Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Problemy osób niepełnosprawnych intelektualnie – własne obserwacje

Problemy osób niepełnosprawnych intelektualnie – własne obserwacjeOcena: (3.00/5 z 2 ocen)
20.11.2018
Anna Dymna
aktorka, założycielka i prezes Fundacji „Mimo Wszystko”

Jak cytować: Dymna A.: Problemy osób niepełnosprawnych intelektualnie – własne obserwacje. Med. Prakt., 2018; 11: 108–113

Od Redakcji: Artykuł przygotowany na podstawie wystąpienia Autorki na XI Sympozjum „Dylematy etyczne w praktyce lekarskiej – rola lekarza w opiece nad osobami niepełnosprawnymi intelektualnie” (Kraków, 17 maja 2018 r.), zorganizowanym przez wydawnictwo Medycyna Praktyczna i Towarzystwo Internistów Polskich we współpracy z Polskim Towarzystwem Opieki Duchowej w Medycynie, Międzywydziałowym Instytutem Bioetyki Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, Komisją Etyki Lekarskiej Naczelnej Rady Lekarskiej, Okręgową Izbą Lekarską w Krakowie oraz Fundacją Anny Dymnej „Mimo Wszystko”.

Od Redakcji: Sympozjum otworzyło przedstawienie teatralne „Franek z Doliny Słońca” w wykonaniu Teatru „Radwanek” działającego w podkrakowskich Radwanowicach. To grupa dorosłych osób niepełnosprawnych intelektualnie, podopiecznych Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko” oraz Fundacji im. Brata Alberta, które na co dzień uczestniczą w zajęciach ośrodka terapeutyczno-rehabilitacyjnego „Dolina Słońca”.

Dziękuję za oklaski – przede wszystkim w imieniu moich aktorów. Te chwile, gdy kłaniają się publiczności po spektaklu, to momenty ich prawdziwego szczęścia. Czują się ważni, potrzebni, doceniani i kochani – rzadkie uczucie w ich życiu. Chociaż wiem dobrze, że dla wielu moich aktorów zagranie najprostszej sceny jest ogromnym wyzwaniem i wysiłkiem, to jednak udział w spektaklu staje się dla nich radością, prawdziwym lekiem na ból istnienia. Bardzo też lubią trzymać po spektaklu mikrofon i „udzielać wywiadów”... choć niektórzy nie umieją mówić lub wydają tylko niezrozumiałe dźwięki. Swoją radością wyrażają jednak wszystko. Teraz, choć nie mają w rękach mikrofonów... dziękują za to, że widzowie poświęcają im czas, że patrzą na nich, uśmiechają się i biją brawa.

Najpierw wytłumaczę... Może przeproszę, że w ogóle tutaj stoję i do Państwa mówię. Na sali siedzą przecież sami fachowcy: lekarze, etycy, psychologowie. Jestem aktorką, człowiekiem trochę z innego świata, amatorem i laikiem w dziedzinie medycyny oraz psychologii. Zupełnie przez przypadek, 20 lat temu, stanęłam naprzeciwko osób z niepełnosprawnościami intelektualnymi. Zaprzyjaźniłam się z nimi, poznałam ich los. Dziś mogę się tylko z Państwem podzielić – jako zwykły człowiek – moimi odczuciami, spostrzeżeniami; opowiedzieć, co się dzieje ze mną, gdy z nimi jestem.
Powiem Państwu szczerze, że odmienili moje życie. Otworzyła się przede mną nieznana przestrzeń. Bardzo dużo się od nich nauczyłam. Bardzo wiele zrozumiałam.
Za komuny nie miałam żadnego kontaktu z ludźmi niepełnosprawnymi. Nie było ich w naszej codzienności. Wiem, że państwo otaczało ich jakąś opieką... mieli za darmo rehabilitację, leczenie, ale byli izolowani od „szczęśliwego”, zdrowego społeczeństwa. Ludzi niepełnosprawnych po prostu na ulicach i z nami nie było – zaburzaliby bowiem wizerunek komunistycznego kraju szczęśliwości. Pamiętam, jak kiedyś – byłam już dorosłą kobietą – na pustej plaży nad Bałtykiem zobaczyłam dziwną rodzinę: ojciec i matka z dorosłym, może 27-letnim synem, który był cały powykrzywiany, wykonywał dziwne ruchy, pełzał po piasku, wydawał z siebie nieartykułowane okrzyki, łkania, jęki. A ojciec z matką śmiali się razem z nim. Wyglądali na bardzo szczęśliwych. To był dla mnie przerażający widok, szok. Nie rozumiałam, że ten mężczyzna ma porażenie mózgowe, że ma z rodzicami wspaniały kontakt, że wszystko rozumie, że naprawdę jest szczęśliwy. Tyle tylko że ma „zepsuty komputer przekaźnikowy”. Teraz już wiem, że często tacy ludzie są bardziej inteligentni od wielu z nas. Niestety, nadal w naszym społeczeństwie bardzo wiele osób w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że obok żyją ludzie z różnymi niepełnosprawnościami. Nie wiedzą nic. Niby skąd mają to wiedzieć? Ludzie chorzy na schizofrenię, depresję, z porażeniami mózgowymi czy zespołem Downa, Tourette’a albo z chorobą Huntingtona są wrzucani do jednego worka. Często więc spotykają się po prostu z określeniem „nienormalny”, „wariat”, „głupek”. A to przecież wrażliwi ludzie, którzy mają uczucia, marzenia, emocje.

