Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Bez węglowodanów, czyli ryzykowna dieta

Jerzy Dziekoński
Kurier MP

Wykazaliśmy, że jeżeli dieta niskowęglowodanowa stosowana jest dłużej niż 6 lat, to całkowita śmiertelność zwiększa się o 32 proc., śmiertelność z powodu nowotworów o 35 proc., a z powodu choroby niedokrwiennej serca i udaru odpowiednio o 51 i 50 proc. Spodziewaliśmy się, że diety restrykcyjne są niezdrowe, ale te wyniki były dla nas niezwykle zaskakujące – opowiada o swoich badaniach prof. Maciej Banach, dyrektor Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki.

Prof. Maciej Banach. Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Jerzy Dziekoński: Dlaczego jako kardiolog zdecydował się Pan skoncentrować w swoich badaniach na diecie niskowęglowodanowej?

Prof. Maciej Banach: Od dłuższego czasu jako kardiolog prewencyjny i szef Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego zwracałem uwagę na to, że wciąż za mało mówimy o diecie. Albo może inaczej – wiele mówimy o zdrowej diecie, wysiłku fizycznym, braku używek, tylko mało kto potrafi odpowiedzieć na pytanie, co to jest ta zdrowa dieta?

W ostatnim czasie pojawiło się sporo niekorzystnych ruchów społecznych. Mamy ruch antyszczepionkowy, antystatynowy i jeszcze dodatkowo ruchy związane z restrykcyjnymi dietami, polegającymi na całkowitym wyłączeniu pewnych elementów i mikroelementów z diety. W przypadku diet niskowęglowodanowych wyłączone zostają oczywiście węglowodany. Jest też drugi biegun, np. dieta wysokoproteinowa, gdzie proteiny przeważają nad innymi składnikami. Wiemy od lat, że diety restrykcyjne nie są zdrowe. Żaden z dietetyków, lekarzy, nie powinien diet restrykcyjnych zalecać, tym bardziej, że mamy do dyspozycji diety zdrowe, dobrze zbilansowane, np. dietę DASH lub śródziemnomorską. Gdybyśmy skupili się na diecie śródziemnomorskiej, to zawiera ona bardzo dużo węglowodanów. Opiera się o makarony, oliwy, owoce i warzywa. Jest zaprzeczeniem diet restrykcyjnych.

Zbyt wiele węglowodanów prawdopodobnie nie przyniesie dobrych efektów.

Mamy wiele badań mówiących o tym, że wysokie zawartości węglowodanów są niekorzystne i nikt tego nie zamierza podważać. Nie mieliśmy dotychczas badań, w jaki sposób dieta z niską zawartością węglowodanów, poniżej 200 gramów na dobę, wpływa na nasze zdrowie. Wykorzystaliśmy dane z NHANES, amerykańskiego badania populacyjnego obejmującego ogromną grupę pacjentów, które od lat 80. finansowane jest przez rząd Stanów Zjednoczonych i jest kontynuowane do dzisiaj.

My przyjrzeliśmy się grupie ok. 25 tys. pacjentów w latach 1999-2010. Unikalne w tym badaniu jest to, że opisuje bardzo szczegółowe czynniki dietetyczne. Na tej podstawie mogliśmy w prosty sposób podzielić pacjentów, zaczynając od grupy referencyjnej, która miała średni poziom węglowodanów - 373 g na dobę, a kończąc na grupie z dietą niskowęglowodanową, u której średnia ilość węglowodanów wynosiła 214 g na dobę. Średnia zawartość oznacza, że w tej grupie znaleźli się również pacjenci, którzy spożywali poniżej 200, a nawet poniżej 150 g węglowodanów na dobę. Dla przykładu warto wspomnieć, że jedna bułka pszenna to 45 g węglowodanów, jeden banan to 30 g, średnia porcja ziemniaków to 60 g, a porcja makaronu do spaghetti to nawet 100 g. Łatwo więc zauważyć, że 200 gramów to bardzo mała wartość.

