×
COVID-19: wiarygodne źródło wiedzy

Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Udar na czas

Ewa Stanek-Misiąg

Kiedy rozmawiam z pacjentami o tym, dlaczego tak długo zwlekali ze zgłoszeniem się do lekarza, czy wezwaniem pogotowia, często słyszę: „Bo nic mnie nie bolało”. „A gdyby Pana w klatce piersiowej bolało?” – pytam. „A, to bym od razu dzwonił na pogotowie”. Wszyscy tak mówią – opowiada neurolog, prof. Jarosław Sławek.


Prof. Jarosław Sławek. Fot. PTNeuro

Ewa Stanek-Misiąg: Statystycznie co 6,5 minuty ktoś w Polsce doznaje udaru mózgu. W większości jest to udar niedokrwienny…

prof. Jarosław Sławek: 85–90% udarów to udary niedokrwienne, 10–15% stanowią udary krwotoczne. Jest jeszcze nieduża grupa pacjentów, którym pękają tętniaki, czego wynikiem jest krwotok podpajęczynówkowy.

Objawy udaru niedokrwiennego i krwotocznego są takie same?

Podstawową trudnością w rozpoznaniu udaru jest szerokie spektrum objawów. Najbardziej typowym jest niedowład połowy ciała, ale występują także zaburzenia widzenia. Są to na przykład zaburzenia w polu widzenia, zaburzenia ruchu gałek ocznych, zaniewidzenia jednooczne, z którymi chorzy – nawet chorzy lekarze – często kierują się w pierwszej kolejności do okulisty, przez co tracą czas. Do objawów udaru należą też zaburzenia mowy – afatyczne, kiedy chory ma problem z rozumieniem mowy, czy dyzartryczne, kiedy mowa staje się bełkotliwa, ponadto zawroty głowy, zaburzenia połowicze czucia. Pacjent, któremu drętwieje ręka, czy nawet odczuwa niedowład ręki, na ogół myśli: „To na pewno dlatego, że źle spałem. Przeczekam”. Objawy udarów niedokrwiennych i krwotocznych są podobne, w krwotocznych niekiedy przebieg jest bardziej burzliwy, z silnym bólem głowy i zaburzeniami świadomości. W krwotoku podpajęczynówkowym zazwyczaj jest to tylko bardzo silny, piorunujący ból głowy. To często sprawia trudności w ich rozpoznawaniu.

W jakim czasie przed udarem mogą występować zaburzenia widzenia?

Objawy, które wymieniłem, a wśród nich zaniewidzenie jednooczne, mogą świadczyć o przejściowym ataku niedokrwiennym (transient ischemic attack – TIA), który zapowiada udar. Według definicji ich czas trwania jest nie dłuższy niż 24 godziny, ale tak naprawdę czasami jest to zaledwie kilka–kilkanaście minut czy 2–3 godziny, po czym samoistnie ustępują. To usypia czujność chorego. Pacjenci opowiadają potem: „No, coś tam miałem, ale samo przeszło, więc uznałem, że nie było ważne”. Gorzej, jeśli tak samo myśli lekarz, tylko słysząc o objawach, ale już ich nie widząc. Wystąpienie objawów TIA oznacza, że chory jest narażony w ciągu najbliższych 2–3 tygodni na pełnoobjawowy udar. Gdyby chorzy zgłaszali się z takimi objawami, można by było ich szybko zdiagnozować, co uchroniłoby ich przed udarem. Ostatnio mieliśmy dwóch chorych z zaniewidzeniem jednoocznym, obaj mieli krytycznie zwężoną tętnicę szyjną. Pojechali na chirurgię naczyniową, gdzie im te tętnice udrożniono, udar się nie rozwinął.
W przypadku migotania przedsionków, jeśli uchwyci się to w EKG czy badaniu metodą Holtera, jest szansa na szybkie włączenie leków antykoagulacyjnych i zmniejszenie ryzyka zatorowości i udaru o 50%. Chorego z TIA należy zatem przyjąć na szybką diagnostykę, mimo że w chwili, kiedy go widzimy, już tych objawów nie ma. Nie wolno tego lekceważyć.

Więc udar boli czy nie boli?