Znam wiele osób po porażeniu mózgowym, które pokończyły studia, nawet parę fakultetów, a często są traktowane tak, jakby były niespełna rozumu. Po prostu: jakby nic nie umiały, niczego nie rozumiały. To okrutne upokorzenie. Od lat sytuacja osób niepełnosprawnych jednak się poprawia. Przede wszystkim pojawiły się one w naszej rzeczywistości, wyszły z ukrycia. Są wokół nas, na ulicach, w restauracjach, kinach, teatrach. Mówi się o nich coraz więcej. Nie możemy już udawać, że ich nie ma. I to jest bardzo ważne. O ich problemach wciąż jednak wiemy bardzo mało. Często nie chcemy wiedzieć. Wolimy się odwrócić i uciec. Instynktownie boimy się przecież bólu, inności, niepełnosprawności. Niejednokrotnie dopiero los zmusza nas, by się zastanowić nad sytuacją człowieka niepełnosprawnego... gdy na przykład w rodzinie albo w najbliższym otoczeniu ktoś ma taki problem. Świadomość społeczna rośnie też dzięki dyskusjom w mediach, choćby teraz, podczas drugiego już protestu opiekunów i osób niepełnosprawnych w Sejmie. Jest afera, więc wszyscy o tym mówią, zajmują stanowiska. Dzięki temu wielu obywatelom nagle otwierają się oczy: dowiadują się, że obok nas żyją ludzie chorzy, bezradni, na pograniczu nędzy, ludzie, którzy czują się niepotrzebnym balastem i muszą walczyć, krzyczeć, by móc godniej żyć.

Czy kontakt z osobami niepełnosprawnymi jest łatwy? Różnie bywa. Mogę tylko powiedzieć, jak ja przeżyłam pierwsze spotkanie z takimi osobami. To było zupełnie przez przypadek, chyba jesienią 1999 roku. Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski zaprosił mnie do Radwanowic na przegląd twórczości teatralno-muzycznej osób z niepełnosprawnością intelektualną, który się odbywał w ośrodku prowadzonym przez Fundację im. Brata Alberta. Ksiądz Tadeusz jest prezesem tej fundacji. Bałam się. Przecież nie znałam takich ludzi. Nie wiedziałam, jak do nich mówić, co zrozumieją. W dodatku byłam przyzwyczajona, że ludzie zwykle mnie rozpoznawali, obdarzali życzliwością dzięki rolom w „Znachorze” albo „Nie ma mocnych”. Znajdę się nagle na obcej planecie, gdzie nikt nie wie, kim jestem – myślałam. A jednak głupio mi było odmówić. Księdza nie znałam jeszcze wtedy na tyle, by do niego zadzwonić i zwierzyć się ze swoich obaw. Spotkanie miało się odbyć w poniedziałek. Ksiądz wiedział, że w te dni nie mam spektaklu. Poza tym bardzo chciałam poznać takich ludzi. Często o nich czytałam. Nie mogłam sobie wyobrazić, co znaczą słowa lekarza, który stwierdził, że kontakt z ludźmi niepełnosprawnymi intelektualnie to najlepsza nagroda za trudy jego pracy. Pojechałam więc.

