×
COVID-19: wiarygodne źródło wiedzy

Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Twarz personelu medycznego. Opowieść ozdrowieńca

Ewa Stanek-Misiąg

Jestem przekonany, że żyję dzięki mojej lekarce rodzinnej, która się uparła, że mi pomoże. Przecież mogła wypisać skierowanie do szpitala i na tym skończyć. A ona regularnie do mnie dzwoniła. Dzwoniła też pielęgniarka z przychodni. Pytały, jak się czuję, czy ma mi kto zrobić zakupy – opowiada Jędrzej Majka, podróżnik z Krakowa, który po niemal miesiącu wyszedł ze szpitala jako wyleczony z COVID-19.

 


Jędrzej Majka, fot. arch. wł.

Ewa Stanek-Misiąg: Udało się panu ustalić, od kogo mógł się pan zakazić?

Jędrzej Majka: Nigdy się tego nie dowiem. 25 lutego wróciłem z Wietnamu i zanim na początku marca zostałem w domu, zgodnie z zaleceniami #zostańwdomu, które wtedy ogłoszono, jeszcze trochę pojeździłem po Polsce. Byłem na przykład we Wrocławiu. Gorączkować zacząłem w połowie marca, 3 tygodnie po powrocie z Azji. Analizowałem to w kółko. Lot z Hanoi do Dohy, potem z Dohy do Warszawy. Ponieważ mam jaskrę, muszę dwa razy dziennie zakraplać oczy, zdarzyło mi się to raz w samolocie. Staram się zawsze zachowywać higienę, ale może wtedy? A może jednak w Polsce? Z Wrocławia do Krakowa jechałem nocnym autobusem relacji Szczecin-Zakopane. Zapchany calusieńki, mnóstwo obcokrajowców. Wszyscy, z którymi miałem kontakt, także kolega, z którym podróżowałem po Wietnamie, są zdrowi. Kontaktowałem się z nimi zaraz po tym, jak ustalono wreszcie, co mi jest. Dobrze, że w ogóle trafiłem w końcu do lekarza, inaczej nie wiem, czy byśmy dziś rozmawiali. Gdybym zachorował 2 tygodnie po powrocie, sprawy na pewno potoczyłyby się inaczej.

Chodzi o to, że sanepid zlekceważył pański przypadek?

Bardzo się zawiodłem na sanepidzie jako instytucji. Opowiem po kolei: w poniedziałek 16 marca miałem stan podgorączkowy. W ogóle się tym nie przejąłem. We wtorek, ponieważ się utrzymywał, zażyłem Apap. W środę temperatura spadła poniżej 37°C, więc uznałem, że jest po sprawie, a w czwartek mnie siekło. Temperatura skoczyła powyżej 38°C, wzmógł się kaszel (pokasływałem od wtorku) i przyszło osłabienie. A przecież nie miałem się czym zmęczyć, drugi tydzień siedziałem w domu. W piątek zadzwoniłem do przychodni. Drugi raz w życiu rozmawiałem ze swoją lekarką rodzinną. Ja nie choruję, nawet się nie przeziębiam. Lekarka powiedziała, że dobrze byłoby zrobić badania krwi i RTG płuc. Ona chyba od początku podejrzewała, że to może być COVID-19. Ale gdzie zrobić badania, jeśli jestem chory? Przez cały dzień nie udało mi się dodzwonić do sanepidu, dodzwoniłem się do NFZ. Tam poinformowano mnie, że mam się skontaktować z sanepidem i lekarzem rodzinnym, a gdybym się źle czuł, to ze szpitalem zakaźnym im. Żeromskiego. Na koniec dnia pielęgniarka z przychodni poradziła mi, żeby wysłać do sanepidu mail.


Jędrzej Majka w Nepalu. Fot. arch. wł.

Poskutkowało?

Tak. Zadzwoniono do mnie w sobotę popołudniu, żeby powiedzieć mi, że właściwie zawracam głowę, bo na pytanie „czy w przeciągu ostatnich 14 dni był pan w Chinach, Korei, Włoszech, Hiszpanii, Niemczech?” odpowiedziałem, że nie. Wietnam ich nie interesował. A drugie pytanie było o to, czy miałem kontakt z osobą zakażoną. Jeśli wiemy, że chorobę można przechodzić bezobjawowo, to ja w ogóle nie rozumiem sensu zadawania tego pytania. Powiedziano mi, że mam się kontaktować z lekarzem rodzinnym.
W poniedziałek rano miałem telefon z przychodni, pani doktor chciała wiedzieć jak się czuję, czy zażywam antybiotyk, który mi przepisała. Miałem 39 st. We wtorek już 40 st. i coraz większy kaszel. Ominęły mnie na szczęście duszności. To znaczy czułem, że oddycha mi się gorzej, ale to przez ten gigantyczny kaszel. No i byłem strasznie słaby. Od niedzieli w zasadzie nie dałem rady jeść, do łazienki szedłem na czworakach. Ustaliliśmy z panią doktor, że jeśli w nocy będzie gorzej, to mam zadzwonić na pogotowie. Mówią mi, że trzeba było wziąć taksówkę albo poprosić znajomych, żeby mnie zawieźli do szpitala (mieszkam sam). Ale ja z perspektywy czasu widzę, że dobrze, że tego nie zrobiłem. Przecież zaraziłbym tych ludzi.