Ból głowy może towarzyszyć, jak mówiłem, udarowi krwotocznemu. W krwotoku podpajęczynówkowym występuje bardzo silny ból od samego początku, kiedy pęka tętniak. Ale w większości udarów, z jakimi mamy do czynienia, czyli w udarach niedokrwiennych, bólu nie ma. Natura nie wytworzyła takiego elementu ostrzegawczego.
Ból jest zwykle najbardziej przemawiającym do wyobraźni sygnałem. Kiedy rozmawiam z pacjentami o tym, dlaczego tak długo zwlekali ze zgłoszeniem się do lekarza czy wezwaniem pogotowia, często słyszę: „Bo nic mnie nie bolało”. „A gdyby Pana w klatce piersiowej bolało?” – pytam. „A, to bym od razu dzwonił na pogotowie”. Wszyscy tak mówią.
Brak bólu w udarze niedokrwiennym ma istotne znaczenie w lekceważeniu objawów przez chorych.

Czynnikami ryzyka udaru są nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, miażdżyca, czyli choroby związane z wiekiem…

Ale i ze stylem życia. Mamy też pacjentów poniżej 40. roku życia. 40-latek, który pali paczkę czy dwie paczki papierosów dziennie i jest palaczem od 20 lat, ma tak zniszczone naczynia, że doznaje udaru jakby był seniorem. Do tego powszechna jest zła dieta, brak ruchu i to, co najłatwiej zobaczyć na polskich plażach – otyłość, niestety także wśród dzieci, z których czyni ona kandydatów do udaru w przyszłości.

Czy jest różnica w przebiegu udaru u młodszych i starszych osób?

Różnica polega na tym, że u osób młodych szukamy innych, dodatkowych czynników ryzyka lub przyczyn. To mogą być wrodzone zaburzenia krzepliwości krwi, rozwarstwienia naczyń krwionośnych, które mogą powstać po urazach, np. szyi, czy głowy, po bardzo intensywnym wysiłku fizycznym. Dochodzi wtedy do pęknięcia ściany naczynia i tworzy się krwiak, który zwęża przepływ krwi, zamyka naczynie. U kobiet, które przyjmują środki antykoncepcyjne, szukamy zakrzepicy żylnej. To się często zdarza w okresie połogu. Wielu z nas ma przetrwały otwór owalny w sercu (patent foramen ovale – PFO). W szczególnych warunkach, u osób z zaburzeniami krzepnięcia, ten przeciek może powodować objawy neurologiczne.
Ale dość często niestety widzi się u tych młodszych pacjentów ciężkie nadciśnienie tętnicze. Nieleczone, zlekceważone. Do tego jeszcze dochodzą dopalacze, narkotyki, a przede wszystkim alkohol i papierosy. Wszystkie te czynniki ryzyka się sumują, co oznacza, że o ile każdy z nich ma ryzyko niewielkie lub umiarkowane, to już ich suma, np. otyłość + cukrzyca + palenie, znacznie to ryzyko zwiększa. Najważniejszy czynnik ryzyka dla wszystkich typów udaru to jednak nadciśnienie tętnicze.

Udar jest często wynikiem zaburzeń pracy serca.

Mniej więcej 20% udarów ma związek z zaburzeniami rytmu serca, głównie z migotaniem przedsionków.

I można tego nie czuć?

Tak, migotanie może być podkliniczne (utajone). Jednak zarówno napadowe, jak i utrwalone migotanie obarczone jest takim samym ryzykiem rozwinięcia się udaru i należy je leczyć.
Nadciśnienia też zwykle nie czujemy. Tylko u 20% chorych nadciśnienie tętnicze powoduje pobolewania głowy, ale nawet bardzo wysokie ciśnienie, np. 180/100 mm Hg, może nie dawać żadnych objawów. Pamiętam ze studiów pytanie naszego profesora patofizjologii, Juliana Stolarczyka: „Co może być pierwszym objawem nadciśnienia?” Prawidłowa odpowiedź brzmiała: „śmierć”. W domyśle: np. z powodu krwotoku mózgowego. Nadciśnienie tętnicze to cichy zabójca. Lekceważony, bo nie boli, a pacjenci czują się dobrze. Co więcej, ktoś, kto ma nadciśnienie tętnicze od kilku lat, kiedy się je wykryje i obniży lekami, skarży się zwykle, że leki mu szkodzą, bo się źle po nich czuje. A czuje się inaczej, ponieważ jego organizm zaadaptował się do wyższego ciśnienia.

