocześnie ich działania powinny być poddane okresowej superwizji, sprawdzeniu przez specjalistę. I nie chodzi wcale o leki. Bardziej o to, czy wypisując receptę, nie dają pacjentowi złudnych nadziei, że tą drogą rozwiążą problemy, których samymi lekami rozwiązać się nie da.

Rozmawiała Sylwia Szparkowska

10.04.2015
Zobacz także

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Pięć minut dla pacjenta
    Lekarze rodzinni mają na zbadanie jednego pacjenta średnio po kilka minut. Taka sytuacja rodzi frustracje po obu stronach – wśród chorych, bo chcieliby więcej uwagi, oraz wśród lekarzy, bo nie mogą jej pacjentom poświęcić.
  • Dlaczego pacjenci muszą czekać w kolejkach?
    Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje rocznie na leczenie pacjentów ponad 60 mld zł. Ale ani te pieniądze, ani rozwiązania wprowadzane przez Ministerstwo Zdrowia – tzw. pakiet onkologiczny i pakiet kolejkowy – nie zmienią sytuacji. Dlaczego?