Pogotowie nie przyjechało?

Powiedzieli, że trzeba poczekać kilka dni, aż antybiotyk zadziała, żebym wziął coś na zbicie temperatury i rano skontaktował się z lekarzem rodzinnym. Jak to zrelacjonowałem rano pani doktor, to o godz. 15 przyjechała po mnie karetka i zostałem przewieziony do Żeromskiego. Zawdzięczam życie mojej lekarce rodzinnej.
Nie wiem, czy sanepid oraz NFZ, odsyłając do lekarza rodzinnego, zdaje sobie sprawę z tego, że taki lekarz leczy przez telefon i ma bardzo ograniczone pole działania. Nie zbada pacjenta, nie osłucha. W szpitalu odżyłem psychicznie. Wiedziałem, że jestem pod opieką. Zrobiono mi wszystkie badania. Gorączka zmalała.

Dlaczego więc przewieziono pana do Szpitala Uniwersyteckiego i spędził pan tam miesiąc?

Wszedł wtedy przepis o tym, że chorzy na tę zarazę mają trafić do wyznaczonych szpitali, dla nas to był Uniwersytecki. Leżałem tam na pulmonologii 3,5 tygodnia. Dlaczego? Bo mi się pogorszyło.

To znaczy?

Zniknął kaszel, temperatura spadła do 38°C. Jak się miało przez kilka dni 40°C, to człowiek przy 38°C czuje się całkiem zdrowo. Ale w nocy zaczęło mnie boleć od pachy do pasa z lewej strony. Pomyślałem, że to pewnie od tego leżenia, bolało jednak coraz bardziej. Zgłosiłem to rano. Natychmiast zrobiono badania. Wyszła infekcja bakteryjna oraz zatorowość płucna. Ta zatorowość ponoć pojawia się u wielu chorych.
Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak nowoczesny jest Szpital Uniwersytecki. Większość badań przeprowadzano bez wychodzenia z sali. O służbie zdrowia słyszałem właściwie tylko złe rzeczy. A tam ani jednego dnia nie byłem smutny, bo ktoś mi odburknął, czy nie odpowiedział na jakieś pytanie.
Każdy z pacjentów pewno pyta o to samo, ale nikt z personelu nie był zniecierpliwiony. Stąd moja wielka wdzięczność. Dlatego napisałem tych parę zdań na Facebooku.

Kiedy tam ostatnio zaglądałam post miał 11 tys. lajków, 6 tys. udostępnień i 1,6 tys. komentarzy, a królem komentarzy – z największą liczbą polubień – był Tomasz Włoch, ten człowiek w pomarańczowym worze.

Poznaliśmy się przez Facebooka. W szpitalu wiedziałem tylko, że to jest pan rehabilitant, który dbał o to, żebyśmy się ruszali, ćwiczyli i żebyśmy mieli co czytać. To była też ostatnia osoba, z którą miałem kontakt w szpitalu. Sprowadzał do wyjścia. Teraz wiem, że to Tomasz Włoch. I znam też twarz jednej z pań pielęgniarek, która sprawiła mi niesamowitą radość, przysyłając swoje zdjęcie z podpisem: „tak wygląda ktoś, kto pobierał od pana wymazy”. To było przesympatyczne.
Wiem, że pan Tomasz kupił takie koszulki na dokumenty, których używa się do przesyłek. Włożył swoje zdjęcie i przykleił do kombinezonu. Zachęca teraz innych, żeby zrobili to samo. To pokazuje, jaka atmosfera panuje w szpitalu.

Bez tego byłoby ciężej?

