Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Historia w oparach dymu

Agnieszka Bukowczan-Rzeszut
specjalnie dla mp.pl

Odkąd nasi przodkowie zapanowali nad ogniem (a było to nawet milion lat temu), służył on do wielu celów. Możliwość obróbki cieplnej pokarmów sprzyjała rozwojowi mózgu: wielu badaczy sądzi, że to ogień uczynił nasz gatunek inteligentnym. Z czasem wykombinowaliśmy, że pozwala on też zaznać innej przyjemności.


Najstarszy znany wizerunek Europejczyka palącego tytoń zamieszczony w tekście „Tabacco” autorstwa Anthoniego Chute'a, 1595 r. via Wikimedia Commons

Pierwszy raz z paleniem tytoniu Europejczycy zetknęli się podczas podboju Nowego Świata. W 1492 roku Kolumba poczęstowali tytoniem Arawakowie, a członkowie jego wyprawy Rodrigo de Jerez i Luis de Torres ujrzeli tubylców palących susz zawinięty w liście kukurydzy. Zabrali ze sobą tę nowinkę do Hiszpanii, za co zresztą de Jerez trafił w ręce inkwizytorów.

Jako pierwszy o tej roślinie napisał w swojej „Historia de las Indias” (1561) hiszpański dominikanin Bartholomé de Las Casas. Faktem jest, że rdzenne ludy obu Ameryk były zgodne co do tego, że tytoń jest rośliną o boskich przymiotach, konsumując ją namiętnie poprzez palenie, żucie, wciąganie i picie, a kolonizatorzy i odkrywcy przejmowali wiele z ich przekonań i obyczajów.

Jean Nicot, francuski ambasador w Portugalii, który wprowadził w swej ojczyźnie zwyczaj palenia tytoniu, a od którego nazwiska pochodzi łacińska nazwa rodzajowa Nicotiana oraz nazwa występującego w tytoniu alkaloidu – nikotyny, napisał w 1560 roku traktat wychwalający medyczne zalety tytoniu jako panaceum na wszystkie choroby i bolączki. Pozyskał sadzonki i wysłał je na dwór francuski. Tabakę polecił królowej Katarzynie Medycejskiej na migreny, zresztą z bardzo dobrym rezultatem, przez co tytoń nazywano odtąd we Francji Herba Regina.

W tym samym okresie tytoń dotarł do Polski, ale próżno go szukać w ówczesnych zielnikach. Z kolei sir Walter Raleigh, który spopularyzował palenie w Anglii, usłyszał od Elżbiety I, że w przeciwieństwie do wielu ludzi, którzy swoje majątki puścili z dymem, on jako pierwszy zmienił dym w złoto. Jakub I Stuart napisał zaś traktat o szkodliwości tej używki zatytułowany „Odpór dany tytoniowi”, a pod jego argumentami podpisało się kilku uznanych ówczesnych lekarzy, jak dr Everard Maynwaring. Apelowano, aby Anglicy odeszli od naśladowania barbarzyńskich i bezbożnych zwyczajów Indian w paleniu tytoniu, którego nie sprowadził do Anglii ani król, ani uczony lekarz. Tymczasem Jakub zmienił zdanie, gdy policzył zyski po tym, jak John Rolfe z Wirginii przysłał do Anglii pierwszy transport tytoniu. Na Wyspach zakazano uprawy tytoniu, by utrzymać wirginijski monopol. A w 1665 roku wraz z kolejną falą zarazy tytoń zyskał nową sławę – miał być idealnym środkiem ochrony przed dżumą.

Palacze w karczmie, Mattheus van Helmont (1623– po 1679 ), 1650, via Wikimedia Commons

Fajka w obecności zwłok

W trakcie epidemii szybko rozeszły się po Londynie plotki, że palacze tytoniu nie chorowali. Władze próbowały uspokajać obywateli, że „zaraza nie dotknęła tych, którzy palili tytoń każdego dnia”. Daniel Defoe w Dzienniku roku zarazy opisuje pomocnika zakrystiana, który ładował trupy zmarłych na wozy. Nie tylko sam nie zachorował ani nie zaraził nikogo z bliskich, ale potem dożył swoich lat w dobrym zdrowiu. Jego żona opiekowała się zadżumionymi parafianami, z których wielu zmarło i również nie zachorowała. Jakie mieli sposoby? Oddajmy głos słynnemu pisarzowi: „Człowiek ten nie używał żadnych środków zapobiegawczych poza tym, że nieustannie żuł czosnek i rutę i palił tytoń”.

Na litografiach przedstawiających sceny z życia w czasach wielkiej zarazy można ujrzeć ludzi wydmuchujących kłęby dymu z fajek, wynoszących ciała zmarłych lub odczytujących listy przed bramą domu zarazy. Duński lekarz Isbrandus van Diemerbroeck wychwalał użycie tytoniu jako remedium w latach 30. XVII wieku, a w czasie epidemii z lat 1635-36 gorliwie stosował się do własnych zaleceń, wypalając dwie lub trzy fajki po śniadaniu, kolejne trzy po lunchu, „zawsze w obecności zakażonych zwłok”.


