×
COVID-19: wiarygodne źródło wiedzy

Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Na początku było koszmarnie

Rozmawia Karolina Krawczyk

Dawniej musiałam gotować szklane strzykawki, miałam grube igły. W tej chwili podawanie insuliny jest banalnie proste – wspomina Anna Wużyk, która 56 lat temu zachorowała na cukrzycę.


Zestaw do iniekcji insuliny. Fot. Karolina Krawczyk

Karolina Krawczyk: W jakich okolicznościach rozpoznano u Pani chorobę?

Anna Wużyk: Miałam 14 lat. Byliśmy na rodzinnych wakacjach. Było upalnie, więc piłam bardzo dużo wody. Wszyscy tłumaczyli to upałami. Ale ja wypijałam nawet 10 litrów płynów. Co więcej, pewnym momencie zaczęłam gwałtownie tracić na wadze. Później zaczęły się bóle brzucha, torsje. Rodzina myślała, że czymś się zatrułam. Nikt nie pomyślał, że mogę mieć cukrzycę.

Kiedy wróciliśmy do Krakowa, kilka razy zabierało mnie pogotowie. Miałam omdlenia, zapaści. Mimo to żaden lekarz w powiecie nie stwierdził u mnie cukrzycy. Ale jeden doktor, który przyszedł do mnie o wiele, wiele później, stwierdził, że czuć ode mnie aceton. To był trop, dzięki któremu po dłuższym okresie zdiagnozowano u mnie chorobę.

Dopiero w szpitalu przy ul. Kopernika w Krakowie postawiono właściwą diagnozę. Byłam wtedy w ciężkim stanie, zaczęłam popadać w śpiączkę. Przez dwa tygodnie mi mówili, że nie wiadomo, co ze mną będzie – w tak kiepskiej byłam kondycji. Nie pamiętam, jakie były pierwsze parametry cukru, ale miałam zakwaszony organizm. Nie mogłam się poruszać, tylko leżałam.

Po jakimś czasie zaczęłam dochodzić do siebie, odzyskiwać przytomność, a później stopniowo informowano mnie, co mi dolega. Podawano mi najpierw kroplówki, później zastrzyki. Karmiono różnymi kleikami i owsiankami. Dopiero po około miesiącu zaczęłam jeść w miarę normalnie z moim nowym, cukrzycowym harmonogramem.

Jak zareagowała Pani na wieść, że to choroba przewlekła?

W pierwszej chwili w ogóle nie zdawałam sobie sprawy z tego, czym jest choroba przewlekła. Nie mieliśmy wtedy dostępu do książek, komputerów. Nie było gdzie szukać informacji o chorobie.

Dopiero po jakimś czasie, kiedy już miałam zastrzyki, zapytałam, kiedy one się skończą. Wtedy prof. Hepta uświadomił mi, że z insuliną się nie rozstanę i że muszę uważać na słodycze. Wtedy rozpaczałam, byłam przecież młodą dziewczyną.

Na dodatek ciężko było ustalić dla mnie odpowiednie dawki. W sanatorium poznałam dr Margolis, która uświadomiła mi, że mogę jeść wszystko, ale w odpowiednich ilościach. Zaczęto przygotowywać moją dietę, dostałam też określoną, bazową dawkę insuliny. Powoli wszystko się układało.

Z diagnostyką i leczeniem nie było wtedy łatwo.

Na początku było koszmarnie. Wyniki podstawowych badań były dopiero po dwóch dniach. Nie można było od razu stwierdzić, co mi dolega. Dziś kontrolowanie cukru wygląda zupełnie inaczej niż przed laty.

Kiedyś czułam się traktowana przez lekarzy niczym trędowata. Obecnie nie ma problemu z leczeniem osób chorych na cukrzycę – ja miałam robioną operację na zaćmę, kilka innych operacji, złamałam nogę. Moje leczenie odbywało się bez problemów, ze wszystkimi przyrządami mierzącymi stale mój cukier. Natomiast w latach 70., kiedy zaszłam w ciążę, patrzono na mnie jak na zbrodniarza. Dużo się wtedy nacierpiałam.

Wstydziła się Pani cukrzycy?

