Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Stan błogosławiony czy koszmar obaw

Agnieszka Bukowczan-Rzeszut
specjalnie dla mp.pl

Jeśli wyglądasz kwitnąco lub wręcz przeciwnie – straszysz bladością, masz ochotę zjeść kredę i łatwo ulegasz emocjom, to prawdopodobnie jesteś w ciąży. Prawdopodobnie, bo żaden lekarz tego nie potwierdzi przez pierwszych kilka miesięcy. Na wszelki wypadek nie kichaj, nie kasłaj, nie tańcz, nie kąp się, nie podjadaj, unikaj sąsiadów, psów, kotów i męża. Tak wyglądała ciąża w dawnych czasach.

Model anatomiczny ciężarnej wykonany z kości słoniowej, XVII/XVIII w. Modele takie były dość szeroko dostępne w XVII w. Tors można było usunąć, aby pokazać narządy wewnętrzne. Po usunięciu jelit odsłaniał się płód. Model prawdopodobnie wykorzystywano do nauczania podstaw anatomii – możliwe, że wykorzystywały je położne do edukacji ciężarnych. Fot. [CC BY 4.0 ], via Wikimedia Commons

Ciąża, a może wiatry?

Dziś rodzice są bardzo wzruszeni, gdy po raz pierwszy mają okazję poczuć ruchy dziecka. Dawniej było podobnie: jeden z drzeworytów Jana Bämlera z rozprawy wydanej w 1477 r. ukazuje ciężarną z mężem, który w napięciu wypatruje ruchów oczekiwanego potomka. Jednak zanim stawały się one wyczuwalne, stwierdzenie ciąży – z braku technologii diagnostycznych – nie było proste, a lekarze nierzadko wprowadzali pacjentki w błąd. Albo one ich.

Przykładem może być przypadek Joanny Southcott, wizjonerki i przywódczyni liczącej prawie 150 tys. wyznawców sekty z przełomu XVIII i XIX w. W 1802 r. Southcott przepowiedziała, że w wieku 64 lat urodzi drugiego Chrystusa – i faktycznie dwanaście lat później ogłoszono cudowne poczęcie. Wezwano kilku lekarzy, którzy mieli potwierdzić doniesienia – ale ci nie byli w stanie dojść do zgody w kwestii diagnozy. Doktor Richard Reece, który miał na koncie popularny poradnik medyczny, uznał, że powiększone, jędrne piersi i obrzmiały brzuch mogą świadczyć o ciąży, ale dla pewności chciał poczuć ruchy płodu. Joannie kazano spożyć dojrzałe owoce, po czym Reece stwierdził, że dziecko się rusza. Z kolei dr John Sims uznał, że Joanna jest po prostu otyłą starszą kobietą, bynajmniej nie ciężarną, lecz „poważnie zaburzoną umysłowo”. Dzień po Bożym Narodzeniu 1814 roku wizjonerka zmarła, a autopsja wykluczyła ciążę, był to więc zapewne przypadek ciąży urojonej.

Jak podkreślał żyjący na przełomie XIX i XX w. krakowski profesor ginekologii Henryk Jordan w podręczniku zatytułowanym „Nauka położnictwa dla użytku położnych”, „samo twierdzenie kobiety badanej, iż czuje ruchy płodu, nie jest pewną oznaką ciąży, albowiem zdarza się czasami, iż kobiety (najczęściej starsze, bezdzietne, a pragnące mieć dzieci), łudzą się, iż czują ruchy płodowe i że są w ciąży, podczas gdy rzeczywiście uczucie to pochodzi tylko od poruszania się wiatrów w jelitach”. Zapewne to właśnie wyczuł doktor Reece podczas badania pacjentki po posiłku.

W dawnych czasach lekarz, badając pacjentkę oczekującą dziecka lub starającą się o nie, powinien był brać pod uwagę także czynniki emocjonalne i jej sytuację życiową. Dr Edward Reynolds w poradniku położniczym wydanym pod koniec XIX w. pisał, że w zależności od tego, z jaką pacjentką ma się do czynienia, należy inaczej podchodzić do badania w celu stwierdzenia bądź wykluczenia ciąży. Gdy do lekarza przyjdzie mężatka w początkowych tygodniach ciąży, która żąda od lekarza zapewnienia, iż znajduje się w stanie błogosławionym, lekarz powinien wydać „opinię wyważoną, gdyż należy pamiętać, że kobiety pragnące dzieci mają w zwyczaju przyjmować nawet najostrożniejsze werdykty lekarza za bezsprzeczne potwierdzenie ich stanu, a nic nie ośmiesza lekarza bardziej, niż posądzenie o nieumiejętność stwierdzenia ciąży”.