Wielka zaraza w Londynie 1665–1666 odpowiedzialna za śmierć powyżej 100 tysięcy osób, autor nieznany, via Wikimedia Commons

Dr Richard Baker w swojej wydrukowanej w 1665 roku pracy z poradami na czas zarazy zalecał palącym zmieszanie liści tytoniu z siarką w proporcji jeden do czterech i siedmioma lub ośmioma kroplami olejku bursztynowego na jedną fajkę. Należało to wypalać trzy dziennie (rano, po południu i na wieczór). Z kolei sir Kenelm Digby, kanclerz i faworyt Królowej Matki Henrietty Marii Burbon wymyślił ciekawe przepisy na mieszanki zapachowe z tytoniem, które dawały przyjemny aromat w trakcie palenia oraz rozluźnienie w głowie. Nawet w słynnej szkole dla chłopców Eton każdy uczeń był zmuszany do palenia tytoniu po śniadaniu pod karą chłosty. Dorośli mężczyźni palili bez opamiętania, by uchronić się przed zarazą. Grabarze nigdy nie pokazywali się bez fajek. Dwieście lat później, gdy robotnicy kopali tunele pod londyńskie metro, odkryli owe fajki w masowych grobach ofiar zarazy.

Z deszczu pod rynnę

Na namalowanym w 1778 roku dla hiszpańskiej pary królewskiej obrazie Goi „Latawiec” znajduje się urocza scenka rodzajowa z udziałem kilkorga osób z niższych warstw społecznych. W dolnej części kompozycji znajduje się mężczyzna palący tzw. „papelote” – ubogą wersję ręcznie skręcanego papierosa, która owinięta była w papier. Bogacze palili wówczas susz w liściach tytoniu i jeszcze wiele lat musiało upłynąć zanim papieros przestał kojarzyć się z osobami z marginesu. Mimo to zamiłowanie do „dymka” rozprzestrzeniało się błyskawicznie po świecie, przełamując bariery społeczne i pokonując ogromne odległości.

Dzięki szerokim kontaktom handlowym Europejczycy szybko rozpowszechnili w Azji nie tylko gotowy tytoń do palenia, ale także rośliny i nasiona. Na Jawie i Filipinach klimat do uprawy tytoniu był idealny, więc plantacje błyskawicznie się rozrastały. Chińscy kupcy zetknęli się z palącymi marynarzami i kupcami europejskimi, od których przejęli tytoń i rozpowszechnili następnie na kontynencie. W książce „Lushu” autorstwa Yao Lü, spisanej w latach panowania cesarza Wanliego (1615–20) z dynastii Ming, znajdujemy wzmiankę o bogatych plantacjach tytoniu w Fujian nad cieśniną tajwańską. Wraz z rosnącym zamiłowaniem do palenia obserwowano spadek manier i morale. Obywatelom chińskim łatwo przychodziło sięganie po używki ze względu na tradycyjną rolę kadzideł i dymu w praktykach religijnych i kulturowych. Narodził się zwyczaj yancha, picia herbaty w nieodłącznym towarzystwie „dymka”. W Chinach palenie tytoniu stało się tak popularne, że w 1632 cesarz nie tylko uznał za konieczne zakazanie tytoniu, ale dla pewności rozkazał także stracić wszystkich znanych nałogowców.

Tytoń zniknął, ku wielkiemu rozgoryczeniu Anglików. Wraz ze wzrostem ich zapotrzebowania na herbatę rosła bowiem konieczność znalezienia czegoś, co można byłoby zaoferować Chińczykom w zamian. Tytoń wypadł z gry, a jedynej rzeczy, której samowystarczalne, potężne państwo nie miało w nadmiarze, było srebro, z którego wytapiano walutę. Niestety dla Brytyjczyków, rękę na największych złożach trzymali akurat Hiszpanie, posiadający kolonie w Nowym Świecie. Postawiono więc na opium, którego potężne, indyjskie plantacje pozostawały pod kontrolą brytyjską. Wystarczyło jedynie wpędzić Chińczyków w nowy nałóg i zmienić tradycyjny, umiarkowany nawyk wyższych warstw w powszechny, nieznający podziałów społecznych zwyczaj.

Cesarz działał szybko i wydawał kolejne edykty, mające powstrzymać zalew chińskiego rynku przez brytyjskie opium. Na próżno. Szukali w nim ukojenia gnębieni biedacy, a zblazowani bogacze kupowali z nudy i szybko wracali po więcej. Memorandum przedłożone cesarzowi zawierało informację o „prywatnych przybytkach”, w których palono opium, a które stanowiły wypaczenie tradycyjnych herbaciarni, gdzie „synowie dobrych rodów” wodzeni byli na pokuszenie i ulegali zepsuciu. Jedna z relacji na temat ludności Guangdong z roku 1728 traktuje o produkcji madak na własny użytek: „Opium podgrzewa się na małej, miedzianej patelni, aż zmieni się w gęstą pastę, którą następnie miesza się z tytoniem. Po wysuszeniu można tę mieszankę palić przy pomocy bambusowej fajki”.


