Zdumiewa i niepokoi mnie to, że obserwujemy trend narastający, jeśli chodzi o brak zaufania i niechęć do profesjonalistów medycznych. Odnoszę wrażenie, że jest to podsycane w zorganizowany sposób. Od wybuchu pandemii COVID-19 szerzenie dezinformacji przybiera tylko na sile, a szacunek do zawodu lekarza spada – mówi prof. Ewa Stachowska, kierowniczka Katedry Żywienia Człowieka i Metabolomiki na Pomorskim Uniwersytecie Medycznym, autorka kanału na YouTube „Profesor Stachowska”, popularyzatorka wiedzy naukowej.
Prof. Ewa Stachowska. Fot. dietetica.com.pl
- Internet stanowi przestrzeń, w której każdy w każdej sprawie może zabrać głos i wyrażać swoje poglądy
- Wymiar sprawiedliwości jest bezsilny, a pole do nadużyć ogromne
- Ludzie fiksują się na pewnych schematach, bo potrzebują bardzo prostych recept na skomplikowane problemy
- Warto promować te osoby, które z pasją dzielą się wiedzą opartą na faktach naukowych
Jerzy Dziekoński: W kontekście tematu naszej rozmowy istotne jest nakreślenie problematyki, jaką się Pani zajmuje. Czy mogłaby Pani przybliżyć Czytelnikom swoją działalność medialną?
Prof. Ewa Stachowska: Oprócz tego, że pracuję na Wydziale Nauk o Zdrowiu Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego jako pracownik naukowy i dydaktyczny, od sześciu lat prowadzę swój kanał na YouTube zatytułowany „Profesor Stachowska”. Rozmawiając z moimi gośćmi, przybliżam odbiorcom różne tematy dotyczące medycyny opartej na dowodach naukowych. Do rozmów zapraszam osoby z tytułami naukowymi, najczęściej praktyków. Razem próbujemy obalać mity dotyczące terapii różnych chorób. W tle oczywiście jest żywienie, bo jest to temat, którym sama zajmuję się zawodowo, zwłaszcza wpływem żywności na kształtowanie mikrobioty jelitowej. Interesuje mnie również otyłość, schorzenia metaboliczne, stłuszczeniowa choroba wątroby czy żywienie kobiet w okresie menopauzalnym. Z jednej strony są to zagadnienia bardzo interesujące, a z drugiej – obudowane ogromnymi mitami.
Internet stanowi przestrzeń, w której każdy i w każdej sprawie może zabrać głos, wyrażać swoje poglądy. Wciąż nie ma w tej kwestii żadnych regulacji prawnych. Problem w tym, że faktów naukowych nie można mylić z opiniami, a w sieci niestety opinie i wynikające z nich emocje stanowią silniejszy przekaz niż treści oparte na dowodach naukowych. Z łatwością znajdziemy tam treści nieuczciwe i szkodliwe, a to z kolei służy dezinformacji. Na szczęście ustawodawcy zaczynają dostrzegać, że dezinformacja może być bardzo niebezpieczna i prawo powinno te kwestie uregulować.
Może Pani podać jakiś przykład?
Jaskrawym przykładem jest sprawa tzw. naturopaty, któremu zarzuca się oszukanie wielu ciężko chorych osób. Wyszedł niedawno z aresztu i znowu nakręcił obrzydliwą rolkę: że wrócił, że był szykanowany, ale znowu może dzielić się swoimi "mądrościami". Ten przykład dobitnie pokazuje, że prawo nie radzi sobie z takimi sprawami, bo jak inaczej to określić w przypadku, gdy człowiek, który jest oskarżony, przeciwko któremu zbierane są dowody, może nadal prowadzić czynny kanał i swoją nieuczciwą działalność. Wymiar sprawiedliwości jest bezsilny, a pole do nadużyć ogromne.
Aż trudno uwierzyć, w jakie treści są gotowi uwierzyć użytkownicy internetu, jeśli zostały one podane w atrakcyjny sposób.
Zdumiewa i niepokoi mnie to, że obserwujemy trend narastający, jeśli chodzi o brak zaufania i niechęć do profesjonalistów medycznych. Odnoszę wrażenie, że jest to podsycane w zorganizowany sposób. Od wybuchu pandemii COVID-19 szerzenie dezinformacji przybiera tylko na sile, a szacunek do zawodu lekarza spada i – co gorsze – zmierza w kierunku skrajnej niechęci.