Czyli profilaktycznie powinniśmy sobie mierzyć ciśnienie. A na wykrycie migotania nie ma równie prostego sposobu?

Tak, mierzenie ciśnienia, szczególnie po 40., 50. roku życia winno być jednym z elementów profilaktyki tych powikłań. No i oczywiście właściwe jego leczenie.
Co do migotania przedsionków, to prawda jest taka, że pierwsze napady migotania, czyli szybkie, nierówne bicie serca chory zwykle czuje, niekiedy jednak bagatelizuje, a potem się przyzwyczaja i przestaje zauważać. Jeśli ktoś ma takie objawy, należy wykonać mu całodobowe badanie EKG. Jeszcze więcej chorych wychwycilibyśmy, rozszerzając czas badania do 2–3 dób. Nowością są tu wszczepialne urządzenia monitorujące. Umieszcza się je pod skórą na kilka miesięcy czy nawet rok. Takie urządzenie zbiera informacje o rytmie serca i przekazuje do aparatu zewnętrznego, który to analizuje. Ten sposób monitorowania u chorych z podejrzeniem migotania, po przebytym udarze czy TIA o nieustalonej przyczynie może pomóc w wyodrębnieniu grupy z napadami migotania, których nie wykryto badaniem 24-godzinnym. Jednak z uwagi na dość wysoką cenę i brak refundacji, nie jest to badanie wykonywane powszechnie.

Jeśli ktoś z naszych bliskich miał udar, to jesteśmy potencjalnymi udarowcami?

Tak, szczególnie wtedy, gdy ten udar wystąpił u osób młodszych, powiedzmy, że ojciec czy matka przebyli go przed 50. rokiem życia. Ale nie tylko udar nas interesuje, kiedy badamy uwarunkowania rodzinne. Udar należy do spektrum chorób naczyń. Więc jeśli były zawały serca w rodzinie we wczesnym wieku, to taki chory jest narażony i na zawał i na udar. W zasadzie to samo dotyczy miażdżycy kończyn dolnych, która jest bardzo silnie związana z paleniem papierosów, ale czynnik rodzinny również może mieć znaczenie. Co jeszcze? Cukrzyca, hiperlipidemia, czyli zwiekszone stężenie cholesterolu, nadciśnienie tętnicze. Te czynniki się ze sobą łączą i zwiększają ryzyko udaru.

Kiedy dzieje się udar, ile mamy czasu, żeby wyjść z niego obronną ręką?

Mamy dwa okna czasowe. Dla trombolizy, czyli rozpuszczenia skrzepliny farmakologicznie to 4,5 godziny, dla mechanicznego wyciągnięcia cewnikiem skrzepliny z naczynia, czyli trombektomii 6 godzin. Wydaje się, że to niemało. W moim szpitalu, jeżeli wszystko toczy się bez przeszkód, według przyjętego w szpitalu standardu, pacjent jest przygotowany do trombolizy w ciągu 30–40 minut. Tyle, że on mógł trafić do nas po 4 godzinach od udaru, a to znaczy, że jego szanse są kilkanaście razy mniejsze, niż gdyby trafił po godzinie. Zatem bardzo ważne jest jak szybko zadziała pacjent, jego rodzina, bo im szybciej od momentu pierwszych objawów wdrożone zostanie leczenie, tym większe są szanse na zmniejszenie rozmiarów ogniska niedokrwienia lub niedopuszczenie do jego rozwinięcia. Dużo zależy od organizacji szpitalnej, ale też bardzo wiele od pacjenta.
W Polsce brakuje porządnych kampanii edukacyjnych finansowanych przez rząd. Nie wystarczy reklama raz na rok czy publikacja od czasu do czasu jakichś materiałów. Edukować trzeba nieustannie, systematycznie, od przedszkola. Słyszała Pani o tym, jak po pogadance w szkole podstawowej dzieci rozpoznały u pani nauczycielki udar i wezwały pomoc? Edukacja się opłaca. Profilaktyka jest tańsza niż leczenie. Zabieg trombektomii kosztuje ponad 20 tys. zł, nie mówiąc już o diagnostyce, a potem rehabilitacji. Ale to jest mozolna praca u podstaw, bez fajerwerków, bo efekt naszych działań zobaczymy dopiero za kilka lat.