Rysunek przedstawiający palącego Chińczyka autorstwa sprawozdawcy pierwszej brytyjskiej ambasady w Chinach (1793 r.) Williama Alexandra (1767 – 1816), via Wikimedia Commons

Dla robotników, którzy regularnie odwiedzali owe przybytki, palenie madak było praktyką analogiczną dla wizyty w karczmie czy herbaciarni po zakończeniu dnia pracy. Bambusową fajkę z mosiężnymi ustnikami podawano sobie z rąk do rąk, co różni się nieco od praktyki palenia opium w klasach wyższych, gdzie sesję opiumową łączono z rozmyślaniami, których nie wolno było przerywać, a używkę palono za pomocą bambusowej fajki ze srebrnym ustnikiem w osobistym salonie. Podobnie jak w przypadku herbaty, koneser potrafił zidentyfikować pochodzenie narkotyku. Preferowanym źródłem wysokiej jakości towaru były Aden lub Bengal, gorsze pochodziły z upraw w indyjskim regionie Malwa czy samych Chinach. W 1729 roku w porcie w Kantonie Brytyjczycy sprzedali 200 skrzyń wypełnionych opium, do roku 1767 – tysiąc skrzyń, a w 1790 – cztery tysiące. Panujący wówczas w Chinach Hongli i jego syn Yongyan byli przerażeni – nowa używka była jeszcze gorsza od tytoniu, bo zmieniała uzależnionych w utracjuszy i nierobów. Kolejne edykty cesarskie miały ukrócić złe praktyki, aż w 1799 opium całkowicie zakazano. Oficjalnie Anglicy musieli się z tym pogodzić. Nieoficjalnie – kwitł czarny rynek i kontrabanda.

Historycy szacują, że do połowy XIX w. 1 proc. całej populacji Chin, czyli ok. 4 mln osób, było nałogowymi użytkownikami opium. W regionach blisko portów, gdzie trafiał narkotyk z przemytu, było to nawet 90 proc. mieszkańców. W 1888 roku „The London Times” szacował, że niemal 75% dorosłych mężczyzn w Chinach wpadło w szpony nałogu. Z problemem poradzili sobie dopiero komuniści, zakazując w 1950 roku uprawy, sprzedaży i zażywania narkotyków w każdej postaci. Pola makowe spalono, zaorano i zmieniono w uprawne. Spalono zapasy opium, zniszczono narkotykowe speluny, a dziesiątki tysięcy ludzi trafiło do więzienia. Tych, których nie dało się poddać „reedukacji” zgodnie z nową ideologią – zabito. Do 1960 roku Chiny były ostatecznie wolne od opium, ale nie od tytoniu, którego mimo wielu restrykcji nie udało się wyplenić. Dziś, obok Indii i Indonezji, są jednym z trzech krajów z największą, bo idącą w setki milionów, liczbą palących obywateli.


Okładka „Le Petit Journal”, 1903 via Wikimedia Commons

Chińczycy mocno trzymali się nałogu, ale nie byli w tym odosobnieni. Podczas pobytu w Paryżu Thomas Jefferson zetknął się z ciemną, oleistą miksturą, której jednym z głównych składników było opium. Był pod wielkim wrażeniem jej działania i zabrał ją ze sobą do Stanów, polecając przyjaciołom jako remedium na wszelkiego rodzaju bóle. W XIX stuleciu poczta pantoflowa była już zbędna, a import opium z 16 tys. kg w roku 1840 wzrósł w ciągu dekady do 44 tys., a w 1870 wynosił już 250 tys. kg. Narkotyk docierał także innymi kanałami – wraz z tysiącami chińskich robotników. Opium, podobnie jak tytoń, nie znało podziałów społecznych – zażywali go nędzarze, intelektualiści, robotnicy, cesarze i sułtani. Hindusi lubowali się w opium, choć częściej go spożywali niż palili. Z kolei w imperium otomańskim używki były niezwykle popularne, ponieważ nie spożywano alkoholu. Zażywano opium i daturę (bieluń dziędzierzawą), palono także konopie, które – o czym wielu zapomina – ludzkość zna od tysięcy lat i używa na różnorodne sposoby.

Sadzić, palić...

