Belka w oku

26.03.2021
Małgorzata Solecka
Kurier MP

Sytuacja jest krytyczna, system ochrony zdrowia stoi na krawędzi wydolności – tak premier Mateusz Morawiecki uzasadniał w czwartek konieczność wprowadzenia nowych obostrzeń. Skoro jest tak źle – a jest! – dlaczego rząd nie zdecydował się na wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, który zdecydowanie pomógłby egzekwować nie tylko nowe, ale wszystkie obostrzenia? To zagadka, zwłaszcza w kontekście zapowiedzi premiera, że „nie wyklucza takiego kroku”, jeśli sytuacja za dwa, trzy tygodnie się pogorszy.

Premier Mateusz Morawiecki podczas konferencji prasowej dotyczącej obostrzeń, 25 marca 2021 r. Fot. Adam Guz / KPRM

Czwartkowa konferencja prasowa premiera i ministra zdrowia nie przyniosła żadnych informacji, które nie byłyby wcześniej przez media zapowiedziane i po wielokroć w ciągu poprzedniej doby przeanalizowane. Zamknięcie przedszkoli i żłobków (pozostaną otwarte tylko dla dzieci osób bezpośrednio zaangażowanych do walki z pandemią), ograniczenia w handlu i usługach, niewielka korekta limitów w obiektach kultu religijnego to nie jest jeszcze pełny lockdown, choć Polska znalazła się blisko szczytu listy państw o najgorszej sytuacji epidemicznej, zarówno pod względem liczby zakażeń, jak i liczby zgonów. Wydawać by się mogło, że w tej tragicznie trudnej sytuacji rząd skupi się na podejmowaniu decyzji, które mogłyby zażegnać, lub przynajmniej złagodzić, kryzys. Na przykład Ministerstwo Zdrowia zwolni tysiące lekarzy z obowiązku zdawania ustnego PES, by po pisemnej części egzaminu mogli w 100 procentach poświęcić się pracy.

Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Zamiast tego premier przypuścił atak na prywatny sektor zdrowotny (bo nie angażuje się w walkę z pandemią; zob. TUTAJ), na szeroko rozumianych krytyków decyzji rządu (śmieją się ze szpitali tymczasowych) i na opozycję (bo przeszkadza).

Czy rząd PO-PSL poradziłby sobie z pandemią lepiej niż rząd PiS? Gdy Grzegorz Sroczyński podczas nagrywania audycji „Sabat symetrystów” kilka dni temu zadał mi takie pytanie, odpowiedź mogłam mieć tylko jedną: prawdopodobnie nie.

Bo rzeczywiście, przynajmniej w obszarze ochrony zdrowia (choć walka z pandemią jest wielowymiarowa i Ministerstwo Zdrowia odgrywa w niej ważną, ale bynajmniej nie główną rolę) przez osiem lat liberalno-ludowa koalicja nie pokazała niczego, co mogłoby przemawiać za innym werdyktem. Ministrowie zdrowia w latach 2007-2015 albo nie podejmowali właściwych decyzji, albo podejmowali je zbyt późno, albo podejmowali decyzje szybko, ale za to złe. Przykłady można byłoby mnożyć, gdyby nie jeden fakt: dla oceny obecnej sytuacji nie ma to najmniejszego znaczenia.

Tak jak dla przebiegu pandemii w Polsce i dla oceny skuteczności rządu PiS w jej zwalczaniu nie ma żadnego znaczenia to, czy Platforma Obywatelska chciała komercjalizować szpitale, czy też nie chciała, co ni z gruszki, ni z pietruszki zarzucił jej premier.

Nie ma też znaczenia, czy posłowie Koalicji Obywatelskiej urządzają kilka razy w tygodniu konferencje prasowe na temat nieprawidłowości w szpitalach tymczasowych, czy też ich nie urządzają. Nie ma znaczenia, ilu dziennikarzy napisało i jeszcze napisze, że z budową szpitali tymczasowych rząd się o co najmniej kilka tygodni jesienią spóźnił, wybrał złą koncepcję ich funkcjonowania, skoncentrował siły i środki na wymiarze materialnym, pomijając fundamentalny aspekt przygotowania kadr dla tychże placówek. To wszystko, z punktu widzenia trzeciej fali, jej przebiegu i dramatycznego wypiętrzenia, nie ma najmniejszego znaczenia.

To nie opozycja i nie krytycznie nastawione media, nie samorządy oporne wobec wojewodów, tylko rząd jesienią podjął decyzję o przyjęciu strategii testowania, która zaprowadziła nas w ślepy (dosłownie) zaułek. Strategii testowania, dla której właściwszą nazwą byłaby strategia nietestowania, czy też ograniczonego do minimum testowania. Dlaczego wybrano taką właśnie „strategię”, choć wielu ekspertów biło na alarm i przestrzegało przed niekontrolowanym rozwojem pandemii? Chodziło – jak mówił jesienią w wywiadach sam minister zdrowia – o koncentrację sił i środków na innych celach. Ograniczonych sił i środków. Słowa ministra potwierdzają więc nieoficjalne informacje, dochodzące z wirtualnych kuluarów w czasie drugiej fali, w które wówczas tak trudno było uwierzyć: nowe kierownictwo MZ uznało, że wydawanie setek milionów złotych na testy, tylko po to, by utrzymać niski wskaźnik testów pozytywnych w ogólnie przeprowadzonej liczbie, mija się z celem. Że lepiej ów miliard złotych, lub dwa, zatrzymać na inne wydatki. Przyszło tym łatwiej, że testowanie nie było od początku pandemii oczkiem w głowie decydentów, a strategia i potencjał laboratoriów rodziły się w bólach. Być może w tle był też inny wątek: w testy zaangażowało się wiele laboratoriów komercyjnych. Za decyzją o ograniczeniu testowania mogła więc stać również niechęć do „napychania kabzy” prywatnemu sektorowi diagnostyki. Jakiekolwiek jednak nie byłyby to powody, po owocach poznać można, że decyzja nie przyniosła nam nic dobrego. Bardzo szybko straciliśmy wiedzę na temat przebiegu pandemii – i praktycznie od października jej nie odzyskaliśmy.

strona 1 z 2

Aktualna sytuacja epidemiologiczna w Polsce

COVID-19 - zapytaj eksperta

Masz pytanie dotyczące zakażenia SARS-CoV-2 (COVID-19)?
Zadaj pytanie ekspertowi!

Partnerem serwisu jest