×
COVID-19: wiarygodne źródło wiedzy

Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Jak się żyje w Chinach ogarniętych epidemią koronawirusa?

Ewa Stanek-Misiąg

Jeśli ktoś z domowników jest chory, to zabiera się go do szpitala, a pozostałe osoby mają bezwzględny zakaz wychodzenia. Naprzeciwko drzwi wejściowych montuje się kamerę, żeby te osoby pilnować.


dr Agnieszka Bielewicz w Szanghaju

Ewa Stanek-Misiąg: Na zdjęciach azjatyckich miast zawsze jest pełno ludzi. Te, które nam pani przesłała, przedstawiają wyludnione ulice.

Dr Agnieszka Bielewicz: To jest dla mnie przerażające. Szanghaj – niezwykle żywe miasto, z którego po prostu bucha energia – nagle opustoszał. Depresyjny widok. Do pracy jeżdżę pustym autobusem. Mama się mnie pyta, czy się nie boję. Odpowiadam: mamo, w takim autobusie jestem dużo dalej od kierowcy niż bym była w taksówce. To jest właściwie mój „prywatny” autobus. Dziwne uczucie.

Jakby grała pani w filmie?

Zdecydowanie. Moja siostra namawia mnie: rób zdjęcia, dokumentuj, ale chyba nie jestem w tym dobra, nie czuję takiej potrzeby.

Ludzie nie wychodzą z domów ze strachu?


Fot. dr Agnieszka Bielewicz

Nie wychodzą, ponieważ takie jest zarządzenie władz. Tutaj ludzie z zasady ufają rządowi, panuje przekonanie, że rząd wie, co robić. Poza tym, nie ma po co wychodzić. Muzea zamknięte, parki zamknięte, restauracje zamknięte. Ale niektóre osoby nie wychodzą zapewne ze strachu. Wczoraj miałam pacjentkę, która panicznie bała się wejść do kliniki. Przyszła po leki. Ponieważ nie była w stanie przekroczyć progu, spotkałam się z nią na zewnątrz.

To chyba całkiem rozsądne ze strony tej pacjentki? W placówkach medycznych jest większe prawdopodobieństwo spotkania kogoś chorego.

Nie do końca. Zgodnie z wytycznymi, które obowiązują w tej chwili, mamy zakaz przyjmowania pacjentów z temperaturą powyżej 37,3°C.

Sprawdzacie przy wejściu?

Tak. 90% naszych pacjentów umawia się na wizytę przez telefon. Odpowiadają wtedy na pytania o temperaturę, kaszel, stan zdrowia rodziny, ostatnie podróże. Jeśli coś nas w tych odpowiedziach zaniepokoi, prosimy takiego pacjenta o zgłoszenie się do któregoś z rządowych szpitali. Tylko rządowe szpitale, oznaczone jako Fever Clinic, mogą przyjmować pacjentów z gorączką. Tylko tam przeprowadza się testy. Kiedy pacjent przychodzi do nas na wizytę, stojąca przy wejściu pielęgniarka w ubraniu ochronnym mierzy mu temperaturę i wręcza kwestionariusz do wypełnienia. To jest zestaw pytań podobnych do tych zadawanych przez telefon. Kiedy się upewnimy, że pacjent nie jest potencjalnym zakażonym, możemy go wpuścić do kliniki.

Czytałam o zakazie sprzedaży leków przeciwgorączkowych, żeby ludzie nie ukrywali, że gorączkują.

Dopiero od niedawna obowiązuje ten zakaz. Wcześniej leki były dostępne, bo Chińczycy nie oszukują. Z zasady, bo oczywiście zdarzają się wyjątki. Na przykład, zgłosił się do mnie pacjent, który na etapie kwalifikacji zataił, że kaszle. Przyznał się do tego podczas wizyty, prosząc, żebym go osłuchała. Pan został wysłany do Fever Clinic. Monitoruję go cały czas. Okazało się, że to zapalenie płuc, ale bakteryjne. Wiem, że spędził w szpitalu 7 godzin, większość tego czasu w izolatce. Relacjonował, że nie było żadnych tłumów. Nikt się nie tłoczył na korytarzu.

Jednak od dwóch dni leki przeciwgorączkowe nie są dostępne w aptekach. Cel jest taki, by zmusić pacjentów z gorączką do wizyty w szpitalu i zmniejszyć ryzyko zarażenia innych osób.

Czy placówki medyczne pracują normalnie?