Historia uprawy konopi sięga w mroki wieków dalej niż jakiekolwiek prawodawstwo, próbujące regulować ich użycie. W epoce neolitu wykorzystywano praktycznie każdą część rośliny i to do różnorodnych celów. Z łodyg pozyskiwano włókno do wyrobu lin i odzieży, nasiona spożywano jako doskonałe źródło kwasów tłuszczowych i białka, a korzenie, liście i kwiaty służyły do celów leczniczych i obrzędowych. Ta roślina pochodząca z Azji Środkowej, rozprzestrzeniała się wraz z wiedzą na temat jej wykorzystywania po całej Eurazji, docierając na północ Europy wraz z wędrówkami Scytów w drugim tysiącleciu przed Chrystusem, o czym w swoich „Dziejach” wspominał Herodot:

„W kraju ich rosną konopie, bardzo podobne do lnu – prócz grubości i wielkości, w czym konopie znacznie nad lnem górują. Rosną one dziko bądź zasiane. (...) Tych więc konopi nasienie biorą Scytowie i wchodzą pod filcowe namioty; potem rzucają ziarna na rozżarzone kamienie; rzucane zaczynają dymić i wytwarzają taką parę, że żadna helleńska łaźnia parowa nie mogłaby jej przewyższyć. A Scytowie ryczą z zadowolenia w tej parze”.

Marihuana wkradała się w łaski każdej kolejnej społeczności czy cywilizacji, współgrając z jej potrzebami i oczekiwaniami. Gdy już gdzieś dotarła, zadomawiała się tam, jednocześnie szukając nowych dróg ekspansji i kontaktu. Źródła akademickie – archeologiczne, historyczne, antropologiczne, geograficzne, botaniczne, lingwistyczne czy religioznawcze – dowodzą, że historyczny proces rozprzestrzeniania się marihuany następował dwiema drogami, oddającymi dwoistą rolę rośliny. Pierwsza trasa – jako rośliny uprawnej dającej cenne włókno – szła na zachód z Azji Środkowej do Europy północnej. Druga, psychoaktywna, prowadziła do Indii, Persji, na Bliski Wschód i do Afryki, gdzie Pigmeje odurzali się oparami konopi wydostającymi się z dziury w ziemi, Zulusi urządzali narkotyczne łaźnie parowe, Bantu zaś stosowali przymus palenia dużej ilości „zioła” jako formę kary – delikwent albo przyznawał się do przestępstwa, albo tracił przytomność. Wśród plemion afrykańskich konopie są także popularnym medykamentem, zażywanym zarówno na szereg chorób, od malarii po tyfus, jak i stosowanym np. na ukąszenia węży (Hotentoci) czy dla złagodzenia bólów porodowych (Sotho).

W innych częściach świata także odkryto możliwości, jakie dawała niepozorna roślina. Najnowsze odkrycia archeologiczne potwierdzają używanie marihuany zarówno w celach narkotycznych, jak i medycznych na długo przed Chrystusem. W roku 2008 międzynarodowy zespół zbadał próbkę znalezioną w miejscu pochówku w odległym regionie na północnym zachodzie Chin. Doskonale zachowane kwiatostany pochowano razem z jasnowłosym mężczyzną o cechach kaukaskich, prawdopodobnie szamanem kultury Gushi, jakieś 27 stuleci temu. Analiza biochemiczna wykazała obecność THC – głównego psychoaktywnego składnika rośliny. Według niektórych badaczy z tego samego okresu pochodzi pierwsza znana wzmianka o medycznym zastosowaniu konopi, obecna w dziele Pen Ts’ao Ching, farmakopei mitycznego cesarza Shennonga, ojca tradycyjnej medycyny chińskiej, który zasłynął także jako popularyzator zwyczaju picia herbaty. Nazywał on marihuanę jednym z „głównych eliksirów nieśmiertelności” i zalecał na szereg dolegliwości, od „niewieścich przypadłości”, przez podagrę, reumatyzm, zaparcia aż po malarię czy beri beri. „Zażywana przez długi czas, pozwala porozumieć się z duchami, a ciało się staje się lekkie” – pisał cesarz. Zaznaczał również, że niemiarkujący jej spożycia „widzą demony”. Chińscy lekarze stosowali mieszankę marihuany i alkoholu jako anestetyk podczas zabiegów chirurgicznych.

Także w Indiach konsumpcja konopi była tradycyjnym elementem praktyk religijnych i medycyny ajurwedyjskiej. Zgodnie ze starożytnymi tekstami wedyjskimi, roślina była „podarunkiem dla świata od boga Shiwy”, wyrastając wszędzie tam, gdzie spadł na ziemię nektar nieśmiertelności. Wierzono, że wydłuża życie i daje dobre zdrowie, toteż stosowano ją jako środek rekreacyjny, religijny i medyczny. Święci mężowie palili haszysz i pili bhang (wyciąg z liści i żeńskich kwiatów) jako środek wspomagający modły i medytacje. Uzdrowiciele zalecali „pokarm bogów” przeciwko niepokojowi, gorączce, zmęczeniu, brakowi apetytu, bezsenności, flegmie i wielu innym dolegliwościom.

