Na potrzeby pacjentów zakażonych koronawirusem państwo zakupiło 200 tysięcy pulsoksymetrów. W tej chwili używanych jest ok. 32 tysiące, z czego w pełni – co piąty. W pełni, czyli używająca go osoba przekazuje odczyty saturacji krwi do centrum monitorowania. Czy to satysfakcjonujące wyniki?

Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
W środę Ministerstwo Zdrowia przekazało podczas posiedzenia Komisji Zdrowia informacje na temat programu Domowej Opieki Medycznej. Zgodnie z jego założeniami, pacjenci powyżej 55 roku życia, u których test wykazał zakażenie SARS-CoV-2, automatycznie są kwalifikowani do monitorowania saturacji – i otrzymują za pośrednictwem Poczty Polskiej rządowe pulsoksymetry. Powinni zarejestrować urządzenie, ściągnąć aplikację i przekazywać odczyty – nawet kilka razy na dobę – do centrum monitorowania. Do programu mogą przystąpić również młodsze osoby, zwłaszcza z chorobami współistniejącymi (często takie rozwiązanie sugerują lekarze POZ, którzy również mają możliwość monitorowania stanu swoich pacjentów).
Dotychczasowe doświadczenia nie napawają optymizmem: o ile dystrybucja przebiega sprawnie, to lwia część pacjentów nie korzysta z urządzeń, albo korzysta połowicznie (sprawdza saturację, ale nie przekazuje odczytów).
To stawia pod znakiem zapytania sens programu, który miał umożliwić monitoring stanu pacjenta i ograniczyć ryzyko, że w zbyt poważnym stanie trafią do szpitala ci, którzy wymagają tlenoterapii i innego specjalistycznego leczenia. Jak to jednak osiągnąć, skoro pacjenci nie wykorzystują możliwości, jakie daje program? – Zadzwoniliśmy do pacjentów, by dowiedzieć się, z czego to wynika. Słyszeliśmy najczęściej od pacjenta „dobrze się czuje, nie mam takiej potrzeby, by z pulsoksymetru korzystać” – mówiła podczas posiedzenia Komisji Zdrowia Anna Goławska, wiceminister zdrowia. – Nie mamy możliwości zmuszania ludzi do programu – stwierdziła.