Nie. Zamknięto kliniki dentystyczne, okulistyczne, laryngologiczne. Mam ząb w trakcie leczenia kanałowego. Jeśli się „obudzi”, pozostanie mi tylko jechać na ostry dyżur do szpitala.

Nie ma pani problemów z robieniem zakupów?


Fot. dr Agnieszka Bielewicz

Żadnych. Sklepy są otwarte. Tylko zamiast na przykład trzech wejść (jak w Carrefourze, do którego chodzę) czynne jest jedno. I przed każdym wejściem mierzą każdej osobie temperaturę. Jak mówiłam, restauracje są zamknięte, ale można zamówić jedzenie z dostawą do domu, to znaczy do bramy. Tutaj mieszka się na zamkniętych osiedlach. Na moim osiedlu jest sześć bram wjazdowych, obecnie otwarte są tylko dwie. Nikt poza mieszkańcami nie może wejść na teren osiedla, więc zamówienie odbiera się przy bramce. Dostaje się wtedy też karteczkę z informacją, kto przygotował jedzenie, kto je przywiózł i jaka była temperatura ciała tych osób. Brzmi jak szaleństwo.

Jak pani sądzi, jak długo to jeszcze potrwa?

Sama zadaję sobie to pytanie. Dzieci z mężem mają bilet powrotny na 22 lutego, chyba musimy zmienić termin, zwłaszcza że obecnie wymagany jest 2-tygodniowy okres kwarantanny po powrocie do Szanghaju (nawet dla obcokrajowców wracających z zagranicy).

Wolała pani wyprawić rodzinę z Szanghaju?

Tak, po tym, jak dzieci spędziły w domu dwa tygodnie i wiadomo było, że szkoły nieprędko zostaną otwarte, zdecydowaliśmy, że polecą do Polski. Mąż może pracować przez internet. Ja zostałam, bo było mi trochę żal urlopu, ale przede wszystkim jestem lekarzem, mam swoich pacjentów. Ludzie cały czas potrzebują opieki medycznej, leków na nadciśnienie, cukrzycę. Mają zapalenie pęcherza moczowego, łamią ręce, nogi.

Siedzenie w domu to trudne doświadczenie. A ludzie siedzą tak już od 3–4 tygodni. Jeśli ktoś z domowników jest chory, to zabiera się go do szpitala, a pozostałe osoby mają bezwzględny zakaz wychodzenia. Naprzeciwko drzwi wejściowych montuje się kamerę, żeby te osoby pilnować. Specjalni pracownicy dostarczają jedzenie, dwa razy dziennie przyjeżdżają skontrolować temperaturę. Śmieci z takich domów są zbierane osobno, żeby nic się nie przeniosło.

Mamy specjalną aplikację do obserwowania osób monitorowanych i chorych. Na moim osiedlu nie ma ani jednej osoby chorej i nikt też nie ma kwarantanny. Oficjalnie.

Ale to jest Szanghaj. Tu zanotowano raptem 300 przypadków na przeszło 24 miliony mieszkańców. Co innego w Wuhan. Tam jest tragicznie. Dużo ludzi choruje, wiele osób przebywa na obserwacji w szpitalach.

Widzimy filmy obrazujące dezynfekowanie miejsc publicznych, ulic. Co jest rozpylane?

Niestety nie wiem, co jest rozpylane. Dostajemy ogłoszenia, żeby nie wychodzić na przykład między północą a 2.00 w nocy, ponieważ będzie dezynfekcja i to może podrażniać oskrzela.


Fot. dr Agnieszka Bielewicz

Odkażane jest wszystko. Mieszkam w 25-piętrowym bloku. Domofon przy wejściu został oklejony folią spożywczą, panel z guzikami w windzie także. Folia jest zmieniana co 4 godziny. Większość osób nosi jednorazowe rękawiczki. Wszyscy mamy nakaz noszenia maseczek. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy rozmawiałam wczoraj z mężem przez telefon i przysiadłam na ławce na moim osiedlu, podszedł do mnie ochroniarz, żeby zwrócić mi uwagę, że nie mam maseczki. Mieć maseczkę to jest teraz rzecz najważniejsza.

A trudno ją zdobyć?

Na moim osiedlu robiono listę zapotrzebowania i potem można było odebrać zestaw. Podejrzewam, że gdy pójdzie pani do polskiego sklepu po maseczkę, to jej pani nie kupi, ponieważ wszystkie są tutaj.

Wskazuje się, że szybkie rozprzestrzenianie się wirusa w Chinach może być po części spowodowany takimi, a nie innymi zwyczajami sanitarnymi Chińczyków.