Był piękny, słoneczny dzień. Między budynkami starego dworku, na placyku, stała scena pod namiotem. I rzeczywiście znalazłam się na innej planecie. Otoczyły mnie dziesiątki ludzi: dorosłych, dzieci... Całowali mnie, tulili się do mnie, coś wykrzykiwali, powtarzali różne słowa, których początkowo nie rozumiałam. Ktoś mnie poznał: „O, Ania! Znam cię z telewizora!”. Ktoś krzyknął: „O! Mama!”. Ktoś inny opowiadał mi coś bardzo rozgorączkowany, ktoś śpiewał, ktoś się śmiał, ktoś płakał. Przed dwie, trzy minuty myślałam: „Zwariuję zaraz, nie wytrzymam”. Ale nie mogłam przecież uciec. I nagle coś dziwnego się ze mną stało. Poczułam się potrzebna i kochana jakoś tak po prostu. Ktoś się cieszył tylko dlatego, że jestem. A to, co potem zobaczyłam na scenie, przeszło wszelkie moje oczekiwania, obaliło moje pojęcie o sztuce, o prawdzie na scenie, o pięknie. Przegląd trwał bardzo długo. Byłam w jury, więc wyjątkowo uważnie rejestrowałam wszystko, co się działo. Ludzie dorośli, dzieci, z różnymi zresztą niepełnosprawnościami, śpiewali, tańczyli, grali... choć wielu nie potrafiło nawet mówić. Grali całymi sobą. Całą swoją radością. Całą swoją bezradnością. Zobaczyłam jakieś dziwne piękno, którego nie umiałam opisać, pojąć... Takie obnażone, czyste, wzruszające. Gdy stamtąd wracałam, bolała mnie głowa, miałam gorączkę i Bogu dziękowałam, że moje dziecko jest zupełnie zwyczajne. Pamiętam: miałam mieszane uczucia. Ale od tamtej pory już nigdy o tych ludziach nie zapomniałam. Zaczęłam jeździć do Radwanowic, do podopiecznych księdza Isakowicza-Zaleskiego. Pokazali mi, co robią na warsztatach terapeutycznych. Okazało się, że terapeutki prowadzą teatrzyk „Radwanek”. Pomyślałam: „Może bym im pomogła. W końcu uczę studentów, ponad 30 lat jestem aktorką, to może się im przydam”. I zaczęłam robić z „Radwankiem” spektakle. Pierwsze przedstawienie – „Stworzenie świata” – pozwoliło mi bliżej poznać moich nowych przyjaciół.

Oni pomogli mi popatrzyć inaczej na siebie, na moje życie. Zrozumiałam, jak czasem głupio żyję, jak często wszystko komplikuję swoim wyrafinowanym, zdrowym mózgiem; jaka bywam nierzadko zakłamana, jak często nie mówię prawdy, bo to się nie opłaca, bo nie wypada. Oczywiście, nie mogłabym reagować jak oni, tak się zachowywać. Przecież wielu z nich nie zna miejsca, godziny, nie zdaje sobie sprawy ze skutku, jaki ich zachowanie wywoła. Oni reagują wprost, odruchowo... choć nierzadko jest to całkowicie nie na miejscu. Ale zauważyłam, że bardzo często mam się ochotę zachować tak jak oni, tylko mi po prostu nie wypada. Czasem chciałabym, ot tak, bez powodu, przytulić się do kogoś i popłakać. I nie odpowiadać na pytanie: „Dlaczego płaczesz?”. Często się zdarza, że któryś z moich podopiecznych przytula się do mnie i płacze. Pytam: „Co się stało?”. „Nie wiem” – pada odpowiedź. „A długo będziesz płakać?” „Nie wiem”. „To płacz sobie spokojnie” – mówię. Łzy się leją rzęsiste. Odzież mam mokrą. I nagle słyszę: „Aniu! Już!”. A potem śmiech: „Już dobrze”. Też się tak podobno zachowywałam, gdy byłam dzieckiem. Popłakałam sobie chwilę, raz na kilka miesięcy, i... mogłam się spokojnie uśmiechać przez trzy następne. Pokochałam ich. Choć praca nad spektaklami jest bardzo trudna. Nie wiem, czy Państwo sobie zdają sprawę z tego, że ich przedstawienia, które trwają od kwadransa do pół godziny, to są dla nich szczyty Kilimandżaro. Są bardzo chorzy. Poza niepełnosprawnością intelektualną mają wiele sprzężonych chorób. Wielu przyjmuje bardzo silne leki. Przeważnie nie mają zdolności aktorskich, niektórzy nie posiadają żadnych umiejętności. A w dodatku na scenie muszą się skupić, muszą się nauczyć powtarzać ruchy, sytuacje – precyzyjnie i z ochotą. I to jest największy problem. Są bardzo wrażliwi. Na każdej próbie są w innym nastroju – to zależy od pogody, ciśnienia, od małych, błahych niby rzeczy. Często nie pamiętają tego, co zostało ustalone. Ale terapeutki, które na co dzień z nimi pracują, potrafią i tego ich nauczyć. Podziwiam je.