Bezsprzecznie ciążę według ówczesnego stanu wiedzy można było stwierdzić najwcześniej w okolicach 6.-7. miesiąca, kiedy płód dało się wyczuć w badaniu palpacyjnym. Co jednak w sytuacji, kiedy lekarza odwiedziła kobieta niezamężna czy znajdująca się w trudnym położeniu? Wtedy Reynolds zalecał badanie ginekologiczne i stwierdzenie wszystkich objawów, by móc, dla dobra kobiety, bez wątpliwości ciążę potwierdzić lub wykluczyć. Jakie to były objawy?

Grupa lekarzy błędnie diagnozujących ciężarną, Barwna akwaforta autorstwa Isaacka Cruikshanka, 1803. Fot. [CC BY 4.0 ], via Wikimedia Commons

Lepszy kolor w oczekiwaniu na syna

We wspomnianym podręczniku położnictwa Henryk Jordan pisał, że oznaki ciąży można podzielić na „pewne, prawdopodobne i domyślne”, a do tych pierwszych należą trzy: „wyśledzenie pojedynczych części ciała płodu; dosłyszenie tętna płodowego i wymacanie ruchów płodu”. Ruchy płodu były jednym z symptomów, po którym lekarz stwierdzał ciążę i świadczyły o tym, że dziecko jest żywe i rozwija się dobrze.

W epokach, gdy brakowało diagnostyki i możliwości leczenia, uciekano się do pomocy sił nadprzyrodzonych. I tak żyjąca w XVI w. Izentruda, żona niejakiego Bertolda z Wrocławia, gdy „upłynęło 9 tygodni, powinna była poczuć ruchy płodu w łonie, a gdy tego nie było, przelękła się, że grozi jej niebezpieczeństwo śmierci”. Zwróciła się z prośbą o wstawiennictwo do świętej Jadwigi. W trakcie żarliwych modlitw przy grobie świętej, dziecko zaczęło się poruszać i Izentruda urodziła zdrową córkę. Świętych wspomagających przyszłe matki było wielu, a kobiety, którym pomocy lekarskiej odmawiano albo też nie mogły pozwolić sobie na opłacenie medyka, nie miały nic do stracenia.

W ubiegłych epokach przyszłe mamy, szukając potwierdzenia swojego odmiennego stanu, odwoływały się także do przesądów, które zresztą niewiele różniły się od opinii medyków. I tak starożytni byli zgodni, że spodziewając się syna, kobieta wygląda zdrowiej. Jak ujął to Pliniusz, „lepszy kolor brzemiennej przemawia za chłopcem”. W starożytności i wiekach średnich wierzono, że ruchy chłopca przyszła matka poczuje po prawej stronie, a dziewczynki – po lewej, co miało związek z wierzeniem, iż prawa strona jako silniejsza i bardziej pomyślna przeznaczona jest dla chłopca. Wierzyli w to starożytni z Hipokratesem, Parmenidesem czy Anaksagorasem na czele, ale również wyznawcy religii mojżeszowej, a jej echa docierają do dziś.

Były także inne symptomy, po których starano się określić płeć dziecka. Żyjąca na przełomie XI i XII w. włoska lekarka Trotula z Salerno zalecała rozpuszczenie kilku kropli mleka z prawej piersi w wodzie: jeśli mleko było gęste i tonęło – miał urodzić się chłopiec, a jeśli pływało po powierzchni – dziewczynka. Stefan Falimirz, XVI-wieczny botanik i lekarz, autor wydanej w 1534 roku pracy „O ziołach i o mocy ich” pisał, że syna można oczekiwać, jeśli przyszła matka była przed ciążą blada, a w ciąży nabrała rumieńców, jeśli nie czuje się ociężała, a w piersiach ma białe i gęste mleko. Córka, zdaniem Falimirza, narodzi się, jeśli kobieta „jest bardzo mdła, leniwa, obciążała”. Pogląd ten utrzymał się do dziś – ponoć córka „odbiera” matce urodę.

Rentgen prawdę ci powie

W XX w. starano się udoskonalić metody i narzędzia służące do potwierdzania ciąży. W referacie wygłoszonym na XIII Zjeździe Lekarzy i Przyrodników Polskich zatytułowanym „Wczesne rozpoznawanie ciąży” czytamy o zakończonych niepowodzeniem próbach udoskonalenia stetoskopów i fonendoskopów, a także próbach zastosowania mikrofonów, „wewnątrzmacicznej kardiotelefonji i zewnątrzmacicznej fonokardiografii” oraz elektrokardiografii płodu. Najlepsze wyniki, jak stwierdził autor, dawało wówczas „zwykłe omacywanie z jednoczesnem osłuchiwaniem”.

