×
COVID-19: wiarygodne źródło wiedzy

Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Bez rodziny nic się nie klei

Andrzej Kaczmarczyk

Praca jest ważna, ale rodzina jest najważniejsza. Według mnie, bez dobrej rodziny ani życie, ani sukces w pracy nie są satysfakcjonujące. Mówię to z pozycji ojca trójki dorosłych już dzieci – mówi prof. Jarosław Kaźmierczak, kierownik Kliniki Kardiologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie, konsultant krajowy w dziedzinie kardiologii.


Prof. Jarosław Kaźmierczak. Fot. MP

Andrzej Kaczmarczyk: Panie Profesorze, gdzie się Pan urodził?

Prof. Jarosław Kaźmierczak: W Białogardzie, gdzie spędziłem dzieciństwo i młodość. Aż do matury.

I jakie było to dzieciństwo?

Do końca podstawówki moim głównym terenem aktywności było podwórko. Gdy dziś pomyślę o tamtych zabawach, to jeży mi się włos na głowie. Rosły tam 20. metrowe topole, a my zakładaliśmy się kto wyżej na nie wyjdzie. Oczywiście, najlepiej na sam czubek. Mieliśmy po 8, 9 lat. Wspinaliśmy się ze scyzorykami w ustach, żeby zaznaczyć, jak wysoko każdy się wspiął. Czyja kreska była wyżej, ten wygrywał. To była dość ryzykowna zabawa.

W dzisiejszych czasach Pańscy rodzice stanęliby przed sądem rodzinnym, oskarżeni o brak odpowiedniej opieki nad dzieckiem.

(śmiech) Zapewne, ale tak to wtedy wyglądało.

A jak wspomina Pan szkołę?

Chodziłem do podstawówki numer jeden. Najstarszej w mieście. Przez pierwsze dwa lata mojej edukacji szkoła była w remoncie. Pierwszą klasę chodziłem do „czwórki”, drugą do „dwójki”, a ta nie cieszyła się dobrą renomą.

A słusznie?

Chyba trochę tak. Z tej szkoły pamiętam podłogę z czarnych desek z wielkimi szparami. Ołówki i długopisy, które do nich wpadały, ginęły bezpowrotnie.

Ten kolor desek mógł być wynikiem konserwowania ich naftą. To była wtedy popularna metoda.

Zapachu nafty nie pamiętam. Może ta podłoga była taka brudna, albo po prostu deski były pomalowane na czarno. Z roku spędzonego w „czwórce”, zbudowanej w latach 50., zapamiętałem dwie rzeczy. Porządne parkiety oraz schrony przeciwatomowe. Miały takowe być pod aulą i salą gimnastyczną.

U mnie w szkole, w takim schronie była harcówka.

A u mnie nikogo tam nie wpuszczano, ale pamiętam prowadzące do schronu ciężkie, metalowe drzwi. Natomiast z liceum bardzo dobrze wspominam zestaw dobrych nauczycieli. Chodziłem do klasy matematyczno-fizycznej. To dobra podstawa dla przyszłych medyków. Medycyna jest bowiem nauką ścisłą i jako taka, wymaga logicznego myślenia. Drobnym potwierdzeniem tego jest fakt, że z mojego rocznika maturalnego, z mojej szkoły, na medycynę startowało 10 osób, a dostały się cztery. Wszystkie z mojej klasy.

Coś w tym jest. Ja też kończyłem klasę mat-fiz. Pięć osób zdawało na medycynę i wszystkie się dostały.

Szczególnie wiedza z chemii i fizyki, wyniesiona z liceum, przydała mi się na egzaminie wstępnym. Natomiast inaczej nieco było z biologią, ale to z powodu programu. Wiedza o roślinach i parkach narodowych, ważna z punktu widzenia wykształcenia ogólnego, w medycynie jest mało przydatna.

Patrzę dość krytycznie na obecne programy szkolne. Moja córka, która niedawno robiła maturę w klasie biologiczno-chemicznej, fizykę miała tylko przez półtora roku, a w związku z tym i wiedzę z tego przedmiotu dość ograniczoną. Chyba za wcześnie każemy dzieciom wybierać wąską specjalizację, jeszcze przed tym momentem kiedy zdołają one zdecydować, co chcą w życiu robić. Za moich czasów, pomimo specjalizacji klas, wszystkie profile otrzymywały znacznie szersze wykształcenie ogólne i to chyba było lepsze rozwiązanie. Owszem mieliśmy trochę więcej godzin z przedmiotów ścisłych, kosztem pozostałych, ale tylko kurs chemii był trzyletni. Reszta przedmiotów była wykładana, aż do matury.