Z czego wynikają limity czasowe w leczeniu udaru?

Mózg nie ma żadnych rezerw, jeśli chodzi o niedokrwienie. Bardzo szybko wyczerpuje się zapas glukozy i tlenu, dochodzi do martwicy. Po przekroczeniu określonego czasu nie przywrócimy funkcji w niedokrwionym obszarze. Badania wykazały, że efekty interwencji są z każdą godziną zwłoki coraz mniejsze. Tak powstało hasło „time is brain”, po polsku powiemy „czas to mózg”. Tu liczy się naprawdę każda minuta, aby ograniczyć skutki udaru.
Być może nowe techniki obrazowe pozwolą nam poprawić wyniki leczenia, określając kiedy zdarzył się udar. Część chorych – 1/5 przypadków – budzi się rano z udarem. Nazywamy to udarem po obudzeniu, po angielsku wake-up stroke. Nie wiemy, kiedy zachorowali. Nie bardzo możemy tych chorych leczyć.

Nie można próbować ani trombolizy, ani trombektomii?

Nie. Można by było tym wręcz zaszkodzić. Uszkodzone naczynie, uszkodzona bariera krew–mózg może spowodować, że rozpuszczając skrzeplinę, spowodujemy krwotok w mózgu.
Te metody mają swoje ograniczenia. Ktoś z ciśnieniem 220/100 mm Hg nie dostanie trombolizy, dopóki nie opanujemy ciśnienia. Podobnie z wysokim stężeniem glukozy. Musimy je obniżyć. Nie wdrożymy tych metod u kogoś, kto doznał ciężkiego urazu głowy dzień–dwa wcześniej i prawdopodobnie ma ognisko stłuczenia mózgu albo przeszedł ciężką operację i istnieje ryzyko krwawienia do narządów wewnętrznych. Jest cały szereg obostrzeń związanych z lekami zmniejszającymi krzepliwość krwi. Dla takich pacjentów metodą z wyboru jest trombotomia. Ale dzięki rozwojowi nowoczesnych technik obrazowania można już określać jak długo trwa niedokrwienie w mózgu, mimo że nie znamy godziny zachorowania. To najpewniej pozwoli takich chorych z udarem po nocy rutynowo leczyć trombolizą czy trombektomią.

Kiedy słyszymy, że ktoś miał lekki udar, to co to właściwie oznacza?

O lekkim udarze mówimy, kiedy jego konsekwencje nie są poważne, nie ograniczają zdolności do samodzielnego życia, np. ktoś ma kłopot „tylko” z mówieniem. Udar ciężki to taki, który powoduje porażenie połowicze albo nasilony niedowład jednej strony ciała, chory nie mówi, nie widzi, ma zaburzenia równowagi, nie jest w stanie „utrzymać się na nogach” albo po prostu umiera.
Pojęcia „lekki” i „ciężki” są jednak względne. Nikt po „lekkim” udarze nie chciałby nie móc mówić, czytać czy pisać, ale wydaje się, że dla większości osób zacinanie się przy mówieniu, czy gorsza sprawność ręki nie będzie jakimś strasznym defektem, jednak dla aktora, muzyka, stomatologa etc. to może oznaczać koniec życia zawodowego.

Co to znaczy, że rehabilitację trzeba rozpocząć od razu?