Uważano, że lekarz był w stanie stwierdzić płeć, słuchając bicia serca płodu, które autorka XIX-wiecznego podręcznika medycznego na temat zdrowia kobiety i dziecka porównała do tykania zegarka włożonego pod poduszkę. Ponoć poniżej 130 uderzeń na minutę oznaczało chłopca, zaś od 140 – dziewczynkę. Stosowano także promienie Roentgena – ponoć dawały bliską 100% pewność rozpoznawania ciąży w piątym miesiącu, choć dziś wiemy, że cena owej pewności była wysoka.

Położny sugestywnie bada atrakcyjną kobietę w ciąży, podczas gdy jej niezadowolony mąż wyprowadzany jest przez sługę z pokoju (fragm.). 1773 r. Fot. [CC BY 4.0 ], via Wikimedia Commons

Na rutynowe w czasach obecnych badanie USG trzeba było poczekać kilka dekad. W Polsce pierwsze badania ciężarnych z użyciem aparatu ultrasonograficznego zaczęto przeprowadzać pod koniec lat 70., ale wyłącznie u pacjentek w ciąży patologicznej.

Węgiel, kreda i wódka w menu

Polski etnograf i historyk z przełomu XIX i XX w. Henryk Biegeleisen pisał, że we wszystkich znanych nam kulturach ciąża to stan „wyjątkowy, niesamowity, domagający się pewnej odrębności w traktowaniu”. To czas, kiedy trzeba na siebie uważać, stosować się zarówno do porad udzielanych przez krewniaczki i doświadczone przyjaciółki, jak i wskazań medycznych czy religijnych. W popularnych poradnikach dla kobiet i przyszłych matek można było znaleźć zalecenia co do diety, nakazy i zakazy oraz porady, jak szczęśliwie doczekać rozwiązania.

Dieta ciężarnej powinna być urozmaicona – w dawnych czasach, podobnie jak dziś, podkreślano, że przyszła matka powinna jeść zdrowo, by w ten sposób dbać o siebie i dziecko. Już Soranus z Efezu, żyjący na przełomie I i II w. lekarz i filozof grecki, jeden z prekursorów położnictwa, ginekologii i pediatrii, do ewidentnych objawów ciąży zaliczał słynne zachcianki kulinarne, zwane w Małopolsce „bażeniem”, a w innych regionach „zabażką”, przy czym zamiast słodyczy i ogórków kiszonych podawał wśród upodobań ciężarnych ziemię, węgiel, niedojrzałe i kwaśne owoce.

Trotula dodawała, że „jeśli niewiasta jest u początków stanu błogosławionego, należy dbać, by nie było jej odmawiane nic, co się przed nią znajduje”, gdyż to grozi poronieniem. Stefan Falimirz uprzedzał zaś, że ciężarna „w rozmaitych smakach potraw, a zwłaszcza niezwyczajnych się kocha, to jest w kwaśnych rzeczach albo w słonych albo w zimnych, albo też w słodkich a pospolicie więcej niźli przed poczęciem”. A jeśli przyszła mama zażyczyła sobie kredę lub węgiel na deser, należało je po prostu ugotować z cukrem.

Starożytni nakazywali przyszłym mamom uwzględnienie w jadłospisie pokarmów, które są – jak pisze Soranus – „dobre dla żołądka, lekkostrawne i nie ulegają łatwo psuciu”, jak gotowane jaja, kaszę orkiszową na zimnej wodzie, kaszę jęczmienną i ryż. Jedzono chude ptactwo, z innych mięs: zająca (w późniejszych epokach już uważano, że dziecko będzie mieć po nim bojaźliwy charakter i wyłupiaste oczy), a także raki i krewetki, a to wszystko absolutnie bez ciężkich sosów. Warzywa najlepsze dla ciężarnej to surowe i gotowane korzenie, np. powracający dziś do łask pasternak, popularne były marynowane oliwki, migdały, gruszki i jabłka, najlepiej pieczone.

