×
COVID-19: wiarygodne źródło wiedzy

Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Wirus ciągle jest z nami

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Przygotujemy białą księgę wydatków związanych z epidemią – zapowiada minister zdrowia Łukasz Szumowski. Z ministrem o bieżącej polityce, zarzutach formułowanych pod jego adresem, aktualnej sytuacji epidemicznej i przygotowaniach do drugiej fali zakażeń rozmawia Małgorzata Solecka.


Łukasz Szumowski. Fot. Adam Guz/ KPRM

Małgorzata Solecka: Gdyby istniał wehikuł czasu, cofnąłby się pan do dnia wejścia do polityki, by podjąć inną decyzję?

Łukasz Szumowski: Bardzo trudno jest odpowiedzieć na takie pytanie. Z jednej strony sytuacja, w jakiej się dziś znalazłem, jest nieprzyjemna. Nawet ohydna. Nie chodzi tylko o zarzuty, jakie są mi stawiane, ale o atakowanie wartości, w które wierzę, i mojej rodziny. To jest naprawdę brudna, bezpardonowa gra.

Z drugiej strony mam świadomość, że w Polsce udało się uniknąć dziesiątek tysięcy zgonów z powodu COVID-19. To jest w tej chwili coś, co przeważa szalę. Warto było. A przecież są i inne sprawy, które uważam za sukces – choćby uchwalona właśnie nowelizacja ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty, która spełnia szereg oczekiwań środowiska lekarskiego. Nawet jeśli nie wszystko, to wiele rzeczy się udało – wynagrodzenia dla kierowników specjalizacji, przejrzysty system egzaminów.

Odpowiedź, czy jeszcze raz wszedłbym do polityki, zależy w dużym stopniu od tego, co przeważa. Czy świadomość tych rzeczy, które udało się zrobić, czy tego, w jaki sposób jestem atakowany ja i moi bliscy.

Mówi się, że polityk powinien mieć grubą skórę. Pan ma?

Niespecjalnie. Pewnie gdyby te wszystkie oskarżenia dotyczyły wyłącznie mnie, to tak bardzo bym się nie przejmował. W momencie, gdy różne wpisy, również groźby karalne, czytają żona, dzieci, sytuacja się zmienia.

Bratu na pewno moja obecność w rządzie nie pomogła

Porozmawiajmy więc o konkretach. Bo te zarzuty, które są mniej lub bardziej wprost formułowane pod pana adresem, można podzielić na trzy grupy. W ankiecie, jaką przeprowadziliśmy na portalu MP.PL, 40 proc. lekarzy i lekarzy dentystów stwierdziło, że najpoważniejszym obciążeniem są wielomilionowe dotacje, jakie otrzymywały i otrzymują firmy powiązane z pana najbliższą rodziną.

Najpierw przypomnę, bo to niekiedy umyka, że OncoArendi, bo to o tej firmie jest przede wszystkim mowa, nie jest firmą należącą do mojego brata czy mojej żony. To jest spółka giełdowa, w której udziały ma wiele osób i podmiotów. „Spółka brata ministra” to zbitka semantyczna i manipulacja.

Po drugie, każdy kto prowadzi badania naukowe i aplikuje o granty, doskonale wie, a w każdym razie powinien wiedzieć, że nie ma mowy o żadnym „załatwianiu” dotacji. Jeśli formułujemy taką tezę, de facto zarzucamy wszystkim ekspertom, profesorom, inżynierom, że są chłopcami na posyłki jakiegoś ministra. Formułowanie takiego zarzutu bez dowodów jest co najmniej nieuzasadnione.

Po trzecie, mówię to z całą odpowiedzialnością, mając świadomość potencjalnego istnienia konfliktu interesów, nigdy nie podejmowałem żadnych decyzji zarządczych odnośnie do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Nigdy tam nawet nie byłem.