W Europie także szybko odkryto możliwości niepozornej rośliny. Galen w II w. pisał o medycznych zastosowaniach marihuany, ale zaznaczał również, że wymieszaną z winem podawano na ucztach w celach wyraźnie rozrywkowych. U Dioskorydesa (VI w.) znajdujemy najstarszą znaną ilustrację rośliny, a w swojej „Materia Medica” autor ten zalecał m.in. okłady z korzenia konopi na stany zapalne.

Racjonować i delegalizować

Krytyka palenia – czy to tytoniu, czy innych używek – jest niemalże tak stara, jak i sam nałóg, ale i penalizacja ma dość długą historię. Już w 1575 roku kościół rzymskokatolicki zakazał palenia w miejscach kultu w koloniach (kościół grekokatolicki zakazał tytoniu w 1634 roku), a w kolejnym stuleciu papieże nie tylko zakazywali używania tytoniu w świętych miejscach, ale nawet, jak to zrobił Urban VIII (1623-44), grozili amatorom tabaki ekskomuniką. W dalekich Chinach w tym samym okresie cesarz dekretem zabronił nie tylko używania, ale i uprawy tytoniu (z czasem pod karą śmierci), a cesarz mongolski zrobił to samo, grożąc palaczom tytoniu dodatkowo karą śmierci. W Japonii czy Bhutan zakaz również obowiązywał. W 1623 roku stan Massachusetts jako pierwszy wprowadził zakaz palenia w miejscach publicznych, dziesięć lat później sułtan osmański Murad IV ścinał po kilkanaście osób dziennie za łamanie zakazu palenia. Równie surowo karał amatorów palenia car rosyjski Michaił Fiodorowicz Romanow w 1634 roku – chłosta na gołe pięty dla przyłapanych na gorącym uczynku po raz pierwszy, ucięcie nosa za drugim razem i kara śmierci za trzecim przewinieniem. Palenia zakazano całkowicie w Szwajcarii (1657) i Francji (1719, poza niektórymi prowincjami).

Nieco inaczej sytuacja się miała w Nowym Świecie, gdzie historia tytoniu niemalże idzie w parze z historią polityczną nowego kraju. U progu XVIII wieku tytoniem nie tylko można było płacić jak walutą, sam prezydent Washington uprawiał tytoń na ogromną skalę. W 1760 roku w Nowym Jorku rozpoczęła działalność firma P. Lorillard Company, która prawdopodobnie jest najstarszym producentem wyrobów tytoniowych na świecie. W 1830 roku pojawiły się w Stanach fabrycznie produkowane papierosy – producent Bull Durham posiadał wówczas 90-procentowe udziały w rynku tytoniowym. W latach 70. XIX w. firma Allen and Ginter jako pierwsza zaczęła sprzedawać papierosy w kartonowych opakowaniach (zwykle kupowało się je luzem, na sztuki) z nazwą marki. Firma ta zaoferowała wysoką nagrodę dla wynalazcy maszyny do skręcania papierosów – zgarnął ją w 1880 roku James Bonsack.


Reklama cygar z Havany, 1868. Fot. loc.gov, via Wikimedia Commons

W tym okresie Amerykanie palili rocznie 500 mln papierosów (42 miliony w 1845 roku). Po kilku latach dopracowana maszyna Bonsacka przy maksymalnej wydajności była w stanie wyprodukować 120 tys. papierosów w trakcie jednej, dziesięciogodzinnej zmiany. W 1890 roku powstała American Tobacco Company i tak położono fundamenty pod nowoczesną, masową produkcję papierosów, wpływając przy okazji na bieg historii nadchodzącego XX wieku, którego zawirowania sprzyjały upowszechnieniu się nałogu.

Wojna i papierosy nieodłącznie szły ze sobą w parze. Zdaniem niektórych historyków to dzięki wojnom krymskim w latach 1853-56 papierosy i zamiłowanie do tureckiego tytoniu zaszczepiono na gruncie europejskim. Weteran tej wojny Robert Gloag w 1856 r. otworzył pierwszą fabrykę papierosów w Londynie. Jednak to nie czasy wiktoriańskie zrodziły wizerunek odważnego wojaka z papierosem w ustach, lecz wielkie konflikty wieku XX. W latach wojen wierzono, że tytoń jest żołnierzom równie niezbędny na froncie, co leki i racje żywnościowe, gdyż palenie dodaje odwagi, łagodzi stres i buduje poczucie braterstwa. Gdy generała Johna Pershinga zapytano, co jest potrzebne, by wygrać wojnę, odpowiedział, że tytoń i amunicja.