Jeden z pierwszych polskich lekarzy-higienistów, żyjący na przełomie XIX i XX w. Józef Zieliński (pisał pod pseudonimem Zielczak), autor poradników lekarskich dla chłopstwa i pierwowzór postaci doktora Judyma z „Ludzi bezdomnych”, zalecał „posilne i łatwo strawne pokarmy, jak najmniej przeto: grochu, fasoli, czarnego chleba, sera, a dużo za to mleka, mięsa, owoców”. Autor XVII-wiecznych popularnych wśród szlachty i ziemiaństwa poradników Jakub Haur radził „raki rzeczne jadać często, orzechy czerwone i tureckie, pokarmy lekkie”.

Nie wypadało także się przyszłej mamie opychać, gdyż nie było to zdrowe ani dla niej, ani dla dziecka. Uwielbiająca przesiadywać przy suto zastawionym stole Maria Ludwika Elżbieta Orleańska, wnuczka Króla Słońce Ludwika XIV, nazywana „pyzatą księżną”, miała sześcioro dzieci, ale prawie wszystkie rodziły się martwe lub umierały wkrótce po narodzinach. Być może był to właśnie skutek niezdrowego stylu życia księżnej, która nie zwykła odmawiać sobie niczego, w tym wina.

Niestety – przez długie stulecia w diecie ciężarnych i matek karmiących obecny był alkohol. Jak podaje polski historyk i pamiętnikarz doby oświecenia Jędrzej Kitowicz, nagminne było pojenie położnic tzw. „trojanką” na bazie wódki, miodu, pieprzu i imbiru.

Zdrowe spacery, byle bez gorsetu

Uczucie ociężałości, zawroty i bóle głowy, zmiany nastrojów, zaparcia i bóle znajdowały się na długiej liście ciążowych dolegliwości, jakie znane są od czasów antycznych. Radzono sobie z nimi domowymi sposobami, które utrzymały się przez stulecia. Trotula w swoim traktacie o wymownym tytule „O cierpieniu kobiety przed, w trakcie i po porodzie”, zalecała, na spuchnięte stopy masaż z olejkiem różanym i octem, a na gazy m.in. miętę i goździki. Wymioty, jak pisał Soranus, mogły pojawiać się po każdym posiłku lub w określonych porach dnia, więc warto stosować lekką dietę, umiarkowany ruch i przebywać na powietrzu. Na trudności z wypróżnianiem przez stulecia zalecano kąpiele i lewatywy, a na hemoroidy – z dużą ostrożnością wprawdzie, ale jednak – pijawki. Podobnie krew należało upuszczać przy opuchnięciach i bólach, zwłaszcza kręgosłupa. Jeśli opuchlizna czy bóle nie były silne, wystarczył odpoczynek i odrobina ruchu.

Trzy ciężarne, XVI w. Fot. [CC BY 4.0 ], via Wikimedia Commons

Także Jakub Haur zawarł w swoich podręcznikach szereg zaleceń na temat codziennych czynności niezdrowych w czasie ciąży. Odradzał noszenie gorsetów, długie leżenie i przebywanie w pozycji siedzącej oraz intensywny wysiłek fizyczny, zakazując przyszłym matkom takich aktywności, jak „jazda, chodzenie po górach, schodach, zagonach, dźwiganie, rąk wyciągnienie, pracowite ruszanie, tańce”. Warto wspomnieć, że przez stresującą i wyczerpującą podróż, do której zmusił wspomnianą „pyzatą księżną” jej dziadek, Ludwik XIV, młodziutka Maria Ludwika straciła pierwsze dziecko.

Przyszła matka nie powinna się przemęczać, ale wskazane było przebywanie na świeżym powietrzu. Zgodnie z zaleceniami swojej epoki, w jednym z listów w trosce o zdrowie brzemiennej Barbary Radziwiłłówny, Zygmunt August zalecał jej spacery po ogrodzie i prosił, by nie przesiadywała zbyt długo w kościele. Zalecenia te pozostały aktualne przez stulecia, wspomina o nich doktor Józef Zieliński w wydanym w 1909 r. poradniku zdrowia: „Należy więc przestrzegać, ażeby ciężarne kobiety: nie dźwigały wielkich ciężarów, nie skakały, nie jeździły konno, nie tańczyły, nie męczyły się wielce; ażeby nie brały nigdy lekarstw na wymioty, a ostrożnie lekarstwa na przeczyszczenie; ażeby oddychały jak najwięcej czystem powietrzem, w lecie spały przy przymkniętem oknie, nie siedziały w zaduchu, przewietrzały jak najczęściej swe izby; (...) ażeby nie siedziały wciąż w domu, ale codzień bywały na świeżem powietrzu”.