Kolejna kwestia to umożliwianie obrzydliwego procederu żerowania na często śmiertelnie chorych, szukających pomocy osobach, które wpadają w sieci tzw. naturopatów. Oczywiście nie mam nic przeciwko osobom, które rzetelnie zajmują się gałęzią wiedzy dotyczącej ziołolecznictwa; bardzo to szanuję. Natomiast mówię o takich „specjalistach”, jak wspomniany wyżej człowiek.
Jest Pani osobą funkcjonującą w rzeczywistości wirtualnej i obserwującą pojawiające się w sieci trendy. Jak sama Pani wspomniała, wokół żywności i żywienia narosło wiele mitów. Które powtarzają się najczęściej i które są najbardziej szkodliwe?
Pierwszy mit, niestety podsycany przez przemysł związany z dobrym wyglądem, fitnessem, zdrowym starzeniem się, dotyczy patrzenia na otyłość przez pryzmat lenistwa, biedy intelektualnej, niechęci do zmiany. Negowanie faktu, że otyłość jest chorobą, stanowi wyraźny nurt w internecie. Bo przecież farmakoterapia otyłości jest zła, ponieważ zarabia na niej Big Pharma. Za to z drugiej strony promowane są setki suplementów i zabiegów, które mają poprawić sylwetkę i wygląd. Różnica polega na tym, że nie płacimy Big Pharmie, tylko komuś innemu. Absurd.
Kolejny mit to przecenianie roli diety ketogenicznej, która za sprawą dwóch lekarzy została rozpropagowana. Jest to jedna z diet proponowanych pacjentom pediatrycznym w lekoopornej padaczce. Jest sporo badań, które testują możliwości tej diety w wielu różnych schorzeniach, także onkologicznych, niemniej jednak jest to dieta bardzo trudna i absolutnie niezalecana bez bardzo konkretnych wskazań. Tymczasem mamy w sieci grupę, którą można określić mianem wyznawców tej diety. W dyskusji z nimi nie ma argumentów i kontrargumentów. Są strzeliste akty wiary.
No i trzecia, niezwykle zdumiewająca kwestia to popularność muchomora czerwonego. Na moim kanale przeprowadziłam serię rozmów na temat grzybów z prof. Bożeną Muszyńską, wybitną farmaceutką kliniczną, mykolożką i botaniczką. Okazuje się, że moda na jedzenie muchomora czerwonego przywędrowała do nas ze wschodu. Jest grono osób, które uważają, że jest to grzyb, którego spożywanie jest bardzo korzystne dla zdrowia. Rzeczywiście prowadzone są badania dotyczące terapeutycznego potencjału muchomora czerwonego i może on być jakąś nadzieją w leczeniu zaburzeń depresyjnych, co nie zmienia faktu, że nadal pozostaje grzybem trującym. Więcej, toksyny zawarte w muchomorze czerwonym kumulują się w organizmie człowieka.
Czyli tym bardziej popularne mikrodawkowanie może być groźne?
Szczególnie niebezpieczny jest wanad, którego w muchomorze czerwonym jest dużo, a jest to metal bardzo nefrotoksyczny. Mikrodawkowanie powoduje kumulację i w którymś momencie możemy przekroczyć Rubikon i napytać sobie dużej biedy. Jest to grzyb trujący i mimo że odkryto i potwierdzono pewne zastosowania w psychiatrii, takim pozostaje.
Warto też wspomnieć o diecie bezglutenowej i w ogóle o restrykcyjnych dietach w schorzeniach jelitowych. Nadal panuje na nie niczym nieuzasadniona moda i wokół nich narosło mnóstwo mitów. Wyznawcy pewnych diet odrzucają możliwość racjonalnego spojrzenia na ten temat. Niestety, zawód dietetyka nie jest uregulowany, w związku z tym każdy może mówić o sobie, że jest ekspertem i opowiadać przy tym bardzo szkodliwe dyrdymały. Tymczasem diety wykluczające wiele produktów prowadzą bardzo często do niedożywienia, szczególnie niedożywienia białkowego, a to też nie przynosi oczekiwanych rezultatów.