O wiele. Pacjenci rozpoczynają dzień od sprawdzania w internecie statystyk. Ile osób umarło w Małopolsce. Jak ktoś umarł w Małopolsce, to znaczy, że najprawdopodobniej w naszym szpitalu.
Leżałem w sali z chłopakiem, który trafił do szpitala razem z ojcem i dziadkiem. I ten ojciec, silny zdrowy chłop, dostał 40-stopniowej gorączki i po jednym dniu przewieziony został na intensywną terapię. Świadomość, że ktoś jednego dnia czuje się dobrze, a drugiego jest bliski śmierci, jest straszna. Kiedy trafiłem do szpitala mówiło się, że chorują właściwie tylko starsi ludzie.

Pan jeszcze nie należy do tej grupy.

W gazetach pisali o mnie: „Mężczyzna w sile wieku trafił do szpitala w Krakowie”. Mam 44 lata.
Potem się okazało, że choruje także młodzież i bardzo małe dzieci. To przygnębiające.
Personel bardzo się starał, żebyśmy się czuli bezpiecznie. Właściwie co chwilę ktoś zaglądał. Oprócz wizyt lekarskich, cztery razy dziennie kroplówka, zastrzyk heparyny, leki, mierzenie temperatury, posiłki, odkażanie klamek. I za każdym razem pytanie, czy czegoś nam nie trzeba. Poza tym mieliśmy do wszystkich telefony, a lekarze i pielęgniarki sami do nas dzwonili.

Nie krępowało pana to, że w salach są kamery?

Miałem taką przygodę w nocy. Podłączono mi nową kroplówkę, ale strasznie wolno ciekła. Więc postanowiłem ją przyspieszyć. Ale człowiek jest głupi. Jak się podniosłem, to podniosłem też rękę. Kręcę, kręcę, kręcę. Co jest? Przecież musi iść szybciej, a nie idzie. I wtedy telefon od pielęgniarki, która widziała moje zmagania na monitorze: „Niech się pan położy, wtedy pocieknie szybciej” (śmiech)

Co czuje człowiek, do którego inni podchodzą w kombinezonach, szczelnie zasłonięci?

To jest jak w filmie science fiction. Świadomość, że stanowię dla kogoś śmiertelne zagrożenie, to jest coś niewyobrażalnego.
Jednocześnie bardzo współczułem personelowi. Co innego zobaczyć w telewizji, kiedy ktoś opowiada o tym, jak się pracuje w pełnym stroju ochronnym, a co innego widzieć to na własne oczy. Jak się w tych strojach „gotują”, jak mają zaparowane gogle. Noszę okulary i po założeniu maseczki od razu mam zaparowane szkła. Ale ja nie muszę nic robić. A oni pobierają krew, podłączają kroplówkę...
Zgodnie z procedurą, gdy ktoś do nas wchodził, mieliśmy obowiązek zakładania maseczek. Tam są podwójne drzwi. Zanim ktoś zapuka w drugie, słychać, że się zbliża. Pielęgniarka mówi któregoś dnia: „O, wy to zawsze macie założone maseczki”. Ja na to: „chodzicie w szpilkach, stukot szpilek zawsze słychać”. Strasznie szeleściły te kombinezony. Nie wiem, jak oni mogli w nich pracować.

Liczył pan na to, że wyjdzie ze szpitala wcześniej niż po niemal miesiącu?

Lekarze uprzedzali, że testy po 14 dniach od przyjęcia raczej wychodzą dodatnie, więc nie byłem bardzo zawiedziony, kiedy się dowiedziałem, że nadal jestem chory. Pamiętam, przyszła pani pielęgniarka i pyta: „Macie już wyniki?” Odpowiadam: „Tak. Dodatni” A ona: „Bo fajniejszych pacjentów to sobie lubimy dłużej zostawić.” Być może ta pani mówi tak każdemu, ale ja to usłyszałem raz i byłem wzruszony. Panie pielęgniarki, jeśli to czytacie, postępujcie tak, jak ta pani.
Naprawdę niewiele trzeba, żeby poprawić komuś samopoczucie. Podczas jednej z wizyt pani doktor, wychodząc, odwróciła się i powiedziała: „Wiecie panowie, myślę, że najgorsze już za wami”. W świąteczny poranek pacjenci dostali od pań pielęgniarek poświęcone jajko i małego, czekoladowego zajączka. Nie musiały tego robić. To jest bezcenny gest.
Komunikując się z przyjaciółmi, opisywałem szpitalną rzeczywistość jakby to była podróż. Jakbym wystawiał noty na bookingu. Jedzenie? 8,5 punktu. Nie spodziewałem się, że będzie tak dobre. Znamy zdjęcia i opisy posiłków szpitalnych. Wi-fi? 10 punktów. Łóżko? 10 punktów. W podróży często śpię na ławkach, a tu miałem łóżko na pilota. Obsługa? 11 punktów.

Maksymalna nota to 10.

A to było 11. Naprawdę.