Rehabilitację z zasady należy wdrożyć natychmiast, czyli od drugiej doby po udarze. Na oddziałach udarowych są fizjoterapeuci, którzy bardzo szybko uruchamiają chorych. Ma to też działanie profilaktyczne przeciw zakrzepicy żylnej i zatorowości płucnej, zapaleniom płuc, bo pozwala pacjentom lepiej oddychać. Ale po kilku dniach pobytu na ostrym oddziale udarowym i wczesnej rehabilitacji, pacjent powinien BEZ ŻADNEJ ZWŁOKI przejść na oddział rehabilitacji neurologicznej i spędzić tam kilka tygodni. NFZ refunduje maksymalnie 42 dni.
Nie wszystkim chorym, którzy tego wymagają, udaje się to osiągnąć. A każde opóźnienie powoduje, że tracimy szansę na dobrą i skuteczną rehabilitację. Pacjent i mózg pacjenta zaczynają bowiem sobie kompensować deficyty, wypracowując różne zastępcze formy sprawności, co uniemożliwia odzyskanie uszkodzonych funkcji ręki, chodu, czy mówienia.
Chorzy wydolni fizycznie powinni intensywnie ćwiczyć. Godzina rehabilitacji dziennie to jest kompletne nieporozumienie. Pacjent powinien mieć cały dzień wypełniony pracą, z fizjoterapeutą, logopedą, psychologiem. Dostępność, szybkość i efektywność są tu kluczowe. Zdobycze techniki pozwalają nam na ćwiczenia w wirtualnej rzeczywistości. Chory np. idzie na bieżni, a przed sobą ma ekran, na którym wyświetlana jest trasa z przeszkodami. Jego mózg uczy się je omijać. Możliwości jest dziś mnóstwo, ale niestety w naszej niedofinansowanej opiece zdrowotnej jest niewiele ośrodków, które dysponują nowoczesnym sprzętem. Skutki udaru np. w postaci spastyczności też możemy dzisiaj skutecznie leczyć, stosując toksynę botulinową. To drogie leczenie jest objęte bezpłatnym programem lekowym NFZ.
Ważne jest ustawiczne szkolenie personelu, bo neurorehabilitacja to dynamicznie rozwijająca się dziedzina. Ważne jest też odpowiednie finansowanie personelu oddziałów rehabilitacyjnych, zaniedbane w naszym systemie od lat.

Ile osób nie przeżywa udaru, umiera od razu?

Śmiertelność w okresie ostrym nie jest duża, nie przekracza 10%, ale potem wraz z upływem czasu rośnie. U części chorych występują powikłania, które skutkują zgonem po kilku tygodniach czy miesiącach od wystąpienia udaru. Do lat 80. z powodu udaru ginęło w Polsce 30–40% chorych, obecnie szacuje się, że w przedziale między miesiącem a 3 miesiącami od udaru niedokrwiennego umiera poniżej 20% osób. Wyższa dwukrotnie jest w udarach krwotocznych.

Większość udarowców musi ćwiczyć do końca życia?

Ale nie wszyscy. Bywa, że chorzy wychodzą z udaru bez większego szwanku, wracają do sprawności. Pracują, jak przed udarem. Mieliśmy takiego pacjenta, około 50 lat, stomatolog, ciężki niedowład połowiczy. Po roku wrócił do zawodu. Naprawdę wszystko jest możliwe, pod warunkiem, że w odpowiednim czasie wdroży się odpowiednie leczenie (w jego przypadku to było leczenie trombolityczne) i szybko rozpocznie rehabilitację. Trzeba mieć dobrą motywację (ten pacjent miał), trafić na odpowiedni personel, wyszkolonych, oddanych sprawie fizjoterapeutów. Nie wszyscy zostają z kalectwem poudarowym.

A jeśli zostają, to co im najczęściej dolega?

To są głównie niedowłady ze spastycznością, czyli wzmożonym napięciem mięśniowym, zaburzenia mowy. Częstym zjawiskiem jest padaczka poudarowa, ma ją 10–15% chorych. Zdarza się depresja poudarowa, która szczególnie w okresie wczesnym dotyka nawet 30% chorych. Oni nie mają motywacji do ćwiczeń, do współpracy. Trzeba o tym pamiętać, rozpoznawać ją i leczyć. Mamy też leki na padaczkę. O leczeniu spastyczności już wspominałem.

I teraz na to wszystko nałóżmy pandemię, która sprawiła, że można trafić do szpitala z powodu udaru, a wyjść z koronawirusem.

Taki sposób myślenia spowodował, że chorzy bardzo bali się szpitala. A przecież wiemy, że skutki nierozpoznania i nieleczenia udaru są dużo gorsze niż potencjalne ryzyko zakażenia koronawirusem.
W USA opublikowano raport z kilkuset szpitali, który pokazywał, że w marcu i kwietniu liczba badań radiologicznych wykonywanych w związku z udarem spadła o 39%. My też widzieliśmy duży spadek liczby pacjentów przyjmowanych na oddziały udarowe i w ogóle na neurologię, którzy albo się nie zgłaszali, albo byli niejako przytrzymywani przez system.

