Właściciele publiczni nie zawsze (to eufemizm) rozumieją, co dobija ich szpitale i jakie inne opcje są możliwe (de facto: konieczne).
Premier kładzie przed lekarzami 76 tys. zł, zapewniając, że to „europejski top”. Jednak ten top oznacza – jak mówił Donald Tusk – pracę w wymiarze dwóch etatów. To nie jest już europejski top.
Wprowadzamy porządek w służbie zdrowia! – ogłasza z triumfem oficjalny profil Koalicji Obywatelskiej… po 2,5 roku rządów, akcentując jeszcze: „koniec z fikcyjnymi etatami w ochronie zdrowia”. Rodzi to uzasadnione podejrzenie, że ktoś odpowiedzialny za przekaz partii wie, że coś i gdzieś dzwoni, ale co dokładnie i gdzie – to już nie bardzo.
Analizę tego, co minister zdrowia, wspierana przez współpracowników, powiedziała, należałoby poprzedzić pytaniem ogólnym o wiarygodność. W dwóch zresztą wymiarach.
Zmiana na stanowisku ministra zdrowia – a do pewnego stopnia również na stanowisku prezesa NFZ – w tej chwili się zwyczajnie nie opłaca, bo mogłaby oznaczać przedwczesne „spalenie” następców. Do podjęcia są bardzo trudne decyzje.
Biały fartuch to nie immunitet. Lekarz powinien odnawiać zaufanie, nie tylko dyplom.
Premier podobno dojrzał do nieodkładania decyzji personalnych na szczytach systemu ochrony zdrowia i giełda nazwisk ruszyła pełną parą.
Co – i czy cokolwiek – wydarzy się we wtorek, czy też premier będzie musiał podjąć decyzje personalne, na przykład w środę? Jakich precyzyjnych rekomendacji oczekuje premier w obszarze ochrony zdrowia, skoro w zasadzie Ministerstwo Zdrowia już powiedziało, jakimi pomysłami dysponuje?
Uważam, że protesty są obecnie najgorszym z możliwych rozwiązań – pisze prezes Naczelnej Rady Lekarskiej dr Łukasz Jankowski.
Przestańmy zastanawiać się, jak kolejny raz ratować szpitale. Zacznijmy wspólnie budować system, w którym ratowanie nie będzie już potrzebne – apeluje prezes Zarządu Związku Powiatów Polskich Andrzej Płonka.
Można było mieć nadzieję graniczącą z pewnością, że premier jest już po niejednej poważnej rozmowie z kierownictwem NFZ. W temacie wręcz się narzucającym, czyli luki finansowej, opiewającej w tej chwili na 16-17 mld zł, i tego, w jaki sposób ma ona zostać do końca roku zniwelowana. Jeśli ustalono, że chleba nie ma i nie będzie, muszą być igrzyska.
Sygnalista nie musi być święty. To państwo musi umieć sprawdzić sygnał.
W medycynie wiadomo: leczenie objawów bywa konieczne, ale bez rozpoznania przyczyny choroba wraca. Tak samo jest z polską ochroną zdrowia. Potrzebujemy mniej spektakularnych „cięć skalpela”, a więcej cierpliwej, wielopoziomowej i mierzalnej reformy.
Zaplanowane na 1 lipca br. uruchomienie Centralnego Rejestru Umów (CRU) obnaża głęboką hipokryzję obozu władzy.
Afera w warszawskim szpitalu jak w soczewce pokazała może nie wszystkie, ale istotne problemy systemu ochrony zdrowia, a przede wszystkim – brak nadzoru, brak wiedzy ze strony tych, którzy taką wiedzę na temat bezpieczeństwa i jakości świadczeń powinni posiadać (i wyciągać z niej wnioski).
Wstępne wyniki kontroli NIK potwierdzają nieprawidłowości w szpitalach dotyczące m.in. czasu pracy lekarzy i kominów zarobkowych. Na pewno nie można udawać – a niestety premier Donald Tusk najwyraźniej to robi – że mamy do czynienia z jakimś nowym zjawiskiem i nowym problemem.
W naprawie sytuacji w ochronie zdrowia pomogłoby ujawnienie wysokości kontraktów finansowanych ze środków publicznych – uważa co piąty z nas. – Polacy żądają jawności kontraktów – komentują media, jednak odsetek tych, którzy widzą w tym remedium na problemy, wcale nie jest miażdżąco duży.
Rządowa opowieść o ochronie zdrowia od dłuższego czasu przypomina grę w trzy kubki: przesuwane szybko argumenty mają sprawiać wrażenie kontroli, choć w rzeczywistości coraz trudniej wskazać, gdzie ukryta jest prawda.
Zbieranie danych o wynagrodzeniach pracowników ochrony zdrowia na PESEL prawdopodobnie jeszcze w lipcu stanie się obowiązującym prawem i nikt nie ukrywa, że to zaledwie początek.
Zapraszam do przeczytania mojego kolejnego felietonu, tym razem odnoszącego się do bardzo aktualnego tematu wynagrodzeń w ochronie zdrowia.