Młodzi chłopcy uczyli się palić na wojnie, gdyż papierosy otrzymywali w racjach za darmo, a dla tych, których nie obejmował jeszcze wiek poborowy, papieros był synonimem nie tylko męskości, ale i odwagi, czego doskonałym wyrazem może być opublikowany w styczniu 1915 roku w „New York Globe” artykuł pod nagłówkiem „Papieros odwagi”. Tekst był poświęcony zatonięciu brytyjskiego pancernika „Formidable”, storpedowanego przez Niemców. Kapitan Loxley postanowił zostać na mostku do końca wraz z wiernym psem o imieniu Bruce, paląc spokojnie papierosa. „Mężczyźni ginący za swój kraj i wiarę znajdują w ostatnich chwilach pociechę dzięki papierosowi” – pisał dziennikarz. Artykuł pojawił się także w „New York Times” – dodano w nim, że kapitan dodawał otuchy załodze słowami: „Zachowajcie zimną, brytyjską krew”.

Amerykanie zakochali się w tej historii i papierosach, które z „wybryku młodości” zmieniły się, jak pisał autor pierwszego artykułu – „w symbol niezłomności”. Dla Pawła, narratora powieści antywojennej „Na zachodzie bez zmian” autorstwa weterana I wojny światowej, Ericha Marii Remarque’a, papierosy były istotniejsze niż podwójne racje żywnościowe, a żołnierze wiedzieli, że ilekroć „rozdawano cygara i papierosy, był to znak, że zbliża się pora natarcia”. Podczas drugiej wojny światowej Amerykanie palili Lucky Strike’i (które zmieniły kolor z zielonego na biały – zielonego barwnika zabrakło na skutek produkcji mundurów), Camele i Chesterfieldy, naziści zaś Sturm-Zigaretten („Papierosy szturmowe”), Japończycy chińskie Ko-ah („Złoty pokój”), a Sowieci byle jaką machorkę, która była zresztą niezwykle popularna na terenie dawnego zaboru rosyjskiego jeszcze przed wojną i stanowiła blisko 60 proc. tytoniu sprzedawanego w Polsce pod koniec lat 20. XX w.

Papierosy stały się nieodłącznym elementem etosu wojennego i symbolem męskości – dopóki panie trafiły do fabryk amunicji i innych branż, do których wcześniej nie miały dostępu, a wraz z emancypacją zyskały także możliwość oddawania się „zakazanej” czynności. Palenie było bowiem kojarzone w społecznej świadomości z kobietami upadłymi, które według słów Baudelaire’a: „Pozbawione nadziei przybierają rozpaczliwe, wyrażające znudzenie pozy (...) palą papierosy dla zabicia czasu”. W XX wieku papieros w ręce kobiety stał się symbolem wolności, niezależności, nowych praw i przywilejów, a producenci dosłownie wychodzili z siebie, żeby podtrzymywać to przeświadczenie.


Reklama „Job”, Alfons Maria Mucha, 1896, via Wikimedia Commons

Wobec tak silnych przekonań społecznych argumenty zdrowotne (i zdroworozsądkowe) były bezradne. W Stanach pierwsze nieśmiałe próby krytyki nałogu palenia pojawiły się dopiero z końcem XIX wieku. „Upadek imperium hiszpańskiego rozpoczął się wraz ze spopularyzowaniem papierosów. Jeśli ta szkodliwa praktyka ogarnie dorosłych Amerykanów, grozi nam upadek republiki” – pisano w „New York Times” z 1883 roku. W 1889 roku Lucy Payne Gaston zakłada w Chicago Anti-Cigarette League, która zmieni się w 1911 roku w Anti-Cigarette Society of America, a pod koniec I wojny światowej stanie się organizacją o charakterze międzynarodowym. W latach 60. XX wieku lekarz naczelny Luther Terry w swoim raporcie podkreślał szkodliwość palenia, a kolejną dekadę zajęła walka z reklamami papierosów emitowanymi w telewizji i radiu. 1 stycznia 1971 roku, minutę przed północą, w trakcie popularnych wówczas programów rozrywkowych Johnny Carson Show i Merv Griffin Show, kowboje z reklamy papierosów Marlboro odjeżdżali w stronę zachodzącego słońca po raz ostatni. Według dwóch największych stacji telewizyjnych – CBS i ABC ¬– zakaz spowodował spadek zysków z reklam o połowę, co oznaczało, że stacje straciły ok. 220 mln dolarów dochodu.

Także rozgłośnie radiowe musiały zrezygnować z intratnego źródła dochodu. Brytyjczycy w tym czasie już od prawie 6 lat nie oglądali reklam papierosów w telewizji. Nad Wisłą tymczasem palenie upowszechniło się dopiero po wojnie, ale szybko zapanowało u nas eldorado dla palaczy – według statystyk w przeliczeniu na jednego obywatela w latach 80. wypalaliśmy najwięcej papierosów na świecie, a niemal 3 wszystkich Polaków i połowa Polek było uzależnionych od nikotyny. Doskonale ówczesny klimat oddaje pamiętna scena z Misia Stanisława Barei, w której palacz w kotłowni zapewnia swoją rozmówczynię: „Pani kierowniczko, czy ja palę? Ja palę przez cały czas, na okrągło!” Dopiero ustawa z 1995 r. o ochronie zdrowia przed skutkami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych, uznana zresztą przez Światową Organizacja Zdrowia (WHO) za najbardziej wszechstronną i nowoczesną, realnie wpłynęła na niepokojące statystyki, obniżając liczbę palaczy o prawie połowę.