Wykazaliśmy, że jeżeli dieta niskowęglowodanowa stosowana jest dłużej niż 6 lat – średni okres obserwacji wyniósł 6,4 roku – to całkowita śmiertelność zwiększa się o 32 proc., śmiertelność z powodu nowotworów o 35 proc., a z powodu choroby niedokrwiennej serca i udaru odpowiednio o 51 i 50 proc. Spodziewaliśmy się, że diety restrykcyjne są niezdrowe, ale te wyniki były dla nas niezwykle zaskakujące.

Na wszystkie wspomniane wskaźniki wpływ może mieć przecież bardzo wiele czynników, a nie tylko dieta.

Zastosowaliśmy najlepszą z możliwych analiz statystycznych z uwzględnieniem wszystkich pozostałych czynników, które potencjalnie mogłyby zakłócać uzyskane wyniki. Uwzględniliśmy w wyliczeniach wszystkie zmienne, w tym, wiek, płeć, cukrzycę, profil lipidowy, nadciśnienie tętnicze krwi, palenie papierosów, a nawet status ekonomiczny. Jednym słowem wszystko, co potencjalnie mogłoby mieć wpływ na uzyskane wyniki, by mieć pewność, że istnieje przyczynowość między tą dietą a uzyskanymi wynikami. Uwzględniając to wszystko, potwierdziliśmy, że w tym modelu wzrost śmiertelności występuje w okresie ponad 6-letnim.

Stwierdziliśmy, że należy te wyniki walidować, dlatego zrobiliśmy metaanalizę dostępnych badań. Docelowo było to dziewięć badań, które łącznie objęły grupę prawie pół miliona pacjentów. Okazało się, że nadal występuje związek między dietą niskowęglowodanową a podwyższonym ryzykiem śmiertelności. W dodatku związek ten nadal jest bardzo istotny statystycznie, natomiast nieco niższy, niż wynikało to z badań NHANES. Wpływ na całkowitą śmiertelność wyniósł 22 proc. w jeszcze dłuższej obserwacji, której średni okres wyniósł prawie 16 lat. Ryzyko zgonu z powodów sercowo-naczyniowych wzrastało o 13 proc., natomiast z powodu nowotworu o 8 proc. Metaanaliza potwierdziła wcześniejsze wnioski, że dieta niskowęglowodanowa przekłada się na zwiększenie śmiertelności.

Mówi Pan o długotrwałym stosowaniu diety niskowęglowodanowej. Czy będzie niebezpieczna również w krótkim czasie stosowania?

Mieliśmy dwa kluczowe pytania – po pierwsze, co to znaczy długi okres stosowania diety niskowęglowodanowej. Z jednej strony mamy wyniki badań mówiące o tym, że dieta niskowęglowodanowa stosowana do 12 miesięcy pozytywnie i szybko wpływa na obniżenie masy ciała, na obniżenie glukozy we krwi, na wskaźniki lipidowe. Wiemy też, że powyżej 6 lat pojawia się niekorzystny wpływ na zdrowie. Zatem warto odpowiedzieć, gdzie jest ten czasowy punkt odcięcia, kiedy ryzyko znacząco rośnie. Zrobiliśmy więc na podstawie badania NHANES dodatkowe analizy z zastosowaniem krzywych Kaplana-Meiera, które dają nam możliwość zobrazowania, w jakim momencie dla poszczególnych kwartyli spożycia węglowodanów krzywe się rozchodzą. Dzięki temu mogliśmy powiedzieć, po jakim czasie taka dieta ma niekorzystny wpływ na zdrowie.

Okazało się, że krzywe rozchodzą się już po okresie półtora roku, maksymalnie dwóch lat. Możemy zatem założyć – oczywiście powinno to zostać potwierdzone kolejnymi badaniami – że po dwóch latach stosowania diety niskowęglowodanowej ryzyko jej niekorzystnego wpływu na zdrowie może być duże. Wydaje się, że dla węglowodanów mamy do czynienia z krzywą U. Jeśli mamy dużo węglowodanów w diecie, to jest to niekorzystne. I również niekorzystne jest to, że jest ich mało. Należy więc zachować umiarkowaną zawartość węglowodanów w diecie.

