Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Houston

Katarzyna Siwiec

Niegdyś to miejsce przeklęte. Dla odmieńców, którym „normalni” zafundowali społeczną banicję. W izolacji spędzało się kawał życia, wzbudzając niechęć niczym początku swego istnienia budził respekt, obawy, rodzaj lęku. Dzisiaj pragnie zerwać z ponurym i złowrogim piętnem „wariatkowa”.


Zdjęcie archiwalne. Budynek dyrekcji Szpitala. Fot. arch. Szpitala Specjalistycznego im. dr. J. Babińskiego w Krakowie

Wciąż nie lubi się nazwy Kobierzyn. Bywa, że towarzyszy jej głupawy uśmieszek i pewien, znany wszystkim, niekoniecznie elegancki gest nad czołem. O Kobierzynie, podobnie jak o lwowskim Kulparkowie albo Tworkach pod Warszawą, opowiada się dowcipy. Trudno zatem, by nazwę pokochali na przykład deweloperzy, oferujący w okolicy swoje apartamentowce. Co z tego, że Kobierzyn to nazwa dawnej podkrakowskiej wsi o średniowiecznym rodowodzie. To się dzisiaj nie sprzeda, to przecież kojarzy się wiadomo z czym... No, ostatecznie może być Babiński. W końcu szpitalowi, w którym od ponad stu lat leczy się psychicznie chorych, patronuje dr Józef Babiński, a to przecież znany w całym świecie nasz wybitny (choć działający w Paryżu) lekarz, odkrywca jednego z najważniejszych objawów neurologicznych, który literatura medyczna określa mianem „odruchu Babińskiego”. Taki patron nobilituje. Chorzy wolą jednak posługiwać się swoim slangiem i nazywają to miejsce Houston (kojarzy się z lotami kosmicznymi, tu raczej „odlotami”). To, ich zdaniem, nobilituje nawet bardziej.


Zdjęcie archiwalne. Pacjenci. Fot. arch. Szpitala Specjalistycznego im. dr. J. Babińskiego w Krakowie

Pierwsi pacjenci, którzy trafili tu z końcem 1917 r. byli przeważnie żołnierzami. Znaleźli się w najpiękniejszym i najnowocześniejszym w Europie zakładzie dla psychicznie chorych, zbudowanym na wzór słynnego wiedeńskiego szpitala na Steinhofie, dzieła jednego z najwybitniejszych austriackich architektów – Ottona Wagnera. Miasto – ogród z willami przypominającymi baśniowe pałacyki, z nastrojowymi alejkami, zajmowało 52 hektary. Z wielkim rozmachem zaprojektował to miejsce nasz znakomity spec od budynków szpitalnych i sanatoryjnych Władysław Klimczak.


Zdjęcie archiwalne. Widok terenu Szpitala w 1917 r. Fot. arch. Szpitala Specjalistycznego im. dr. J. Babińskiego w Krakowie


Zdjęcie archiwalne. Pawilony VIIB i VIIA. Fot. arch. Szpitala Specjalistycznego im. dr. J. Babińskiego w Krakowie

Miało być samowystarczalne; z gospodarstwem rolnym obejmującym stajnię, oborę, kurnik, sad, szklarnie oraz 10 ha ornego pola. Zakład wyposażono we własną aptekę, kuchnię, pralnię, piekarnię (jeszcze nie tak dawno wypiekano tu wyśmienity chleb), nowoczesną na owe czasy kotłownię, a nawet kolejkę rozwożącą posiłki, gdzie komunikację zapewniały o wiele tańsze od kolejki elektrycznej osiołki. Pojawił się teatr, boisko sportowe, kaplica pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej. Piękno przyrody i harmonia, pobyt z dala od miejskiego zgiełku (jak w wielu tego rodzaju miejscach) miały ułatwić chorym powrót do psychicznej równowagi. Warsztaty (introligatorski, stolarski, szewski, krawiecki itp.), a także praca na folwarku (o ile pozwalał na to stan zdrowia) były terapią i wspomagały niełatwy proces przywracania chorych społeczeństwu. Na terenie Krajowego Zakładu dla Umysłowo i Nerwowo Chorych w Kobierzynie – bo tak nazywał się szpital w pierwszych latach istnienia – mieszkali lekarze z rodzinami oraz zakonnice – pielęgniarki. Pomocniczy personel stanowili mieszkańcy okolicznych osad. Z początkiem ubiegłego stulecia miasto było bowiem zbyt odległe, a dojazd do pracy bryczką uciążliwy. Położony nieopodal cmentarz – kiedyś należący do Zakładu, dziś komunalny cmentarz przy ul. Czerwone Maki – uzmysławia fakt, że zarówno pacjenci, jak i lekarze nierzadko wiązali się z Kobierzynem do końca swoich dni.


Zdjęcie archiwalne. Prace w ogródku. Fot. arch. Szpitala Specjalistycznego im. dr. J. Babińskiego w Krakowie


Zdjęcie archiwalne. Terapia zajęciowa. Fot. arch. Szpitala Specjalistycznego im. dr. J. Babińskiego w Krakowie

Oswoić Kobierzyn

Wyjątkowy w skali Europy, położony 7 km od centrum Krakowa zespół szpitalno-parkowy (od 1999 r. na liście zabytków) powoli staje się dziś celem niedzielnych spacerów krakowian. Enklawa starych drzew i krzewów, zabytkowych pałacyków rozrzuconych w tej scenerii to z całą pewnością – zapewniają pracownicy szpitala – najbezpieczniejsze miejsce w Krakowie. Nikt tu nie biega z siekierą ani kijem bejsbolowym.