Także w czasach wiktoriańskich lekarze zalecali przyszłym mamom codzienne spacery, za to stanowczo potępili popularne przez stulecia zabiegi stosowania u ciężarnych środków przeczyszczających i upuszczania krwi, o której szkodliwości pisała zresztą już Trotula. Także Falimirz podkreślał, że między czwartym a siódmym miesiącem lepiej było unikać i puszczania krwi, i zabiegów przeczyszczających. Mimo to przez całe wieki wierzono, że to doskonały sposób na radzenie sobie z ciążowymi dolegliwościami, złym samopoczuciem, bólami głowy czy ociężałością.

I tak królowa Zofia Charlotta z Meklemburgii-Strelitz, która zasiadała na angielskim tronie na przełomie XVIII i XIX stulecia, a po której najstarszy szpital położniczy w Londynie otrzymał imię, podczas pierwszej ciąży (nosiła wówczas przyszłego Jerzego IV) w 1762 r. na zalecenie nadwornego chirurga dała sobie upuścić prawie ćwierć litra krwi. Później lekarz ponownie stwierdził, że warto zabieg powtórzyć, lecz odwiódł go od tego William Hunter, położnik królowej i jej późniejszy osobisty medyk. Słusznie uznał, że pod koniec ciąży upuszczanie krwi na pewno nie pomoże, za to może zaszkodzić.

Warto wspomnieć, że był to ten sam John Hunter, który zasłużył się nauce przełomową pracą „Anatomia ludzkiej ciężarnej macicy opatrzona rysunkami” oraz badaniami nad krążeniem maciczno-łożyskowo-płodowym, zdobywając sławę i rozgłos prawdopodobnie dzięki morderstwom na ciężarnych, ubogich kobietach dokonywanych „dla dobra nauki” wraz z innym niezwykle zasłużonym ojcem położnictwa, Williamem Smelliem.

Złe duchy i brzydkie rzeczy czyhają na dziecko

Przyszła matka powinna dbać o bezpieczeństwo swoje i dziecka, gdyż odmienny stan narażał ją nie tylko na ryzyko choroby czy wypadku, ale i ataki sił nieczystych. Jak pisze Aleksander Brückner, w czasach przedchrześcijańskich Słowianie stosowali szereg praktyk ochronnych: „Zwodzono złe siły, utajając brzemienność, połóg, imię dziecka (które też pozornie odsprzedawano sąsiadowi), i przebierając młodą”. Nasi przodkowie wierzyli, że złośliwe boginki i mamuny wchodzą nocą przez okna do sypialni i dręczą śpiących. Co gorsza, mogły również podmienić nienarodzone maleństwo, toteż ciężarne ukrywały w posłaniach ostry żelazny przedmiot, np. szpilkę. Okadzano także sypialnie i przedmioty należące do przyszłych matek dymem z ziół mających odstraszać złe siły.

Wraz z nastaniem chrześcijaństwa przesąd pozostał, choć zmieniły się formy prewencji i rodzaj zagrożenia. Tym razem pomocne miały być regularnie odmawiane pacierze i wymawianie imienia Matki Bożej, a żelazo zastąpiły krzyże i medaliki z wizerunkami świętych.


O uformowanym płodzie, XVII w. Fot. [CC BY 4.0 ], via Wikimedia Commons

Sprawką sił nieczystych miały być także wszelkiego rodzaju znamiona i skazy na ciele dziecka, choć aż do XVIII pokutował przesąd, że już sama wyobraźnia matki może wywrzeć fizyczny wpływ na dziecko, pozostawiając na jego ciałku znamiona i deformacje. W 1727 r. James Blondel wydał anonimowo pamflet zatytułowany „O studiach nad siłą wyobraźni kobiet ciężarnych”, w którym dementował ten przesąd, przeciwstawiając mu racjonalne przesłanki. Pisał, że choć nie ulega wątpliwości, że wypadki fizyczne i stres mogą wywołać poronienie, to wiele kobiet po takich przeżyciach ma zdrowe dzieci, a inne po bezproblemowej i zdrowej ciąży rodzą dzieci zdeformowane. Pamflet spotkał się z ostrą krytyką m.in. ze strony Daniela Turnera, który bronił owego przesądu, zresztą próbując dowieść jego zasadności w wydanej w 1714 roku pracy na temat chorób skóry.

Z wiarą w destrukcyjną moc wyobraźni związane były przesądy na temat „zapatrzenia”. Wzmianki o nich znajdujemy zarówno u starożytnych (Heliodor, Hipokrates, Pliniusz), jak i Ojców Kościoła, w tym u św. Augustyna, Hieronima czy Izydora z Sewilli. Jeszcze pod koniec XIX w. na Sandomierszczyźnie wierzono, że jeśli ciężarna zapatrzy się na osobę ułomną, wspomni o niej lub ją wyśmieje, takie też urodzi dziecko.