Co powiedziałby Pan osobom, które szukają pomocy w walce otyłością?

Walka z otyłością powinna być stopniowa. Bardzo szybkie odchudzanie może przynieść więcej szkód w postaci narastania stresu oksydacyjnego, zapalenia, aniżeli pożytku. Podobnie jest, kiedy zmieniamy charakter wysiłku – jeśli zwiększamy aktywność fizyczną, musimy robić to stopniowo. Jeżeli odchudzamy się za pomocą diety dobrze zbilansowanej, to powinniśmy to robić w taki sposób, aby racje żywieniowe zmniejszać maksymalnie o tysiąc kalorii dziennie, czyli 7 tys. kalorii tygodniowo, co przekłada się na utratę wagi ok. kilograma na tydzień. Wówczas nie przełoży się to negatywnie na nasze zdrowie. Takie diety rekomendowane są w wytycznych wszystkich towarzystw naukowych i przez Światową Organizację Zdrowia. Podkreślam, że wszystkie diety restrykcyjne nie są dietami fizjologicznymi. Stosując je, należy liczyć się z tym, że odbiją się niekorzystnymi skutkami na naszym zdrowiu.

Zrobiliśmy dodatkowe subanalizy w dwóch grupach pacjentów. Porównaliśmy będące na diecie niskowęglowodanowej osoby otyłe oraz bez otyłości. Nie zdziwiło nas, że pacjenci, którzy mają prawidłową masę ciała lub nadwagę, ale nie mają otyłości, znajdują się w grupie ze znacznie wyższym, bo aż o 48 proc. ryzykiem zgonu, niż osoby otyłe. Sam organizm podpowiada, że jeśli masz prawidłową masę ciała, to nie potrzebujesz restrykcyjnej diety.

Jako kardiolog prewencyjny, opierając się o wiele różnych badań, mogę powiedzieć, że z punktu widzenia zapobiegania chorobom sercowo-naczyniowym idealne BMI dla naszego organizmu wynosi około 27,5, czyli wiąże się z niewielką nadwagą.

Co więcej, sprawdziliśmy, kiedy dieta niskowęglowodanowa jest najbardziej ryzykowna. Czy u osób poniżej, czy powyżej 55 roku życia. Okazało się, że młody organizm sobie z nią poradzi. Dla osób powyżej 55 roku życia ryzyko zgonu wyszło 52 proc. wyższe niż u osób młodszych.

Jakie diety zatem stosować?

Przytoczone wnioski naszych badań wyraźnie pokazują, że diety restrykcyjne na dłuższą metę nie przynoszą korzyści i należy opierać się o diety znane, których dobroczynne działanie na nasz organizm poparte jest badaniami. Jeżeli chcemy odnieść skutek szybko, to należy stosować dietę przez krótki okres, żeby nie zrobić sobie krzywdy.

Czy wegetarianizm albo weganizm należy traktować jako dietę restrykcyjną?

W Instytucie Centrum Matki Polki mamy do czynienia z rodzicami, którzy próbują u swoich dzieci wprowadzić dietę wegetariańską lub wegańską. Organizm dorosły, który już dojrzał, skończył okres wzrostu, w którym zakończyły się wahania hormonów, ponieważ zakończyło się dojrzewanie może łatwiej zaakceptować dietę opartą na całkowitym wykluczeniu poszczególnych elementów pokarmu. Jeżeli wegetarianizm opiera się o odpowiednią porcję kalorii, to dorosły organizm sobie poradzi.

Natomiast jeżeli mówimy o wegetarianizmie lub nie daj Boże weganizmie u dzieci, to jest to moim zdaniem niedopuszczalne. To jawne działanie na niekorzyść własnego dziecka. W okresie intensywnego wzrostu potrzebuje ono wszystkich składników pokarmowych i nie da się pochodzących z mięsa choćby protein czy tłuszczy zastąpić elementami diety wegetariańskiej czy wegańskiej. O ile jestem w stanie zrozumieć dietę wegetariańską u dorosłych, gdyż właściwie jest to pewien styl życia, to u dzieci jest ona trudna do zaakceptowania.