Z czasem zauważyłam, że ten nasz teatr jest dla naszych podopiecznych wspaniałym lekarstwem. Działania na scenie w jakiś magiczny sposób porządkują chaos, w którym żyją. Czują się potrzebni. Ale muszą wiedzieć – każdy na miarę swojego pojmowania – po co stoją na scenie, kim są, kogo lubią, kogo się boją. Moi niepełnosprawni aktorzy lubią wspaniałe, kolorowe kostiumy, piękną muzykę, makijaże, jasne znaki, które im podpowiadają, co mają robić w każdym momencie. Dziś o godzinie 9 mieliśmy próbę. Wszyscy byli nieprzytomni, chyba z nerwów. A teraz już widzieliście: dawali z siebie wszystko, precyzyjnie wykonywali swoje zadania. Bo zobaczyli Was, zobaczyli widownię, uśmiechniętych ludzi, którzy są tutaj po to, by ich oglądać. Moi podopieczni udowadniają mi na każdym kroku, jak bardzo człowiek potrzebny jest człowiekowi.

Wiem, że oni nigdy nie będą inni. Nie skończą studiów, nie założą rodzin. Są na stałe uszkodzeni. Ale mogą być albo smutni i umierać w wieku trzydziestu pięciu lat, albo uśmiechnięci. I chociaż momentami, tak jak dziś, czuć się szczęśliwi. Warsztaty terapeutyczne to miejsce, w którym znajdują radość oraz sens życia. Dlatego założyłam swoją fundację. Kiedy dowiedziałam się, że na mocy kolejnej nowelizacji ustawy o zatrudnieniu i rehabilitacji ludzi niepełnosprawnych intelektualnie 26 osób, podopiecznych ks. Isakowicza-Zaleskiego, straci prawo do korzystania z zajęć na warsztatach terapeutycznych, nie mogłam uwierzyć. Według nowej ustawy ludziom, którzy od państwa otrzymują spanie i jedzenie, nie należy się nic więcej. Wyobraziłam sobie, że będą się kiwać przy ścianach, nikomu niepotrzebni, że nie będą mogli chodzić na warsztaty, bo nie ma kto za nie zapłacić, i będą szybko umierać w tej beznadziei, jak kiedyś. Jak to możliwe? Nie można do tego dopuścić. Przecież stracą sens i radość życia. Warsztaty terapeutyczne, jak mówią niektórzy, to najpiękniejsza zdobycz młodej polskiej demokracji. Wreszcie ktoś zajął się tymi ludźmi, bo zauważył w nich ludzi, zobaczył, że oni powinni też coś robić i mieć swój świat. Wtedy, bez głębokiego zastanowienia, założyłam fundację, żeby te osoby nie zauważyły, że się je wyrzuca na obrzeża rzeczywistości. We wrześniu 2003 roku powstała fundacja „Mimo Wszystko”. W lutym 2004 roku otworzyłam Warsztaty Terapii Artystycznej. Podopieczni w ogóle się nie zorientowali, że ktoś ich czegoś chciał pozbawić. W tamtym czasie ksiądz Tadeusz udostępnił mi 100 metrów kwadratowych w swoim dworku w Radwanowicach. Współpracujemy już 15 lat. Razem organizujemy Ogólnopolski Festiwal Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób Niepełnosprawnych Intelektualnie „Albertiana”, który wymyśliłam, kiedy jeszcze nie miałam fundacji. Tutaj, na tej pięknej scenie, odbywają się finały tego festiwalu – od 2000 roku. Co roku oglądam najlepsze przedstawienia z pięciu regionów Polski. Widownię wypełniają osoby niepełnosprawne intelektualnie ze wszystkich stron naszego kraju. Czekam na ten dzień przez cały rok. To prawdziwe święto, magiczne, pełne prawdziwych emocji i wielkiej radości. Daje mi ono siłę na cały rok. Widzę, że ci ludzie mogą być naprawdę szczęśliwi.