Po czwarte, dane NCBR przeczą temu, że mój brat odniósł jakąkolwiek korzyść z faktu, że wszedłem do rządu jako wiceminister nauki czy potem minister zdrowia. Zanim zostałem wiceministrem, firma, w której udziały ma mój brat, dostała jedenaście grantów na jedenaście złożonych wniosków. Dostawała je również przed 2015 rokiem, gdy rządziła Platforma Obywatelska i PSL. Gdy byłem wiceministrem nauki, dostała jeden grant na pięć złożonych wniosków. Moje wejście do rządu trudno postrzegać więc jako jakąkolwiek pomoc.

Nie ma pan poczucia stałego konfliktu interesów – pan w rządzie, rodzina w biznesie, który systematycznie sięga po dotacje publiczne?

Nie. Funkcjonowałem przez lata, jako lekarz, w sytuacji permanentnego konfliktu interesów, który w nauce, w medycynie, jest zjawiskiem powszechnym. I problem nie leży w samym konflikcie interesów, który po prostu opisuje pewną sytuację. On staje się zły, niebezpieczny, naganny wtedy, gdy po pierwsze jest ukrywany, po drugie – gdy wpływa czy może wpłynąć na jakieś decyzje.

Na każdym kongresie naukowym, przy każdym wystąpieniu, na pierwszym slajdzie pokazuje się potencjalne konflikty interesów – po to, by przeciąć spekulacje, że ten potencjalny konflikt interesów zaistniał i wpłynął na wyniki badań.

Gdybym podejmował jakiekolwiek decyzje zarządcze w sprawach NCBR, wtedy zrealizowałbym konflikt interesów. Wtedy byłby problem. Ale nie podejmowałem. Co więcej, wchodząc do rządu, do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego od razu powiedziałem, że mój brat działa w branży biotechnologicznej i nie mogę się zajmować tym obszarem. Gdybym coś ukrywał, można byłoby stawiać zarzuty.

Każdy, kto obejmuje stanowisko rządowe, przechodzi tzw. wirówkę – służby specjalne badają przeszłość, powiązania, również biznesowe. Czy kiedykolwiek ktoś ze służb chciał wyjaśnień na temat pana i żony kontaktów biznesowych z Danielem O., aresztowanym pod zarzutem stworzenia piramidy finansowej?

Tę sprawę znam wyłącznie z doniesień medialnych. Łącznie z tym, że pan O. miał się posługiwać moim nazwiskiem przy próbach wyłudzeń finansowych. I szczerze mówiąc, wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Historia sięga roku 2013, gdy pojawił się pomysł stworzenia przez grupę kardiologów z Anina kliniki kardiologii inwazyjnej w szpitalu w Bielsku Podlaskim. Szpital takiego oddziału nie miał i zarówno placówka, jak i samorząd powiatowy byli bardzo zainteresowani współpracą z nami. I w pewnym momencie pojawił się młody biznesmen, związany z tamtym regionem, który miał zainwestować pieniądze w to przedsięwzięcie. Nie zainwestował, natomiast ja sporo straciłem, przede wszystkim czasu na przygotowanie planów, koncepcji – nikt mi przecież za to nie zapłacił.

Podobno O. sprzedawał obligacje spółki, w której miał pan udziały, reklamując, że jest to przedsięwzięcie opłacalne, bo zaangażowani są w nie znani profesorowie z Warszawy.

Wątpię, bym kilka lat temu – jako lekarz – był rozpoznawalny na Podlasiu. Może jak zostałem ministrem zdrowia. Wbrew temu, co sugerują niektóre media, nie robiłem z O. żadnych biznesów. A sprawa kliniki kardiologii inwazyjnej, która zresztą powstała w szpitalu, była publicznie znana i relacjonowana w mediach lokalnych, nikt niczego nie ukrywał. Zaś spółka, w której miałem udziały, nigdy nie była objęta żadnym śledztwem. W tej sprawie O. nie dostarczył pieniędzy, które obiecywał czy zapowiadał. Tyle.