W Małopolsce każda ciężarna wystrzegała się widoku „rzeczy obrzydłych, boby jej dziecko brzydkie było”. Nie wolno było zapatrywać się na zwierzęta domowe, jak psy i koty, absolutnie zakazywano zabawy z nimi, w przeciwnym razie można było „porodzić jakiegoś dziwoląga”. Zapatrzenie się na ogień miało skutkować narodzinami dziecka z czerwoną buzią, a zapatrzenie na osobę czarnoskórą – narodzinami czarnoskórego dziecka, jak to ponoć stało się na zamku w Wiśniczu, gdzie pewna pani „będąc w ciąży, zapatrzyła się podczas podróży w obcych krajach na Murzyna”.

Gdy dziecko urodziło się z ciemnym znamieniem, znaczyło to, że matka w ciąży ujrzała mysz. Powszechny był przesąd, że jeśli ciężarna zobaczyła zmarłego albo – nie daj Boże – pocałowała go, to dziecko miało urodzić się blade jak trup. Trudno się wobec powyższego dziwić, że przez stulecia przyszłe matki często chadzały do kościołów, aby tam oglądać piękne Madonny, cherubinki i święte niewiasty, które miały przekazać urodę dziecku.

Groźny i seks, i stres

Współcześnie seks w ciąży nie jest ani tematem tabu, ani też – w przypadku ciąży fizjologicznej – czymś zakazanym. Dawniej był uważany nie tylko za grzeszny, ale także za coś szkodliwego. Falimirz pisał na przykład, że „znak, iż już niewiasta po poczęciu niema lubowania i owszem brzydzi się skutkiem małżeńskim”. Zgodnie z moralnością wieków średnich od momentu, gdy matka zaczęła odczuwać ruchy płodu aż do zakończenia karmienia nie było mowy seksie. I choć opinie na temat wagi grzechu były różne (w czasach Alberta Wielkiego, a więc od połowy XIII w., seks w ciąży był grzechem powszednim, a Stanisław ze Skarbimierza uznawał go za grzech ciężki), to obawiano się nie tyle uciążliwej pokuty, ile realnego zagrożenia dla dziecka. Wierzono, że dziecko może się urodzić trędowate, chore czy zdeformowane wskutek niepohamowania rodziców.

Co ciekawe, pogląd ten utrzymał się bardzo długo. W jednym z wydanych na początku XX wieku poradników na temat opieki nad dzieckiem w ciąży i po porodzie możemy przeczytać: „Przedewszystkiem niewiasta zapłodniona powinna unikać spółkowania. Szkodliwość działania zażywania przez matkę rozkoszy płciowych na płód w żywocie jest rzeczą dowiedzioną – niepowściągliwość taka działa bardzo ujemnie na ustrój czulcowy (nerwowy) kobiety, a więc i pośrednio na płód”.


Znużony mąż rozpieszcza swoją ciężarną żonę. Reprodukcja litografii, 1838 r. Fot. [CC BY 4.0 ], via Wikimedia Commons

Zły wpływ na dziecko miały także niekorzystne nawyki w czasie ciąży. Powszechnie wierzono, że jaka matka będzie w ciąży, takie będzie jej dziecko. Od wieków starano się odejmować stresów przyszłym matkom i dbać o ich dobry nastrój. W starożytnych Indiach lekarze zalecali pogodne usposobienie i unikanie gwałtownych, destrukcyjnych emocji, podobnie jak w XVI w. zalecał Jan Kazimierz Haur, nakazując eliminować „płacz i frasunki”, a w to miejsce „mieć wolne, wesoło się zabawiać conversatia, gniewu się strzec”.

Starano się także, aby swoim zachowaniem matka nie odcisnęła negatywnego piętna na charakterze dziecka. I tak jeśli matka wzięła bez pozwolenia cudzą rzecz lub zjadła coś ukradkiem, ryzykowała urodzenie złodzieja. Jeśli się zaniedbywała, mogła urodzić niechluja. Unikano także wylewania wody (dziecko ulewające) lub noszenia gruszek i jabłek w zapasce (ryzyko kolek). W ciąży nie należało także patrzeć na księżyc, aby nie urodzić półgłówka lub lunatyka.