Skoro już mówimy o maturze i wyborze studiów, to dlaczego Pan wybrał medycynę?

Do dzisiaj nie wiem. Zawsze miałem zdolności do przedmiotów ścisłych. W klasie maturalnej, w roku 1980, byłem laureatem ogólnopolskiej Olimpiady Wiedzy Technicznej w grupie materiałowo – technicznej. Zdobyłem pierwsze miejsce w tej grupie. To dawało mi prawo do indeksu bez egzaminu na każdej politechnice, lub uniwersyteckim kierunku ścisłym. Bardzo mnie pasjonowała fizyka.

Doszedłem jednak do wniosku, że aby mieć szczególne osiągnięcia w tej dziedzinie trzeba być bardzo zdolnym, na granicy genialności. Co będzie jeśli nie okaże się, aż tak zdolny? Praca w szkole? Bardzo nie chciałem być nauczycielem. W ten sposób wybór padł na medycynę. Pierwszy rok był trudny, z dużą ilością pamięciowej nauki. Radziłem sobie dobrze, ale nie byłem zafascynowany. Drugi rok był już ciekawszy. Biochemia, fizjologia, a to już wymagało logicznego myślenia, a nie tylko dobrej pamięci.

To kiedy stwierdził Pan, że to jest to?

Dopiero gdzieś na trzecim, może czwartym roku. Dość późno.

A dlaczego wybrał Pan kardiologię?

Jak już złapałem bakcyla, to rozpatrywałem trzy specjalizacje. Najpierw pediatria, ale to jakoś się rozmyło. Potem patologia. Byłem członkiem koła patologicznego, robiłem preparaty, a po czwartym roku byłem nawet przez 6 tygodni na praktyce patologicznej w Wlk. Brytanii. To w tamtym okresie był wyczyn. Pisaliśmy, z kolegą, do różnych uniwersytetów w Niemczech i Anglii. Dostaliśmy zaproszenie, ale to było tuż po stanie wojennym. Były więc problemy z wizami, a wcześniej oczywiście z paszportami. Mieliśmy wtedy bardzo przychylnego i otwartego na świat Dziekana. Napisał nam bardzo dobrą rekomendację i udało się.

Na miejscu okazało się, że przed nami był tam asystent z naszej uczelni, bardzo rzetelny człowiek, który wyrobił Polakom bardzo dobrą opinię. Zostaliśmy więc ciepło przyjęci, a nasz pobyt tam zakończył się napisaniem pierwszych studenckich prac naukowych, wygłoszonych potem na międzynarodowych sesjach kół naukowych. Podstawą mojej pracy były badania, które sam od A do Z wykonałem osobiście.

Widzę, że dobrze Pan to wspomina.

Tak. Bardzo miło. Ów Whittington Hospital, mieszczący się w starym budynku, miał zapewne najdłuższy korytarz w Europie. Chyba ponad kilometr. Od niego odchodziły korytarze do różnych zakładów, ambulatoriów i sal dla pacjentów. Te sale były ciekawe. Wieloosobowe, nawet na 20 osób, z łóżkami pooddzielanymi parawanami plus dyżurka pielęgniarek, które miały bezpośredni ogląd całej sali. W Polsce takich sal chyba nigdy nie było.

Panie Profesorze. Jak wygląda Pański dzień pracy?

Sam Pan widzi. Jest 21.40. Dopiero o takiej porze znalazłem czas, żeby z Panem porozmawiać, a robię to w przerwie pisania pytań do egzaminu specjalizacyjnego z kardiologii. No, ale takie jest życie lekarza i nauczyciela akademickiego. Nie pracuje się od 7 do 15. To jest często praca od rana do wieczora i w weekendy także. Przed ósmą przegląd korespondencji. Potem raport lekarski. Po nim trzy razy w tygodniu wizyty na oddziałach i zabiegi. Teraz robię ich trochę mniej, ale w okresie urlopowym całkiem sporo ich wykonałem. Do tego konsultacje pacjentów z zewnątrz, skierowanych do nas z poradni kardiologicznych. To około 10 nietypowych przypadków tygodniowo, dla których trzeba wybrać właściwe terapie. No i jeszcze studenci.