Jednak działania na rzecz osób z niepełnosprawnościami intelektualnymi są naprawdę bardzo ciężkie. Pozyskiwanie dla nich pieniędzy, przekonywanie, że warto im pomagać, że to naprawdę ważne, by mogły się uśmiechać, jest karkołomne. Często beznadziejne. Społeczna świadomość problemów osób z zespołem Downa jest żałosna. Chyba z 70% ludzi uważa, że „Downem” można się zarazić. Zdarza się, że nauczycielki w szkołach integracyjnych albo rodzice mówią dzieciom: „Nie dotykaj Małgosi, bo się zarazisz Downem”. To się w głowie nie mieści. Przez 15 lat prowadzenia fundacji kilka razy usłyszałam od naprawdę inteligentnych dziennikarzy – oczywiście, gdy kamera i mikrofon były już wyłączone – pytanie: „Tak pani ładnie mówi o misji, o swoich podopiecznych, ale jednak nie rozumiem, po co pani miliony społeczne wydaje na debili, którzy przecież nie rokują”. Kiedy usłyszałam to po raz pierwszy, zatkało mnie. Nie da się tego przecież wytłumaczyć racjonalnie człowiekowi, który ma tylko mózg bez dostępu do serca. Jak odwoływać się do uczuć? Bez sensu, to zakrawa na egzaltację. Przecież nasi podopieczni to są ludzie, którzy nawet o pomoc nie potrafią poprosić, całkiem bezradni i bezbronni. I chyba właśnie takie osoby powinniśmy w pierwszej kolejności otoczyć opieką. Dla mnie to oczywiste.

O sytuacji i godnym życiu takich osób w Polsce będą tu dzisiaj mówili specjaliści, rodziny... Powiedzą to lepiej ode mnie. Znam wiele dramatycznych losów całych rodzin dotkniętych takim problemem. W tamtym roku robiłam koncert na Rynku, w ramach dni integracji, pod hasłem: „Zwyciężać mimo wszystko”. Zajęłam się sytuacją opiekunów osób niepełnosprawnych. Jedną z bohaterek była 70-letnia matka dwójki dzieci: 50-letniej córki z częstymi ostrymi atakami padaczki, ograniczonej umysłowo, wymagającej całodobowej opieki osób trzecich, i syna po czterdziestce z zespołem Downa. Mąż tej pani umarł niedawno na raka. Jest jedyną opiekunką swoich dzieci. Radzi sobie, ale czas mija i nie wie, co się z nimi stanie, gdy jej zabraknie. Usiłowała się tego dowiedzieć, ale nikt w tym państwie nie jest w stanie zagwarantować jej dzieciom choćby pobytu w tym samym domu pomocy społecznej. Matka usłyszała: „Jak będzie miejsce, to będą razem. A jak nie będzie miejsca, to w różnych. Trudno”. Czyż nie jest to okrutne? Matka powiedziała mi, że nie będzie mogła nawet spokojnie umrzeć.

Teraz znów odbył się protest osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie. Proszono mnie, bym skomentowała tę akcję. Co tu mówić? Cztery lata temu był taki sam protest i nic się nie zmieniło. Gdybym miała małe państewko – dużego nie potrafiłabym ogarnąć – to uruchomiłabym takie mechanizmy, systemy, by w pierwszej kolejności otoczyć opieką osoby bezradne, najbardziej pokrzywdzone przez los. Ale najpierw musiałabym dokładnie wiedzieć, ilu jest takich ludzi, w jakiej są sytuacji, w jakim stanie, czego im potrzeba, by mogli godnie żyć i czuć się potrzebni. A u nas w kraju przecież wielu przewlekle chorych nie ma nawet orzeczeń o niepełnosprawności. Ale do tego, by coś takiego uruchomić i wprowadzić w życie, potrzebny jest spokój, dogłębne poznanie tematu, życzliwość. I musi być to sprawa całkowicie apolityczna, ponad wszelkimi podziałami, przekonaniami, nienawiścią. Inaczej się nie uda. Cierpienie ludzkie nie może być argumentem w politycznych przepychankach.
Wiem jedno: gdy moi podopieczni się uśmiechają, to i moje życie staje się jaśniejsze, lepsze.