Główny cel, który postawił przed sobą personel szpitala, a także sami chorzy, to oswoić Kobierzyn – krakowskie Houston. Nie chodzi tylko o demontaż siatki ogrodzeniowej, która kiedyś, dla bezpieczeństwa, zwykle otaczała miejsca o podobnym przeznaczeniu (od likwidacji tego namacalnego znaku stygmatyzacji rozpoczął swe rządy dyrektor Stanisław Kracik). Nie idzie też o nowy model leczenia, inne, godne XXI stulecia podejście do pacjenta, którego nie zawija się już szczękającego zębami w mokre lodowate szmaty, ani nie przywdziewa w znienawidzony kaftan, ciasno związując przydługie rękawy na plecach. Chodzi o zmianę w postrzeganiu osoby chorej psychicznie, o zrozumienie i destygmatyzację, a to kwestie o niebo poważniejsze.

Na ogół nie unika się osób po zawale, nikt przy zdrowych zmysłach nie drży przed diabetykiem ani chorym na wrzody żołądka. Ewentualność padnięcia ofiarą grypy czy anginy też przeważnie nie bywa powodem panicznego lęku. Jak ognia natomiast boimy się choroby duszy. Dlatego niesłychanie rzadko zdarza się, by pacjent na łamach prasy dziękował lekarzowi za troskliwą opiekę w Kobierzynie, jak czasami wyraża się wdzięczność za sprawnie przeprowadzoną operację albo, po prostu, zwyczajną ludzką życzliwość podczas leczenia. Do pobytu w „psychiatryku” lepiej się nie przyznawać. Zwłaszcza, kiedy jest się, w swoim mniemaniu, człowiekiem sukcesu: ważnym dyrektorem, biznesmenem albo, nie daj Boże, politykiem. Starannie i w pocie czoła wypracowaną pozycję społeczną łatwo wtedy bezpowrotnie utracić.

Chyba warto to zmienić, skoro wyniki przeprowadzonych w 2013 r. badań wykazują, że 23,4% Polaków doświadczy w swoim życiu zaburzeń psychicznych. Nie oznacza to, że niemal co czwarty z nas jest wariatem (statystyka obejmuje również osoby dotknięte starczą demencją oraz ADHD). Niekoniecznie też co czwarty z nas dla poratowania szwankującej psychiki trafi od razu na oddział.

– Nie jesteśmy zwyczajnym szpitalem, gdzie pacjenta kładzie się do łóżka, leczy tabletkami, poddaje ratującym życie albo zdrowie zabiegom, a potem, wyleczonego, wypisuje do domu – tłumaczy Maciej Bóbr, rzecznik prasowy szpitala. – My staramy się w ramach terapii także przywracać człowieka społeczeństwu, a tego nie da się załatwić najlepszą nawet tabletką. Człowiek w psychicznym kryzysie potrzebuje dużo, dużo więcej. Z chorobą duszy jest jak z rozsypanymi puzzlami, które trzeba na nowo poukładać. Lekarstwem może być sztuka (zapraszam na wystawy prac pacjentów albo na warsztaty terapii zajęciowej), film, książka, teatr (nasi pacjenci samodzielnie przygotowują teraz „Burzę” Szekspira). Szpital bardzo stara się by być, używając modnego dziś określenia, takim „szpitalem plus”. Leczący się w nim ludzie także nie mieszczą się w klasycznej definicji pacjenta – dodaje Maciej Bóbr.

Bezcenny bywa kontakt z drugim człowiekiem, psychoterapia oraz spotkania w większym gronie, kiedy to cała społeczność, czyli lekarze wraz z grupą pacjentów wspólnie omawiają konkretny problem chorego. Z etapu beznadziei i marazmu wkraczają w sferę odpowiedzialności za drugiego człowieka.

Teren szpitala staje się dzisiaj miejscem pikników, spotkań, spektakli i koncertów. Chorych odwiedza młodzież z pobliskich szkół, a nawet przedszkolaki. Kobierzyn się dzisiaj otwiera i zaprasza wszystkich tych, którzy pragną poznać fascynującą historię tego miejsca, a także próbować zrozumieć świat chorych, zajrzeć w głąb mikrokosmosu, jakim jest ludzka psychika.

12.07.2019
strona 1 z 3

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Pięć minut dla pacjenta
    Lekarze rodzinni mają na zbadanie jednego pacjenta średnio po kilka minut. Taka sytuacja rodzi frustracje po obu stronach – wśród chorych, bo chcieliby więcej uwagi, oraz wśród lekarzy, bo nie mogą jej pacjentom poświęcić.
  • Dlaczego pacjenci muszą czekać w kolejkach?
    Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje rocznie na leczenie pacjentów ponad 60 mld zł. Ale ani te pieniądze, ani rozwiązania wprowadzane przez Ministerstwo Zdrowia – tzw. pakiet onkologiczny i pakiet kolejkowy – nie zmienią sytuacji. Dlaczego?