Tak na marginesie, to mamy studentów polsko- oraz anglojęzycznych (Norwegia, Szwecja, Niemcy) i muszę z zadowoleniem zaznaczyć, że o ile wybitni zdarzają się w obu grupach, to statystycznie Polacy bardziej przykładają się do nauki.

Przy tak licznych obowiązkach ważny jest wypoczynek.

Bardzo ważny.

Jak Pan wypoczywa?

Po pierwsze czytając książki. Po drugie sport.

Czynny czy bierny?

(śmiech) Czynny! My przez kilkanaście lat w ogóle nie mieliśmy w domu telewizora. Teraz dzieci na nas wymogły i czasami oglądamy z żoną jakiś film. Najlepiej polski, archiwalny. Natomiast zawsze biegałem, a od jakiś 12 lat biorę udział w 2-3 maratonach lub półmaratonach rocznie. Przeważnie w kraju, ale przebiegłem też trasę z Maratonu do Aten i maraton w Nowym Jorku.

Gratuluję. A ulubione miejsce na wypoczynek?

Nie, nie mam jednego ulubionego miejsca, ale jeżeli mogę wybierać to zawsze wybieram góry. Nie muszą być wysokie, chociaż wszedłem też na Aconcaguę (Argentyna 6962 m n.p.m.), czyli najwyższy szczyt Ameryki Południowej. Pochwaliłem się, ale przyznam, że było to spore wyzwanie. Teraz chcę zrealizować skromniejszy cel. Mam w planie zdobycie Korony Gór Polskich. To 28 szczytów.

No to w Tatrach, zamiast biegania, czeka Pana stanie w kolejce.

Na szczęście na Rysach byłem już dwa razy. W tym roku byliśmy z żoną w Górach Sowich i zaliczyłem kilka drobniejszych szczytów w pasmach dolnośląskich. To miejsca prawie bezludne. Spotyka się tam prawie tylko tych, którzy jak ja chcą zdobyć Koronę. Bardzo miłe wspomnienie i miłe spotkania.

Z wakacji powróćmy do medycyny. Rada doświadczonego profesora dla studentów i młodych lekarzy wchodzących w zawód.

Wszystkim stażystom na stażu podyplomowym mówię tak. Pamiętajcie, by odbywając staż w innym miejscu, niż jesteście zatrudnieni – np. jesteście na kardiologii, a musicie też odbyć staż na pediatrii czy internie – bądźcie tam solidni. Przychodźcie pierwsi, a wychodźcie ostatni. Zobaczycie, że te kilka tygodni tak odbytego stażu, zrobi wam dobrą opinię na całe wasze zawodowe życie. Jeszcze po latach będą was z nazwiska pamiętali, że nie należeliście do tych, którzy tylko czekali, żeby zamknąć za sobą drzwi. W medycynie jest bowiem tak, że lekarze różnych specjalności muszą ze sobą współpracować, a raz wyrobiona opinia o was, dobra lub zła, będzie za wami szła przez całe zawodowe życie.

No i na koniec pointa. Co w życiu jest najważniejsze?

Zdecydowanie rodzina. Praca jest ważna, ale rodzina jest najważniejsza. Według mnie, bez dobrej rodziny ani życie, ani sukces w pracy nie są satysfakcjonujące. Mówię to z pozycji ojca trójki dorosłych już dzieci. Bez rodziny nic się nie klei.

Rozmawiał Andrzej Kaczmarczyk

20.10.2020

Zachorowania w Polsce - aktualne dane

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Poradnik świadomego pacjenta

  • Wyjątkowe sytuacje. Towarzyszenie osobie chorej na COVID-19
    Czy szpital może odmówić zgody na towarzyszenie hospitalizowanemu dziecku? Jak uzyskać zgodę na towarzyszenie osobie, która umiera w szpitalu z powodu COVID-19?
    Na pytania dotyczące pobytu w szpitalu podczas pandemii koronawirusa odpowiada Rzecznik Praw Pacjenta, Bartłomiej Łukasz Chmielowiec.
  • Wyjątkowe sytuacje. Kiedy chorujesz na COVID-19
    Czy chory na COVID-19 może wyjść ze szpitala na własne żądanie? Jak zapewnić sobie prawo do niezastosowania intubacji. Na pytania dotyczące pobytu w szpitalu podczas pandemii koronawirusa odpowiada Rzecznik Praw Pacjenta, Bartłomiej Łukasz Chmielowiec.