Rozumiem ten trend i bardzo cieszę się, że ludzie dbają o to, co jedzą i coraz częściej uprawiają sport. Uważam że jest to coś bardzo dobrego. Ale pod kilkoma warunkami. Po pierwsze – że dany człowiek, który zdecyduje się np. biegać, przebada się na początku i będzie robił to pod kontrolą osoby, która się na tym zna. Podobnie jest z dietą. Wprowadzając jakieś restrykcje zadbajmy o to, aby była to dieta odpowiednio zbilansowana, dobrana do naszego wieku i chorób współistniejących i żeby zawierała wystarczającą ilość kalorii. Natomiast diety wegańskiej jako kardiolog nikomu bym nie zalecił.

W innym badaniu wykazał Pan razem ze swoim zespołem, że korzystne dla nas są produkty mleczne. Czy mógłby Pan to rozwinąć?

To był drugi element naszych badań, oparty o ten sam schemat, czyli badania NHANES, który przyniósł nam szereg dodatkowych wskaźników. Do tego doszła jeszcze metaanaliza, którą oparliśmy na dwunastu randomizowanych badaniach obejmujących ponad 640 tys. pacjentów. Przez wiele lat słyszeliśmy, że z produktami mlecznymi nie należy przesadzać i należy je spożywać rzadko.

W badaniu NHANES okazało się, że spożywanie produktów mlecznych wiąże się z niewielkim, ale istotnym wpływem na całkowitą śmiertelność (o 2 proc. zmniejszone ryzyko). Natomiast jeżeli przyjrzymy się poszczególnym elementom, to okaże się, że sery zmniejszają śmiertelność o 8 proc. Nie ukrywam, że ta informacja ucieszyła mnie, bo uwielbiam sery. Wykazaliśmy również pozytywny wpływ produktów mlecznych na zmniejszenie ryzyka udaru. Zauważyliśmy też, że kiedy w koszyku produktów mlecznych przeważa mleko, to w obserwacji odległej zwiększa się ryzyko śmiertelności z powodu choroby niedokrwiennej serca o 4 proc. Potwierdziliśmy te wyniki w metaanalizie, gdzie dodatkowo stwierdziliśmy, że bardzo korzystnie na zdrowie wpływają mleczne produkty fermentowane – 3 procentowa redukcja śmiertelności.

Podsumowując, udało nam się produkty mleczne odczarować, ale jednak, na pytanie o samo mleko, jako że mieliśmy tutaj element związany z miażdżycą, należy odpowiedzieć, że jeśli ktoś zamierza je spożywać, to najlepiej w formie odtłuszczonej, żeby potencjalnie zobojętnić ryzyko związane z chorobą niedokrwienną serca.

Czy także popularny w Polsce żółty ser ma pozytywny wpływ na nasze zdrowie?

Jedno z pytań recenzentów brzmiało, które produkty mleczne i które sery były brane pod uwagę w badaniu. Odpowiedź brzmiała: wszystkie. W diecie tych 25 tys. osób, które znalazły się w badanej grupie były wszystkie rodzaje sera, mleka, jogurtów i kefirów. Wszystkie te produkty wzięliśmy pod uwagę w ocenie całkowitej roli produktów mlecznych w odżywianiu.

Rozmawiał Jerzy Dziekoński

14.11.2018
Zobacz także

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Na co choruje system ochrony zdrowia

  • Pięć minut dla pacjenta
    Lekarze rodzinni mają na zbadanie jednego pacjenta średnio po kilka minut. Taka sytuacja rodzi frustracje po obu stronach – wśród chorych, bo chcieliby więcej uwagi, oraz wśród lekarzy, bo nie mogą jej pacjentom poświęcić.
  • Dlaczego pacjenci muszą czekać w kolejkach?
    Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje rocznie na leczenie pacjentów ponad 60 mld zł. Ale ani te pieniądze, ani rozwiązania wprowadzane przez Ministerstwo Zdrowia – tzw. pakiet onkologiczny i pakiet kolejkowy – nie zmienią sytuacji. Dlaczego?