Dziś większość osób, która zostało oszukana czy wprowadzona w błąd przez pana O., tytułowana jest jako poszkodowani, tylko okazuje się, że ja nie mogę być tak tytułowany, bo mam nazwisko Szumowski.

Na pewno jednak wie pan wszystko o zakupach w związku z epidemią COVID-19. Maseczki, testy, respiratory – tu również mnożą się medialne doniesienia: że zła jakość, kupowane od znajomych lub firm powiązanych politycznie, w dodatku słono przepłacone. Dlaczego nie przeciąć tych doniesień publikacją białej księgi wydatków poczynionych w związku z epidemią?

Oczywiście, takie zestawienie na pewno się pojawi. Zresztą myśmy już w tej chwili opublikowali listę kontrahentów. Ministerstwo Zdrowia naprawdę nie ma nic do ukrycia. Wydawaliśmy i wydajemy publiczne pieniądze i doskonale wiemy, że trzeba te wydatki rozliczyć. Zwracam tylko uwagę, że jeszcze nie jesteśmy „po” epidemii. Dużo zakupów się toczy i będzie się toczyć – kupujemy testy, różnego rodzaju, genetyczne i immunologiczne, kupujemy sprzęt. To, co potrzebne na teraz, i to co zapewne się przyda za kilka czy kilkanaście tygodni. Białą księgę można będzie sporządzić, jak cała sytuacja związana z epidemią COVID-19 się uspokoi, ustabilizuje. Ale mogę zapewnić, że powstanie.

W takim dokumencie ministerstwo mogłoby pokazać nie tylko transakcje dokonane, ale również te, które nie doszły do skutku, bo ktoś był szybszy. Przecież w marcu, nawet jeszcze w kwietniu, ale zwłaszcza w marcu niemal codziennie słyszeliśmy, że Hiszpanom zajęto sprzęt kupiony w Turcji, Włosi zapłacili za środki ochrony indywidualnej i nie mogą wyegzekwować transportu, jakiemuś innemu państwu zakup zablokowali Amerykanie, kupując na pniu towar prawie że z samolotem, którym miał być transportowany... Zapomnieliśmy, ale tak przecież było. Było podbijanie cen na maseczki, fartuchy, testy, respiratory – na wszystko. Może również przez ten brak pamięci łatwo teraz twierdzić, że ministerstwo kupiło testy po wyższych cenach w firmie powiązanej z PiS. Kupiło, na marginesie?

Myśli pani, że w ministerstwie sprawdzamy, jaki jest skład udziałowców firmy, z którą mamy podpisać umowę? Myśli pani, że w marcu był na to czas? To był czas, gdy testy oferowały nam i dostarczały firmy wskazane na piśmie przez konsultanta krajowego w obszarze chorób zakaźnych, firmy, które na polskim rynku od dłuższego czasu funkcjonowały i dostarczały już testy do laboratoriów. I był to czas, przypominam, gdy zamawialiśmy 100 tysięcy testów, a czasem dostarczano 10 tysięcy, bo tyle udało się firmie „wyszarpać” u producenta. To nie był czas na dywagacje, że może weźmiemy od tych, albo od tamtych.

To nie był czas na takie dywagacje bo – jak alarmowali lekarze, jak pisaliśmy wielokrotnie na MP.PL – wchodząc w epidemię nie mieliśmy prawie niczego. Ministerstwo Zdrowia twierdziło, że mamy wszystko, a w każdym razie jesteśmy wystarczająco zabezpieczeni. Teraz okazuje się, że nawet nie do końca trafione zakupy uzasadniała ta potrzeba chwili, że musieliśmy ściągać to, co się dało ściągnąć. I prawdą jest też to, że nie tylko Polska była w takiej sytuacji, ale Włochy, Francja, Hiszpania, Stany Zjednoczone. Mniej nerwowo było chyba tylko w Niemczech. I wydaje się, że wszystkie ewentualne wątpliwości związane z zakupami miałyby dużo mniejszy ciężar, gdyby nie ten wprowadzony w pośpiechu zapis o braku odpowiedzialności urzędniczej za decyzje związane z wydawaniem pieniędzy w związku z epidemią COVID-19.