Na pewno niektóre zachowania powodują problemy. W typowej chińskiej restauracji wszyscy przy stole sięgają pałeczkami do tych samych talerzy ustawionych na środku. W ten sposób przenoszą ślinę i dlatego tak częste jest tu zakażenie bakterią Helicobacter pylori.

Podróżnikom kulinarnym zdarza się publikować na Instagramie takie serie zdjęć: na jednym pyszne danie, na drugim kuchnia, w której powstało. Mnie to odbiera apetyt.

Chińczycy nie przywiązują aż takiej wagi do czystości (nie dotyczy to młodszego pokolenia i klasy średniej). Ale z drugiej strony, bardzo ważne jest , żeby jedzenie było świeże. Nic nie może zostać na drugi dzień. Codziennie trzeba kupić świeże warzywa, mięso, ryby. A najlepszym miejscem na takie zakupy jest wet market. Tam zawsze jest mnóstwo ludzi.

Mówi się też o medycynie chińskiej, która na dużą skalę wykorzystuje zwierzęta. Bardzo cenne są na przykład łuskowce. Podobno to od nich przyszedł wirus.

Rzeczywiście, wiara w medycynę chińską jest tu powszechna, głęboka i niewzruszona. Chińczycy są przekonani, że to najlepsza medycyna na świecie, a leki przez nią stosowane nie mają żadnych działań niepożądanych ani skutków ubocznych. Nie jest to do końca prawdą. Najzwyklejszy rumianek może powodować biegunkę. Ale oni wierzą w swoje leki. Gdyby jednak medycyna chińska była przyczyną, to epidemie powinny wybuchać co chwilę.

A widziała pani krążące w internecie zdjęcia dymów nad Chinami?


Fot. dr Agnieszka Bielewicz

Moja mama o mało nie dostała przez to zawału: Agnieszka, krematoria się nie wyrabiają z paleniem zwłok. Zgodzę się z tym, że nie wiadomo, jaka jest prawdziwa liczba zachorowań. Obecnie jednak, gdy okres oczekiwania na wynik badania wynosi 3–5 godzin, można to łatwiej moniotorować. Dodatkowo, według nowych wytycznych do rozpoznania służy też tomografia komputerowa płuc (nie tylko test). Myślę, że wielką nauką dla Chin był SARS. Kraj poniósł ogromne koszty i dlatego bardzo blisko współpracuje ze Światową Organizacją Zdrowia (WHO). Wydaje mi się, że w Chinach w tej chwili już nic więcej nie da się zrobić, że jedyne, co można, to ostrzegać świat. To jest komunistyczny kraj. Rząd kontroluje wszystko. Mamy tu WeChat, taki rodzaj Facebooka i Messengera. Jeśli rząd uzna, że opublikowane treści są nieprawdziwe, to natychmiast je usuwa – zwłaszcza obecnie, by niepotrzebnie nie siać paniki. Jeśli nie podoba mu się działanie jakiejś grupy na tym portalu, to ją zamyka.

Wspaniała pożywka dla wyobraźni.

Zdecydowanie tak. Z zewnętrznej perspektywy wygląda to przerażająco, a życie obecnie wcale takie nie jest – tylko z pewnymi tymczasowymi ograniczeniami.

Mam wrażenie, że ostatnio bez przerwy bronię chińskiego rządu. Oburza mnie traktowanie Chińczyków jak kiedyś trędowatych i budowanie różnych bezpodstawnych teorii.

Dr Agnieszka Bielewicz, internistka, w Szanghaju mieszka od ponad 8 lat razem z mężem i trójką dzieci. Kieruje kliniką należącą do międzynarodowej sieci medycznej Parkway Pantai.

14.02.2020
Zobacz także

Zachorowania w Polsce - aktualne dane

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Poradnik świadomego pacjenta

  • Jak pojechać do sanatorium?
    Czy można wybrać sobie miejsce, do którego chce się jechać i termin wyjazdu? Czy można wybrać sobie miejsce, do którego chce się jechać i termin wyjazdu? Czy można skorzystać z sanatorium bez zakwaterowania?
  • Jak długo ważna jest recepta w 2020?
    Pacjent, który otrzymał receptę od lekarza, musi pamiętać, że nie jest ważna bezterminowo. Każda recepta ma ściśle określony czas, w którym można ją zrealizować. Dotyczy to zarówno recepty w formie „papierowej”, jak i tzw. e-recepty.