Nie, nigdy. Czasem miałam problemy „techniczne”, ponieważ pracowałam w branży związanej z turystyką i łączyło się to z wieloma wyjazdami.

Kiedyś musiałam gotować szklane strzykawki, miałam grube igły. Nim kupiłam odpowiedni sprzęt, musiałam chodzić po kuchniach, gdzieś po zapleczach, i prosić o wygotowanie strzykawki. Dopiero później robiłam zastrzyk. W tej chwili podawanie insuliny jest banalnie proste.

Kiedy zdobyła Pani swój pierwszy glukometr?

Nie pamiętam dokładnie, to musiało być jakieś 27 lat temu. Pamiętam, że kosztował bajońskie sumy. Później wprowadzono glukagen, a to już wiele ułatwiało. Czasem w nocy pojawiały się wahania cukru i wystarczyło mi go podać, bez wzywania pogotowia.

Kto nauczył Panią z niego korzystać?

Czytałam po prostu instrukcję obsługi. Miałam sporo wątpliwości, ale starałam się jak najwięcej uczyć i zrozumieć. Pomagał mi też mąż. Później już było łatwiej, bo glukometry były udoskonalane.

Cukier sprawdzam przed i po jedzeniu. Mam lata praktyki, dzięki temu nigdy nie było problemów z otyłością. Wcześniej chodziłam do lekarza na zastrzyki, a krew pobierano mi z żyły, a nie tak jak dziś – z palca.


Zestaw do iniekcji insuliny. Fot. Karolina Krawczyk

To musiało być bardzo uciążliwe.

No cóż, mało kto potrafi sobie to wyobrazić. Choruję już ponad 56 lat. Nawet teraz o godz. 3 w nocy mierzę cukier i w zależności od wyniku idę coś zjeść. Czasem mogę spokojnie spać do rana.

Dużo Pani podróżowała. Na co musiała Pani zwracać uwagę?

Ważna dla mnie była higiena i punktualność w przyjmowaniu leków. Kiedyś w pracy były zupełnie inne warunki, jednak zawsze starałam się o odpowiedniej porze robić zastrzyki. Z tym nie miałam problemów, ponieważ pracowałam z ludźmi, którzy byli bardzo życzliwi i wyrozumiali. Szef wiedział, że mam odpowiedzialne zajęcie i muszę się dobrze czuć, żeby prawidłowo wypełniać obowiązki. Miałam szczęście, po prostu dbano o mnie i o moje samopoczucie.

Co chciałaby Pani powiedzieć wszystkim tym, którzy boją się cukrzycy?

Przede wszystkim to, że żyję z nią już ponad pół wieku. Cukrzyca nie jest wyrokiem śmierci. Owszem, muszę się czasem pilnować, ale to wychodzi mi tylko na zdrowie. Mam ponad 70 lat, a wcale nie uważam, że moja figura jest zła, dbam o siebie, wiem, co mogę zjeść i w jakich ilościach. Cukrzyk nie musi stać się otyły.

Chciałabym, żeby ludzie nie traktowali nas z pogardą. Kiedy zdarzy się spadek cukru, czasem nasz krok jest chwiejny, zupełnie jak po alkoholu. Wyzywają nas wtedy od pijaków, obrażają, kpią. A my jesteśmy ludźmi, którzy być może potrzebują w tej chwili czyjejś pomocy.

Rozmawiała Karolina Krawczyk

31.08.2015
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?

Zachorowania w Polsce - aktualne dane

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Poradnik świadomego pacjenta

  • Jak pojechać do sanatorium?
    Czy można wybrać sobie miejsce, do którego chce się jechać i termin wyjazdu? Czy można wybrać sobie miejsce, do którego chce się jechać i termin wyjazdu? Czy można skorzystać z sanatorium bez zakwaterowania?
  • Jak długo ważna jest recepta w 2020?
    Pacjent, który otrzymał receptę od lekarza, musi pamiętać, że nie jest ważna bezterminowo. Każda recepta ma ściśle określony czas, w którym można ją zrealizować. Dotyczy to zarówno recepty w formie „papierowej”, jak i tzw. e-recepty.