Najpierw odpowiedzmy sobie na pytanie, o czym mówi uchwalony przepis? Przecież on nie zwalnia urzędnika z odpowiedzialności, jeśli dopuści się korupcji! Ta jest ścigana z Kodeksu karnego i tutaj nic się nie zmienia. Jeśli zachodziłoby podejrzenie, że urzędnik odniósł korzyść w związku z podjętą decyzją, prokurator nie tylko może, ale musi wkroczyć. W związku z zagrożeniem epidemicznym a potem stanem epidemii musieliśmy zrezygnować z procedury zamówień publicznych, na którą zwyczajnie nie było i nie ma czasu. To zaś oznacza, również, że urzędnik podejmujący decyzję o zakupach nie jest chroniony. Ktoś chciałby ryzykować i liczyć na dobrą wolę i rozsądek na przykład po ewentualnej zmianie władzy? Ludzie mają krótką pamięć, skoro teraz zarzucają nam, że kupiliśmy maski po 40 złotych, a teraz kosztują one 5 złotych...

... tylko wtedy nie było masek po 5 złotych.

No nie było. Ale przecież zaraz pojawią się tacy, którzy zapytają, czy zrobiliśmy rozeznanie rynku i skąd wiemy, że nie było.

I tu właśnie przydałaby się biała księga, w której pokazalibyście, na przykład, jakie oferty w tym czasie napłynęły. Z czego Ministerstwo Zdrowia mogło wybierać.

Będzie biała księga, ale my naprawdę niczego nie ukrywamy. A zapis dotyczący nieobciążania urzędników odpowiedzialnością za podejmowane decyzje, z wyłączeniem zarzutów korupcyjnych, zaproponowało Ministerstwo Sprawiedliwości.

Proces legislacyjny w przypadku zwłaszcza pierwszych ustaw COVID-owych nie był do końca przejrzysty, ze względu na pośpiech i brak konsultacji części rozwiązań. Tutaj również mógłby rząd przeciąć spekulacje, dokumentując – dokładnie – jak doszło do wprowadzenia do projektu tego zapisu. Były takie precedensy, gdy pojawiały się uzasadnione wątpliwości. To z pewnością ochroniłoby Ministerstwo Zdrowia przynajmniej przed częścią ataków.

Wzięliśmy na siebie całą odpowiedzialność za wydawanie publicznych środków bez procedury zamówień publicznych. To jest bardzo ryzykowne i przypuszczam, że gdyby tej ochrony prawnej nie było, żaden z urzędników nie podjąłby się zadania wiedząc, że praktycznie każda decyzja może oznaczać – w jakiejś perspektywie czasowej – poważne konsekwencje. Podkreślam, że ta ochrona prawna nie dotyczy sytuacji korupcyjnych.

Nie pójdę na wesele i rodzinie też odradzałem

„Nikt ze mną nie konsultował liczby weselników” – skomentowała ostatnie decyzje rządu dotyczące kolejnego etapu odmrażania gospodarki i życia społecznego dr Iwona Paradowska-Stankiewicz, konsultant krajowy w dziedzinie epidemiologii. Nie ona jedna wydaje się zaniepokojona tym, że wkrótce na weselach będzie mogło się spotkać 150 osób, że zostają zniesione limity wiernych w kościołach, klientów w sklepach i restauracjach. Takich głosów wśród ekspertów jest więcej.

Limitów nie ma, ale jest wymóg zachowania dwumetrowego dystansu.

Dwumetrowy dystans na weselu? Naprawdę?