System?

Zdarzało się, że chorzy kilka dni czekali na wynik wymazu. Jeśli mieli podejrzenie zakażenia SARS-CoV-2, to według ustawy „covidowej” nie mogli zostać przyjęci do „covidowego” szpitala, dopóki nie potwierdzono u nich zakażenia. Czy chory z udarem mózgu powinien czekać na wynik testu w tzw. strefie buforowej przez kilka dni? Tak było w marcu. Powinniśmy wyciągnąć z tego lekcję, bo liczba zgonów z powodu COVID-19 to w Polsce obecnie niecałe 2 tys. (o 2 tys. za dużo, rzecz jasna), ale ilu chorych onkologicznych, czy z zawałem serca, czy z udarem mózgu straciło swoją szansę? Podejrzewamy, że jest to bardzo duża grupa.
Nie chcę bagatelizować pandemii. Widzieliśmy, co działo się we Włoszech, Hiszpanii, co nadal dzieje się w USA. Codziennie stawiamy pandemii czoło. Wiele osób z personelu medycznego na pierwszej linii ryzykuje zakażenie, utratę zdrowia czy życia. Społeczeństwo, choć znużone restrykcjami powinno przestrzegać zasad bezpiecznego komunikowania się i poruszania. Prognozy co do końca pandemii nie są optymistyczne. Trzeba koniecznie wypracować rozwiązania, które zapobiegną zarówno wzrostowi liczby zakażeń, jak też ograniczeniu dostępności do systemu chorym z innymi chorobami.
Przed nami wzrost, czy też tzw. druga fala zachorowań. Powinniśmy się na nią przygotować pod względem organizacyjnym. Nie można czekać dobę na wynik testu. Chory z zawałem serca, udarem mózgu, kobieta, która rodzi dziecko, a są oni z grupy ryzyka zakażenia (kontakt, kwarantanna, infekcja), powinni trafiać do szpitali „covidowych” od razu, a nie dopiero po potwierdzeniu testem. NIE MA TU CZASU do stracenia. W większości tych placówek są oddziały kardiologiczne, udarowe, położnicze. I nie jest to wielka grupa chorych przecież.
Potrzebujemy dialogu Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia z grupami ekspertów. Ci, których widzimy w telewizji w większości nie należą do ciał doradczych tych instytucji. Nikt nie pyta o zdanie środowisk naukowych, towarzystw naukowych, a to my najlepiej wiemy, jakie konkretne problemy rodzi w naszej specjalności obecna sytuacja. Nie można spychać całej odpowiedzialności na poszczególnych dyrektorów jednostek czy lekarzy. Przekazy muszą być logiczne i spójne. Organizujemy wesela, a jednocześnie lekarze rodzinni udzielają teleporad, nie badając chorych. Czy to jest logiczne? Czy to nie odbiera szans chorym na szybką ścieżkę diagnostyczną, nie powoduje zatorów na oddziałach ratunkowych, opóźnień w stawianiu rozpoznań?

Rozmawiała Ewa Stanek-Misiąg

Prof. dr hab. n. med. Jarosław Sławek jest ordynatorem Oddziału Neurologii i Oddziału Udarowego Szpitala im. Św. Wojciecha w Gdańsku, kierownikiem Zakładu Pielęgniarstwa Neurologiczno-Psychiatrycznego Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego i prezesem Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

27.08.2020
Zobacz także

Zachorowania w Polsce - aktualne dane

Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Poradnik świadomego pacjenta

  • Jak pojechać do sanatorium?
    Czy można wybrać sobie miejsce, do którego chce się jechać i termin wyjazdu? Czy można wybrać sobie miejsce, do którego chce się jechać i termin wyjazdu? Czy można skorzystać z sanatorium bez zakwaterowania?
  • Jak długo ważna jest recepta w 2020?
    Pacjent, który otrzymał receptę od lekarza, musi pamiętać, że nie jest ważna bezterminowo. Każda recepta ma ściśle określony czas, w którym można ją zrealizować. Dotyczy to zarówno recepty w formie „papierowej”, jak i tzw. e-recepty.