Przyjmuje pan nadal jakieś leki?

Zażywam tabletki na rozrzedzenie krwi, dwa razy dziennie. Mam plik skierowań, do poradni immunologicznej, do kardiologa, pulmonologa.
Bardzo chciałbym, jako ozdrowieniec, oddać osocze. Zajmę się tym, jak tylko skończy się dwutygodniowa kwarantanna. Muszę dojść do siebie, bo może przez telefon tego nie słychać...

Brzmi pan bardzo zdrowo!

Ale czuję się słabawo. Po tylu tygodniach leżenia nie jest łatwo wrócić do normalnego rytmu. Doszedł do tego jeszcze ten cały szum medialny. Po opublikowaniu posta na Facebooku zostałem zasypany prośbami o wywiady. Na początku się zgadzałem. Bardzo mi zależało na tym, żeby podziękować personelowi medycznemu, zwłaszcza gdy usłyszałem, że zaczyna się hejt na pielęgniarki i lekarzy. Ale teraz już raczej odmawiam. Muszę zadbać o siebie.

A płuca pan ćwiczy?

Dostałem takie urządzenie z kuleczkami, nie wiem jak się fachowo nazywa. Mam też wytyczne co do diety. Nadal mierzę temperaturę dwa razy dziennie.
Nie wiem, czy tak jest zawsze, bo to mój pierwszy wypis, ale są na nim podane numery telefonów, na jakie mam dzwonić, gdyby coś się działo. Bardzo to doceniam. Także przez to, że tak trudno było mi dostać się do szpitala.

Gdyby pańska historia miała nas czegoś nauczyć, to czego?

Tego, żeby słuchać pacjenta. Nie trzymać się tylko i wyłącznie procedur. Jestem przekonany, że żyję dzięki mojej lekarce rodzinnej, która się uparła, że mi pomoże. Przecież mogła wypisać skierowanie do szpitala i na tym skończyć. A ona regularnie do mnie dzwoniła. Dzwoniła też pielęgniarka z przychodni. Pytały, jak się czuję, czy ma mi kto zrobić zakupy.

Projektuje pan przyszłość? Wzywa pana jakieś miejsce?


Miałem być w tym miesiącu w Japonii. Chciałem zobaczyć hanami, święto kwitnącej wiśni. Ale wiele razy już tak było, że się gdzieś wybierałem i przez kilka lat z rzędu podróż nie dochodziła do skutku aż po 5, czy 10 latach jechałem i okazywało się, że to był akurat ten moment, w którym powinienem się był tam znaleźć. Ta choroba też na pewno jest po coś.
Przepraszam panią, ale dzwoni domofon.
(Dzień dobry. Widzę, że panowie podjechali. Wszystko dobrze. Mam podejść do okna w kuchni? Dobrego dnia.)
Jestem z powrotem. To była policja. Wczoraj machałem im przez okno.

Szkoda, że tak nie było od początku?

Szkoda, że sanepid tak późno zaczął mieć dla mnie czas. Wie pani, że gdy byłem w szpitalu, to zadzwonili do mnie bladym świtem, żeby powiedzieć o wyniku testu? I nagle chcieli rozmawiać o moim pobycie w Wietnamie i podróży powrotnej. Poprosili o numery lotów. „Leżę w szpitalu, leciałem miesiąc temu, a pani mnie pyta o numer rejsu?” mówię do słuchawki. A pani z sanepidu: „A co pan robił 2 tygodnie wstecz?” „Byłem w domu i wychodziłem tylko do sklepu” odpowiadam. „To gdzie się pan zakaził?”

Rozmawiała Ewa Stanek-Misiąg

Jędrzej Majka, podróżnik, autor książek – najnowsza ukazała się w zeszłym roku, to „Podróże za smakiem, czyli jak przyprawy zmieniają świat.”

 

 

27.04.2020
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?

7 dni w tygodniu od 8.00 do 20.00
Cena konsultacji 12 zł

Zachorowania w Polsce - aktualne dane

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Poradnik świadomego pacjenta

  • Jak pojechać do sanatorium?
    Czy można wybrać sobie miejsce, do którego chce się jechać i termin wyjazdu? Czy można wybrać sobie miejsce, do którego chce się jechać i termin wyjazdu? Czy można skorzystać z sanatorium bez zakwaterowania?
  • Jak długo ważna jest recepta w 2020?
    Pacjent, który otrzymał receptę od lekarza, musi pamiętać, że nie jest ważna bezterminowo. Każda recepta ma ściśle określony czas, w którym można ją zrealizować. Dotyczy to zarówno recepty w formie „papierowej”, jak i tzw. e-recepty.