Dobrze, na weselu dystansu nie będzie. Ale to specyficzne wydarzenie, z imienną listą gości. Wierzę w odpowiedzialność tych, którzy zapraszają i tych, którzy są zapraszani. Jeśli ktoś się źle czuje, kaszle, ma temperaturę, nie powinien przychodzić na wesele.

Są jednak zakażeni bez objawów. Oni przyjdą.

Jeśli rzeczywiście doszłoby do przypadku zakażenia na weselu, dochodzenie epidemiczne będzie bardzo ułatwione. Łatwo będzie ustalić listę gości i namierzyć ich kontakty. To przesądziło o zgodzie na takie imprezy.

Musimy wrócić do tego, co było zanim pojawił się koronawirus. Z zachowaniem wszystkich możliwych środków ostrożności, z odpowiedzialnością za siebie i innych, ale musimy.

Pan by poszedł na wesele w tej chwili? W najbliższych tygodniach?

Nie. Rodzinie też odradzałem. Ale pamiętajmy, że jeśli chodzi o takie imprezy, jeśli są organizowane na terenie prywatnym, to de facto nie jesteśmy w stanie ich zakazać.

Nie ma pan wątpliwości, że odmrażanie jest za głębokie, zwłaszcza w sytuacji, w której jesteśmy? Krzywa nowych przypadków nie idzie w dół.

Krzywa w piętnastu województwach idzie w dół. Na Śląsku idzie w górę, ale to dlatego, że sukcesywnie wymazujemy w tej chwili rodziny górników, które przebywają w kwarantannie. Dodatkowo mamy niestety dwie kolejne kopalnie, w których wykryliśmy ogniska. Na Śląsku nie ma jednak transmisji wirusa poza ogniskami. Za kilka dni, jeszcze w tym tygodniu, Śląsk również powinien mieć spadek krzywej.

Ale tak, mam wątpliwości. Na pewno nie jest tak, że macham ręką i mówię: „Idziemy do przodu”. Mam wątpliwości, bo pojawiają się nowe ogniska zachorowań. I będą się pojawiać, bo przecież ten wirus nie zniknął.

Gdybym brał pod uwagę wyłącznie względy epidemiczne, idealnie byłoby, gdybyśmy wszyscy siedzieli zamknięci w domach przez rok.

To jest niemożliwe.

I nikt tego nawet nie rozważa, również ja. Po pierwsze, gospodarka musi ruszyć. Po drugie, ludzie już są potwornie zmęczeni. Nie ma śladu po mobilizacji z marca czy nawet dużej części kwietnia, co można było zauważyć choćby po odsetku osób ignorujących nakaz zasłaniania ust i nosa w przestrzeni publicznej. Pojawiają się, coraz mocniej, głosy: „Jaki koronawirus? Nie widziałem nikogo, kto byłby chory. Nie znam nikogo, kto by umarł na COVID-19.” Pamiętajmy, że w Polsce epidemia w zasadzie przeszła, czy przechodzi, bokiem. Mamy w tej chwili ponad 23 tysiące potwierdzonych przypadków zakażeń, nieco ponad tysiąc ofiar śmiertelnych – ale w wielu europejskich krajach, niewiele większych niż Polska, po kilkaset zgonów przybywało dziennie.

To, co było czy jest naszym sukcesem, staje się problemem. Podobnie jak w przypadku szczepień – zaniknęły dzięki nim choroby zakaźne, część ludzi przestała wierzyć w szczepienia. W przypadku epidemii – nie doszło do fali zgonów, nie załamał się system opieki zdrowotnej, część Polaków nie wierzy w koronawirusa. Co ciekawe, wydaje się, że ten brak wiary pojawia się również w tych krajach, które wirus w marcu zmiażdżył. Pewien anestezjolog z Lombardii w ostrych słowach zaatakował tych, którzy po zniesieniu obostrzeń tłumnie stawili się w barach i restauracjach.