Jedenasty palec rozkoszy

Angielski krytyk i poeta, William Henley (1849-1903), przyjaciel Roberta Louisa Stevensona, który wzorował się na nim pisząc postać Johna Silvera z „Wyspy skarbów”, zasłynął jako autor słów: „Nieważne ciasne kajdany, dni wyrokami natkane, los jest przeze mnie pisany, duszy mej jestem kapitanem”. Był może i panem własnego losu, ale nie nałogu. Palił namiętnie i wielokrotnie odwoływał się w swoich poezjach do palenia, pisząc, że koi ono duszę, ożywia rozmowę i uspokaja nerwy po całym dniu, jak w wierszu „In Rotten Row”: „W Rotten Row będąc, z papierosem /usiadłem, myśląc nad swym losem/ I bez wyrzutów, w dymu kłębach,/ Miast się zanurzyć w trosk odmętach/ Zieleń wdychałem naokoło,/ A cień wilgocią chłodził czoło” (tłum. własne).

W opublikowanym po raz pierwszy w 1890 roku „Portrecie Doriana Graya” Irlandczyk Oscar Wilde wkłada w usta swojego bohatera słynny cytat: „Papieros jest doskonałym przykładem doskonałej rozkoszy. Sprawia przyjemność, a nie zaspokaja”. W innym miejscu Dorian mówi o papierosie, że jest „jedenastym palcem rozkoszy”. Brzmi jak doskonała reklama, prawda? A przecież boom na kampanie potentatów tytoniowych wybuchł dopiero kilka dekad później.

Historia branży tytoniowej i reklamowej są ze sobą tak mocno związane, jak prawdopodobnie żadne inne i chyba w najbardziej spektakularny sposób dowodzą, jak skutecznie reklama może wpłynąć na konsumenta. Agencje reklamowe z całego świata od ponad stu lat wzbogacały się na współpracy z producentami wyrobów tytoniowych, a ci ostatni zarabiali miliony na reklamach swoich produktów. Producenci od dekad prześcigali się w pomysłach, jak zachęcić do palenia, a argument prozdrowotny był jednym z najczęściej używanych. W słynnym „The Merck Manual of Diagnosis and Therapy”, zwanym krótko „The Merck Manual” – najlepiej sprzedającym się na świecie podręczniku medycznym opublikowanym w 1899 roku, palenie opisano jako metodę leczenia astmyzapalenia oskrzeli.


Reklama Grimault's Indian Cigarettes, opublikowana w Ceylon Standard, 1907, via Wikimedia Commons

W latach 40. i 50. producenci nadal chcieli, aby konsumenci wierzyli, że palenie im służy. 12 lutego 1946 roku w „Newsweeku” pojawił się artykuł zatytułowany „Pal, pij i wracaj do zdrowia”, w którym profesor kardiologii z uniwersytetu w Pennsylvanii, William Stroud, wypowiadał się jako ekspert: „Sączenie drinka w trakcie palenia zaleca się palaczom cierpiącym na choroby serca”. W tym okresie L&M-y reklamowano sloganem „Zgodnie z zaleceniem lekarza” („Just what the doctor ordered”), Camele – „Dla dobrego trawienia” („For digestion’s sake, smoke Camel”), Chesterfieldy ¬– „Nie powodują chorób” („Cause no ills”), a papierosy marki Philip Morris wprost „Lekarze zalecają Philip Morris” („Doctors Recommend Philip Morris”). Szokujące? W czasach, gdy artyści pióra czy pędzla, największe gwiazdy Hollywood nie pokazywały się bez papierosa, a „fajki” reklamował nawet św. Mikołaj, społeczeństwo zachodnie upatrywało w „dymku” elementu stylu życia, ikony kulturowej i symbolu konsumpcjonizmu.

Opamiętanie przyszło z czasem, gdy coraz głośniej zaczęto mówić o negatywnym wpływie „dymka” na zdrowie. W latach 30. XX wieku dyskusję rozpoczęli Niemcy (zresztą Hitler jako jedyny w swoich czasach wprowadził radykalny, ogólnopaństwowy zakaz palenia w zakładach opieki zdrowotnej, domach wypoczynkowych, środkach komunikacji publicznej i we wszystkich siedzibach NSDAP oraz na ulicach), za nimi poszli w latach 40. Amerykanie, choć jeszcze niepewnie. W odpowiedzi na pierwsze niekorzystne wyniki badań, w latach 50. wielcy amerykańscy producenci papierosów powołali własny instytut badawczy TIRC (Tobacco Industry Research Council), który oficjalnie miał badać skutki palenia dla zdrowia, nieoficjalnie zaś chronił zyski branży za cenę zdrowia klientów. Czara przelała się, gdy trzech modeli z reklam Marlboro: Wayne’a McLarena, Davida McLeana i Dicka Hammera zabiły nowotwory, a czwarty – Eric Lawson, palący od 14. roku życia – przegrał walkę z chorobą obturacyjną wywołaną rozedmą płucną. Posypały się pozwy sądowe, w których ofiary nałogu lub ich bliscy próbowali wygrać nierówną walkę z wielkimi koncernami tytoniowymi.