Zarówno w tradycji polskiej, jak i np. niemieckiej, węgierskiej, żydowskiej, ruskiej czy dalekowschodniej, zakazywano ciężarnym pić z wyszczerbionego naczynia, aby nie urodzić dziecka z zajęczą wargą. Siadanie na progu, przejście przez rozstajne drogi czy płot groziło trudnym porodem. Najlepiej było w ogóle jak najmniej wychodzić. Według wierzeń ludowych zakaz ten miał chronić przed „złym okiem”, ale w XIX w. uważano, że kobiecie w ciąży po prostu nie wypada „bywać”.

Zakaz kichania, póki płód nie ma duszy

„W żywocie matczynem – pisał Stefan Falimirz – dzieciątko siedzi (...) rączki ściągnąwszy między nóżki, główką przytuliwszy się ku kolankom, tak iż jednym okiem na jednym kolanku, a drugiem okiem na drugie kolanko przytula się, a tak nosek między kolanka (...) skurczywszy się w kłębek”. Niestety to, że uroczo opisany maluszek rósł w matczynym łonie, nie oznaczało jeszcze, że para doczeka się upragnionego potomka. W wiekach średnich, jeśli ciąża przebiegała źle lub gdy dochodziło do poronienia, winą obarczano kobietę.

Soranus przestrzegał, że gwałtowne emocje matki, jak strach, smutek, ale też nagła radość – mogły zakończyć się utratą ciąży. Poronieniem groził kaszel, kichanie, siedzenie na twardych krzesłach, niestrawność, biegunka, wymioty, dreszcze i „generalnie wszystko, co powoduje nagły ruch”. Także Trotula potwierdzała, że kaszel, biegunka, gorączka i duży wysiłek mogą skutkować poronieniem i dopiero gdy „dusza zagnieździ się w ciele dziecka”, a więc po 40 dniach u chłopców i 80 w przypadku dziewczynek, matka może pozwolić sobie na nieco więcej.


Poradnik położnictwa i chorób kobiet w ciąży, Jean Marie Jacquemier, 1846 r. Fot. [No restrictions], via Wikimedia Commons

Mimo najlepszej opieki i największych starań przyszłych matek, ciąże w dawnych wiekach często kończyły się poronieniami, a przyczyny tego były różne: od młodego wieku przyszłej matki przez obciążenia dziedziczne w rodach królewskich i magnackich, po brak higieny i niezbyt zdrowy styl życia. W pamiętniku Jana Cedrowskiego, XVII-wiecznego podczaszego nowogródzkiego związanego z dworem Radziwiłłów, znajdujemy opis kolejnych poronień jego żony: „Anno 1652 12 februari poroniła małżonka moja syna w trzecim miesiącu z przelęknienia (...). Anno 1652 7 semtembris poroniła znowu małżonka moja córkę a to z okazyi febry i gorączki. (...) Anno 1657 15 ianuarii powiła małżonka moja syna, ale niedonoszonego kilka niedzieli. (...) Umarło to dzieciątko tegoż dnia. (...) Anno 1659 6 martii poroniła małżonka moja córkę”. Ostatecznie żona pamiętnikarza 31 marca 1660 zmarła „w ciężkim paroksyzmie choroby swojej i córkę mało co żywą poroniła”.

Przez niemożliwość doczekania się potomków wymarły całe gałęzie starych rodów magnackich. Gdy Daniel Naborowski przebywał na dworze Radziwiłłów, napisał przejmujący panegiryk na cześć zmarłej księżnej Zofii z książąt Olelkowiczów-Słuckich, ostatniej przedstawicielki swego rodu, żony podczaszego litewskiego Janusza Radziwiłła, późniejszej świętej kościoła prawosławnego:

Dwanaście lat w małżeństwie niespełnam przeżyła,
A córkę Katarzynę najpierwszą powiła,
Lecz na swój żal, bom się jej nie obradowała,
Gdyż na świecie szesnaście godzin tylko trwała;
Drugi płód, ach, niestetyż nie oglądał słońca;
Z trzecim już radosnego wyglądając końca
Omyliła nadzieja i czas pożądany,
A mnie miasto połogu grób nagotowany.

Księżna przez ponad dekadę małżeńskiego pożycia zachodziła w ciąże trzy razy i dwukrotnie poroniła, a za trzecim razem zmarła przy porodzie mając zaledwie 27 lat. Epitafium Naborowskiego podsumowuje smutne losy wielu kobiet z wielkich rodów, których życie upływało na wieloletnich staraniach o upragnionego potomka.