Ludzie fiksują się na pewnych schematach, bo potrzebują bardzo prostych recept na skomplikowane problemy. Nie ma diet, które mogą rozwiązać wszystkie problemy zdrowotne, ale na TikToku można spotkać ludzi, którzy oferują taki właśnie przekaz. Wyświetla mi się pewna osoba, która opowiada swoim odbiorcom, że chorowała na szereg przeróżnych chorób, m.in. na Hashimoto czy choroby zapalne jelit, i wyleczyła się stosując określone suplementy. Oczywiście można je od niej zakupić. Proste rozwiązanie.
Rozpoznawalność w sieci ma też swoje mroczne strony, bo właśnie Pani wizerunek został wykorzystany do promowania niewiadomego pochodzenia suplementów.
Było to dla mnie zdumiewające i bardzo mnie zdenerwowało, bo nagle na spreparowanym z wykorzystaniem AI filmie byłam przedstawiana jako ekspert zachęcający do stosowania określonych suplementów. Przerażające jest to, że ani nasze prawo, ani Meta, ani YouTube nie chronią twórców. Nie ma narzędzi, żeby walczyć z oszustwami wykorzystującymi technologię deepfake. Jedyne co mogłam zrobić, to poinformować swoich odbiorców we wszystkich mediach społecznościowych, że nie promuję ani nie sprzedaję danego produktu. Na razie nie jestem w stanie zrobić nic więcej; mogę tylko ludzi rzetelnie ostrzegać.
Ale były też pewne pozytywy tej sytuacji…
Jakie?
Zaczęli odzywać się do mnie zdziwieni ludzie z pytaniami, czy rzeczywiście to ja reklamuję te suplementy. To dzięki nim dowiedziałam się o tej sytuacji. Wielu użytkowników internetu nie daje się nabrać. Oznacza to, że mamy w sieci odbiorców świadomych, krytycznych. Z drugiej strony, część użytkowników zostanie oszukanych. I nic nie mogę z tym zrobić, bo jak powiedziałam, nie ma narzędzi prawnych, poprzez które mogę pociągnąć twórców fałszywych treści do odpowiedzialności. Jesteśmy zatem bezbronni i jedyną naszą obroną jest zgłaszanie takich kont i zamieszczanie ostrzeżeń na swoich kanałach. Mam wrażenie, że dojrzewamy do tego, aby wypracować rozwiązania legislacyjne chroniące zarówno twórców cyfrowych, jak i użytkowników. Nastąpi to lada chwila.
Bo nie mamy jako społeczeństwo kompetencji do tego, aby odróżnić wiarygodne źródła informacji od dezinformacji, produktu technologii deepfake od prawdziwych nagrań.
Zawsze będzie pewna grupa osób, które są łatwowierne i dla których wystarczy, że jakieś treści podawane są w atrakcyjny sposób i przez ludzi, którzy ładnie wyglądają, aby zostały ocenione jako wiarygodne. Ważne jeszcze jest to, żeby przekaz był emocjonalny. Wartość merytoryczna niestety ma drugorzędne znaczenie.
Natomiast wykorzystywanie wizerunku osób, którym zależy na wiarygodnym przekazie, to już kolejny poziom tworzenia alternatywnej rzeczywistości. Wiem, że dotyczy to także wielu innych osób. Np. Martyna Wojciechowska padła ofiarą takich działań.
Cena sławy.
Oczywiście cieszy mnie to, że moje filmy są oglądane i komentowane. Dzięki temu mogę propagować treści oparte na badaniach. Oznacza to też, że w większym stopniu jestem narażona na tego typu oszustwa. Dodatkowo przerażające jest to, z jak dużą niechęcią znaczna część społeczeństwa podchodzi do naukowych faktów i środowisk, które je propagują. Niepokojące są oskarżenia kierowane pod adresem lekarzy. Takie ataki nie przyniosą niczego dobrego.
Najgorsze jest jednak żerowanie na ludzkiej naiwności i nieszczęściu, dlatego właśnie prowadzę swój kanał, żeby pomagać odróżniać oszustwa od treści znajdujących potwierdzenie w nauce.
Jestem fanką rozwiązań chińskich, gdzie na dany temat mogą wypowiadać się osoby, które mają odpowiednie wykształcenie, czyli podstawy do wypowiadania się. Świetnie byłoby, gdyby regulacje przeciwdziałające dezinformacji zostały wprowadzone także w Polsce. Z drugiej strony warto promować te osoby, które z pasją dzielą się wiedzą opartą na faktach naukowych. Na szczęście takich ludzi jest w przestrzeni internetowej również bardzo dużo.
Rozmawiał Jerzy Dziekoński