Z biegiem lat przekonanie, że palenie faktycznie szkodzi, upowszechniło się w świadomości Zachodu, a restrykcje wobec amatorów dymka wydawały się naturalną koleją rzeczy w walce o zdrowie społeczne. Mimo to ludzie palą nadal. Obecnie na świecie jest miliard palaczy – co czwarty mężczyzna i co dwudziesta kobieta są uzależnieni od nikotyny, a liczby te stale rosną. Tytoń jest legalny, dostępny i popularny mimo swojej szkodliwości, nikt już nie wierzy w to, że może mieć jakikolwiek pozytywny wpływ na zdrowie.

Dla porównania, według badań ankietowych przeprowadzonych przez ONZ w 2009 roku zakazanej i cieszącej się na w wielu krajach złą opinią marihuany próbowało raz lub więcej ledwie 166 mln ludzi na całym świecie (jedna na 25 osób w przedziale wiekowym 15-65). Wnioski można wyciągnąć samemu.

Agnieszka Bukowczan-Rzeszut – antropolog kultury, dziennikarka, tłumaczka i autorka związana z krakowskimi wydawnictwami Astra, Znak i Otwarte, autorka książki „Jak przetrwać w średniowiecznym Krakowie” (Astra 2018), a wspólnie z Barbarą Faron książki „Siedem śmierci. Jak umierano w dawnych wiekach” (Astra 2017).

1. Apperson, G.L., The Social History of Smoking, London 2006
2. Bukowczan-Rzeszut, A., Bezbożny zwyczaj, który chronił przed zarazą, „Tudorowie” nr 4/2016, ss. 40-45
3. Burns, E., The Smoke of the Gods. A Social History of Tobacco, Philadelphia 2007
4. Cartwright, F.F., Biddiss, M., Zarazy i historia, tłum. M. Wyrwas-Wisniewska, Warszawa 2005
5. Defore, D., Dziennik roku zarazy, tłum. J. Dmochowska, Warszawa 1959
6. Dormandy, T., Krótka historia opium, tłum. P. Zarawska, Warszawa 2017
7. Dym. Powszechna historia palenia, red. Sander L. Gilman, Zhou Xun, Kraków 2009
8. Gately, I., Kulturowa historia tytoniu, Poznań 2012
9. Goldberg, J., Flowers in the Blood. The Story of Opium, New York 2014
10. Inglis, L., Milk of Paradise. A History of Opium, London 2018
11. Klein, R., Papierosy są boskie, Warszawa 1998
12. Lee, M.A., Smoke Signals. A Social History of Marijuana - Medica, Recreational, and Scientific, New York 2012
13. Naphy, W., Spicer, A., Czarna śmierć, tłum. A. Dębska, Warszawa 2004
14. Parker-Pope, T., Cigarettes: Anatomy of an Industry, New York 2001
15. Perspectives on the Archaeology of Pipes, Tobacco and other Smoke Plants in the Ancient Americas, eds. E.A. Bollwerk, S. Tushingham, London 2016
16. Toeplitz, K.T., Tytoniowy szlak, czyli szkic z historii obyczaju, gdy palono tytoń, Warszawa 2009
17. Yangwen, Z., The Social Life of Opium in China, New York 2005

03.09.2019
Zobacz także

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Akcja „Polska to chory kraj”
    Jeśli każdego roku nowotwory są przyczyną śmierci ok. 100 tys. Polaków, a dostęp do leczenia raka jest na jednym z najniższych poziomów w Unii Europejskiej, jeśli średni czas oczekiwania na wizytę u endokrynologa wynosi 24 miesiące, a u kardiologa dziecięcego 12 miesięcy, jeśli na 1000 mieszkańców Polski przypada 2,4 lekarza, jeśli polskie szpitale są zadłużone na 14 mld złotych, to diagnoza musi brzmieć – Polska to chory kraj. Ale lekarze opracowali terapię. I apelują, aby rozpocząć ją jak najszybciej.
  • Pięć minut dla pacjenta
    Lekarze rodzinni mają na zbadanie jednego pacjenta średnio po kilka minut. Taka sytuacja rodzi frustracje po obu stronach – wśród chorych, bo chcieliby więcej uwagi, oraz wśród lekarzy, bo nie mogą jej pacjentom poświęcić.