Nie dziwię się temu lekarzowi. Gdy słuchałem relacji członków naszej wojskowej misji medycznej, która przebywała w Lombardii, docierała do mnie groza sytuacji, w jakiej przez długie tygodnie funkcjonowali pracownicy ochrony zdrowia w tamtym regionie Włoch. Brak miejsc w szpitalach, na oddziałach intensywnej terapii, brak respiratorów. Konieczność dokonywania wyborów – którego pacjenta ratować, a który umrze, choć w innych warunkach byłby leczony. To było przerażające.

Myśmy tego nie doświadczyli. Zna pani kogoś, kto zmarł z powodu COVID-19?

Nie znam nawet nikogo, kto byłby objęty kwarantanną, poza pracownikami ochrony zdrowia. Prywatnie nie znam nikogo, kto zetknąłby się z koronawirusem.

No właśnie. Teraz pojawiają się plakaty, że fałszowałem dane dotyczące epidemii i twierdzenia, że źle poradziłem sobie z epidemią. Naprawdę?

Wszyscy sobie poradziliśmy lepiej, niż można było przypuszczać. Chyba jednak przede wszystkim dlatego, że społeczeństwo w tych pierwszych kilku tygodniach zachowało się na medal.

Zgoda, poradziliśmy sobie wszyscy i świadczą o tym dane. Liczba zakażeń, liczba zgonów przede wszystkim! Nie tylko liczba zgonów z powodu COVID-19, ale Polska jest jednym z krajów, w których śmiertelność w marcu i kwietniu w porównaniu z poprzednimi latami wręcz o kilka tysięcy spadła. O tym się nie pamięta i o tym się nie mówi.

Mówi się natomiast, że koronawirus nie istnieje, a COVID-19 wymyślili lekarze, bo są skorumpowani. Również w telewizji publicznej można było usłyszeć taką opinię. Prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, napisał nawet list w tej sprawie do władz TVP. A pan interweniował?

Chodzi o program z udziałem dr. Michała Sutkowskiego i pana Wojciecha Brzozowskiego? Widziałem. Takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. Gdyby się działy nadal, będę interweniować.

Nie powinny, bo służą nie walce z fake newsami, a do ich szerzenia i do ataku na naukę, na personel medyczny. A skoro jesteśmy przy mediach, czy ministerstwo planuje jakąś kampanię informacyjną, edukacyjną, skierowaną przede wszystkim do grup szczególnie wrażliwych, na przykład do seniorów, w jaki sposób funkcjonować w tej „nowej normalności”?

Tak. Duża część osób porzuciła jakiekolwiek zasady bezpieczeństwa. Tak jak w pierwszych tygodniach były kampanie dotyczące reżimu sanitarnego w związku z epidemią, tak teraz będzie przekaz, jak funkcjonować w nowej rzeczywistości, w odmrożonym reżimie. Bo to jednak jest ciągle reżim sanitarny. Nie wróciła „normalność”. Jesteśmy w „nowej normalności” – ciągle wirus jest z nami i ciągle stanowi zagrożenie. Wszyscy powinniśmy zachowywać się rozsądnie, ale niektórzy – na przykład osoby starsze – muszą być szczególnie ostrożne.

03.06.2020
strona 1 z 2
Zobacz także
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?

Zachorowania w Polsce - aktualne dane

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Poradnik świadomego pacjenta

  • Jak pojechać do sanatorium?
    Czy można wybrać sobie miejsce, do którego chce się jechać i termin wyjazdu? Czy można wybrać sobie miejsce, do którego chce się jechać i termin wyjazdu? Czy można skorzystać z sanatorium bez zakwaterowania?
  • Jak długo ważna jest recepta w 2020?
    Pacjent, który otrzymał receptę od lekarza, musi pamiętać, że nie jest ważna bezterminowo. Każda recepta ma ściśle określony czas, w którym można ją zrealizować. Dotyczy to zarówno recepty w formie „papierowej”, jak i tzw. e-recepty.