Póki więc starczy mi życia i sił, będę robić swoje. Jeśli takim działaniom towarzyszy radość, życzliwość, można „przenosić góry”. Wokół fundacji „Mimo Wszystko” skupiło się już wielu przyjaciół. Z jednoprocentowych odpisów, dzięki zaufaniu tysięcy ludzi z całej Polski, wybudowaliśmy Dolinę Słońca – piękne, nowoczesne warsztaty terapeutyczne w Radwanowicach na terenach otrzymanych od księdza Isakowicza-Zaleskiego. Z ośrodka korzystają podopieczni obu naszych fundacji – Brata Alberta i „Mimo Wszystko”. Wybudowaliśmy też warsztaty nad morzem, w gminie Choczewo... Mamy wiele dalszych planów. Ludzie w Polsce naprawdę chcą pomagać. Podczas naszego przedstawienia słyszeliście dzisiaj głosy moich wspaniałych kolegów, aktorów Narodowego Starego Teatru; nie wyliczę ich wszystkich. Pomagają mi oni od lat. Andrzej Zarycki pisze muzykę do naszych spektakli, Maciej Wojtyszko – teksty piosenek, Ryszard Melliwa robi wspaniałą scenografię i kostiumy. A Festiwal Zaczarowanej Piosenki? Przecież ci wszyscy wspaniali artyści, którzy wspierają naszych niepełnosprawnych wokalistów, cieszą się, że mogą być z nami. Jeszcze mi za to dziękują. Wiele razy słyszałam: „Aniu, zobaczyłam na tym festiwalu, że ludzie tzw. niepełnosprawni to zwyczajne osoby, pełne radości, energii, dobrze żeś mi to pokazała: że tych ludzi się nie należy bać, że to są normalni ludzie”. Kontakt z takimi osobami jest nam wszystkim bardzo potrzebny. Naprawdę. Wiele się od nich możemy nauczyć, wiele rzeczy dostrzec i sobie uzmysłowić. Jesteśmy sobie naprawdę nawzajem bardzo potrzebni.

osoby z niepełnosprawnością intelektualną to tak naprawdę są prawdziwe brylanty, które świat pojmują sercem... Jakże często nie zauważamy ich istnienia.

Oni mają w sobie zakodowane najczystsze, niczym niezmącone człowieczeństwo. Niczego nie zniszczą mózgiem, nie zmanipulują żadnych uczuć, nie skorygują odruchów, bo po prostu nie potrafią tego zrobić. Otworzyli mi oczy na wiele, wiele spraw. Nagle zaczęłam myśleć o tym, gdzie jest prawdziwy sens życia, co jest w życiu naprawdę warte. Zrozumiałam, że nie wolno tracić czasu na nienawiść, na złość. Jest tyle rzeczy do zrobienia. Oczywiście, nie wiem, co bym mówiła, gdybym była z nimi każdego dnia. Mam przecież poza nimi mój świat, mój zawód. Najbardziej podziwiam terapeutki – Jolę, Marysię – które są z nimi codziennie. Praca z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie jest bardzo męcząca, trzeba mieć dużo cierpliwości, sił, miłości. W dodatku nie odnosi się z nimi żadnych spektakularnych sukcesów. Mają czasem lepsze chwile, ale za chwilę wracają w swoje „dołki”... Są, jacy są, i takich ich trzeba zaakceptować i kochać.

Trzeba się na nich otworzyć, nie dziwić, nie potępiać, nauczyć się ich wielu niezmiennych zachowań. A wiem o tym, że lekarze, choćby dentyści, bardzo często w ogóle nie chcą leczyć osób niepełnosprawnych intelektualnie, nie umieją z nimi rozmawiać, porozumiewać się, walczyć z ich lękiem. Nasi podopieczni są rzeczywiście bardzo kłopotliwymi pacjentami, wymagają specjalnej opieki i specjalnego podejścia. Trzeba dużo więcej czasu, by móc ich leczyć. Jak to zrobić w tym oszalałym tempie, kiedy lekarz ma dla pacjenta coraz mniej czasu? Myślę, że potrzebne są specjalne przepisy i konkretny system.

Mogłabym mówić o tych ludziach naprawdę godzinami. Wiem jedno: są godni szacunku i miłości. Powinniśmy zrobić wszystko, by choć chwilami mogli się uśmiechać.

Problemy osób niepełnosprawnych intelektualnie – własne obserwacjeOcena: (3.00/5 z 2 ocen)
Zobacz także