Współcześnie wskaźnik umieralności okołoporodowej wynosi 4,4 promila na tysiąc rodzących, choć jeszcze kilkanaście lat temu przekraczał on 20 promili. Jesteśmy jednym z najbezpieczniejszych pod tym względem krajów europejskich, choć standardy opieki okołoporodowej i traktowanie przyszłych matek w szpitalach wciąż pozostawiają wiele do życzenia. Pozostaje mieć nadzieję, że mrożące krew w żyłach opowieści nie tylko z odległych epok, ale choćby z czasów PRL-u, jak najszybciej staną się jedynie historyczną ciekawostką.

Agnieszka Bukowczan-Rzeszut – antropolog kultury, dziennikarka, tłumaczka i autorka związana z krakowskimi wydawnictwami Astra, Znak i Otwarte, autorka książki „Jak przetrwać w średniowiecznym Krakowie” (Astra 2018), a wspólnie z Barbarą Faron książki „Siedem śmierci. Jak umierano w dawnych wiekach” (Astra 2017).

Literatura:

A. Lisak, Miłość staropolska, Warszawa 2007
Z. Kuchowicz, Obyczaje staropolskie, XVII-XVIII wieku, Łódź 1975
J. Verdon, Przyjemności średniowiecza, tłum. Jan Maria Kłoczowski, Warszawa 1998
M. Bogucka, Gorsza płeć. Kobieta w dziejach Europy od antyku po wiek XXI, Warszawa 2005
D. Żołądź-Strzelczyk, Dziecko w dawnej Polsce, Poznań 2002
S. Falimirz, O ziołach i o mocy ich, Kraków 1534
W. Naborowski, Wiecznej pamięci oświeconej księżny paniej a paniej księżny Jej Mci Zofii Słuckiej Radziwiłłowej podczaszynej W.Ks.L., [w:] tegoż, Poezje, oprac. J. Durr-Durski, Warszawa 1961
H. Biegeleisen, Matka i dziecko w obrzędach, wierzeniach i zwyczajach ludu polskiego, Lwów 1917
A. Bukowczan-Rzeszut, B. Faron, Siedem śmierci. Jak umierano w dawnych wiekach, Kraków 2017
Ch., Klapisch-Zuber, Kobieta i rodzina, [w:] Człowiek średniowiecza, red. J. le Goff, tłum. M. Radożycka-Paoletti, Warszawa 2000, ss. 354-387
A. Bruckner, Dzieje kultury polskiej, t.1, Kraków 1930
Soranus, Gynecology, transl. O. Temkin, Baltimore 1956
M. Delimata-Proch, Ciąża, poród oraz połóg w świetle polskich ksiąg cudów i łask (od średniowiecza do XVIII w.), Kwartalnik Historii Kultury Materialnej 63 z. 3 (2015), ss. 433-449
H. Biegeleisen, Matka i dziecko w obrzędach, wierzeniach i zwyczajach ludu polskiego, Lwów 1927
Opieka nad dzieckiem przed urodzeniem i nad nowonarodzonem według wymagań przyrody, Berlin 1902
J. Zielczak, Poradnik dla kobiet, które chcą być zdrowemi, 1909
H. Jordan, Nauka położnictwa dla użytku położnych, Kraków 1885
A. Bukowczan-Rzeszut, Dla dobrego rysunku mordowali ciężarne, 16.09.2014
R. Fossier, Ludzie śrendiowiecza, tłum. Aneta Czupa, Kraków 2009
J. Cedrowski, Pamiętnik, [w:] Dwa pamiętniki z XVII w., wyd. A. Przyboś, Wrocław 1954
Legenda św. Jadwigi, tłum. A. Jechelson, Wrocłw 1993
M. Delimata, Dziecko w Polsce średniowiecznej, Poznań 2004
C. Hanson, A Cultural History of Pregnancy Pregnancy, Medicine and Culture, 1750–2000, New York 2004
A.C. Wood, Mother and Child; Their Comfort and Care. A Book for Every Woman, Chicago 1894
E. Reynolds, Practical Midwifery - A Handbook of Treatment, New York 1894
S. Falimirz, O ziołach i o mocy ich, Kraków 1534
W. Jankowski, Wczesne rozpoznawanie ciąży, referat programowy w Sekcji Ginekologii i Położnictwa XIII Zjazdu Lekarzy i Przyrodników Polskich, Wilno 1931
The Trotula. A Medieval Compendium of Women’s Medicine, Edited and Translated by Monica H. Green, Philadelfia 2001

Data utworzenia: 29.10.2018
Stan błogosławiony czy koszmar obawOceń:
(5.00/5 z 2 ocen)
Zobacz także

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.