Certyfikat szczepienia przeciwko COVID-19 już za 450 zł

25.11.2021
Małgorzata Solecka
Kurier MP

W jednej z podkrakowskich prywatnych przychodni mogło dojść do masowego fałszowania certyfikatów covidowych – ustalili dziennikarze TVN. Pacjenci nie otrzymywali szczepionki przeciwko COVID-19, a po wpłaceniu 450–900 zł w oficjalnym systemie figurowali jako osoby zaszczepione. Kluczowe pytanie brzmi: dlaczego zawczasu nie reagowały instytucje, dysponujące kompletem danych na temat akcji szczepień, zwłaszcza NFZ?

Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział w czwartek, że polecił, aby Główny Inspektor Sanitarny (GIS) oraz Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWiA) wzięło sprawę pod lupę, dodając, że problem dotyczy całej Europy. W czwartek do placówki w Zabierzowie weszła policja w celu zabezpieczenia dokumentacji.

Jak do tego doszło? Przez ponad miesiąc ekipa TVN obserwowała proceder, który odbywał się w jednej z placówek medycznych w Zabierzowie. Pomimo powszechnej dostępności szczepionek, w niektóre dni przed Centrum Medycznym MASMED ustawiały się długie kolejki osób. Dokumenty, w których posiadaniu znaleźli się reporterzy , sugerują, że mogło dochodzić tam do fałszowania certyfikatów covidowych. Za fałszywy paszport covidowy trzeba zapłacić 450–900 złotych.

W jaki sposób chętni na fałszywy certyfikat trafiali do przychodni? Jak ustalili dziennikarze, dzięki pośrednikom – m.in. kosmetyczkom, fryzjerom, pracownikom biur podróży oraz fizjoterapeutom (!).

O komentarz do tej ostatniej informacji poprosiliśmy rzeczniczkę prasową Krajowej Izby Fizjoterapeutów. – Wszystkie takie sygnały są i będą przez nas sprawdzane. Jeśli zarzuty się potwierdzą, wyciągnięte zostaną konsekwencje w zakresie odpowiedzialności zawodowej, łącznie z możliwością utraty prawa wykonywania zawodu – powiedziała nam Dominika Kowalczyk. Już wcześniej przedstawiciele samorządów lekarskiego i pielęgniarskiego również deklarowali, że zaangażowanie w proceder fałszowania zaświadczeń o szczepieniach będzie się wiązać z najpoważniejszymi konsekwencjami w zakresie odpowiedzialności zawodowej. Obok, oczywiście, odpowiedzialności karnej.

Reporterzy, by pokazać, jak w praktyce wygląda proceder, przeprowadzili prowokację – dziennikarka weszła do gabinetu z dokumentami innej, zarejestrowanej na „szczepienie” osoby. Nikt nie sprawdził jej tożsamości, a zamiast szczepienia dostała plaster na ramię. Chwilę po wyjściu z gabinetu w rządowym systemie był gotowy certyfikat covidowy, z którym mogą poruszać się po całej Unii Europejskiej.

„Mojej przyjaciółki mąż, jego tata, ma klinikę w Zabierzowie i on się tym zajmuje. Nie wiem, jak to jest, że on się tego nie boi, bo to idzie na taką dosyć sporą skalę, jak mu 500 osób przyszło się zaszczepić, no to ja nie wiem, jak on się nie boi, no ale opłaconych ma ludzi z sanepidu” – mówi jedna z kobiet zaangażowana w proceder.

Co ciekawe, dziennikarze skierowali pytania do GIS w sprawie fałszywych certyfikatów, ale otrzymali odpowiedź, że GIS nie ma narzędzi do weryfikacji. Teraz, wszystko wskazuje, będzie musiał te narzędzia jednak znaleźć, bo Mateusz Morawiecki zapowiedział, że polecił właśnie GIS (obok MSWiA) podjęcie działań w sprawie.

Oprócz GIS jest jednak co najmniej jeszcze jedna instytucja, która powinna wdrożyć działania – jeszcze na długo przed emisją materiału w Faktach. To Narodowy Fundusz Zdrowia, dysponujący pełną wiedzą na temat przebiegu akcji szczepień w całej Polsce. NFZ przecież rozlicza wszystkie szczepienia, płacąc za nie konkretne stawki. Urzędnicy z pionu kontroli albo ci, którzy rozliczają z placówkami faktury za szczepienia, powinni zwrócić uwagę na punkty wybijające się pod względem stosunku liczby szczepień do potencjału placówki.

W czwartek po południu NFZ wydał jednak oświadczenie, w którym stwierdził, że na sytuację w Zabierzowie nie reagował, bo „Centrum Medyczne w Zabierzowie, o którym mowa w materiale Faktów TVN z 24 listopada 2021 roku, nigdy nie wykonywało szczepień przeciwko COVID-19 w ramach Narodowego Programu Szczepień. Nie figuruje również w wykazie realizatorów programu”.

Fundusz podkreśla, że do tej pory „do Narodowego Funduszu Zdrowia wpłynęło kilkanaście sygnałów dotyczących handlu fałszywymi certyfikatami szczepień i fałszowania dokumentacji medycznej. Wszystkie takie zgłoszenia są weryfikowane przez specjalny zespół analityczny NFZ i przekazywane policji. NFZ ściśle współpracuje w tej kwestii z organami ścigania”. Przypomina też, że już po pierwszych sygnałach, które wpłynęły do NFZ (chodzi o publikacje medialne sprzed kilku miesięcy, w których dziennikarze informowali o oferowaniu możliwości „fałszywego” szczepienia, bez szczepionki) „Fundusz przesłał pismo do wszystkich punktów szczepień z informacją o sankcjach karnych grożących za fałszowanie dokumentacji medycznej, w tym przypadku karty szczepień, oraz za przyjęcie korzyści majątkowej lub osobistej przez pracowników punktów. Poinformował również o konieczności zgłaszania takich przypadków właściwym służbom”.

W oświadczeniu nie ma jednak śladu informacji o tym, co wydaje się istotą problemu – czy NFZ sam z siebie, dysponując danymi dotyczącymi intensywności szczepień (oczywiście abstrahując od przypadku Zabierzowa) jest w stanie ustalić – bez sygnałów o nieprawidłowościach – że w określonym punkcie, przyjmującym znacznie więcej niż „normlanie” osób na szczepienie, może dochodzić do nieprawidłowości.

Gdy wdrażano reformę korpusu kontrolerskiego Funduszu (czyli go scentralizowano), jednym z głównych argumentów było to, że dzięki cyfryzacji i nie tylko gromadzeniu, ale i przetwarzaniu danych, Fundusz z góry wie, gdzie posłać kontrolę i co sprawdzać. Na razie nie ma żadnych dowodów, że ten cel został osiągnięty.

Dlaczego tak się nie stało? Gdy wdrażano reformę korpusu kontrolerskiego Funduszu (czyli go scentralizowano), jednym z głównych argumentów było to, że dzięki cyfryzacji i nie tylko gromadzeniu, ale i przetwarzaniu danych, Fundusz z góry wie, gdzie posłać kontrolę i co sprawdzać. Okazało się – zresztą ta informacja nie jest niczym nowym, bo o tym, że pion kontroli w NFZ nie działa w sposób optymalny, co jest dość łagodnym określeniem, mówi się od miesięcy – że to tylko pobożne życzenia. Ani centralizacja, ani cyfryzacja nie uleczyły „ślepoty” Funduszu.

Jedno z podstawowych pytań brzmi teraz – jaka jest skala procederu, nie tylko w Zabierzowie. Wiadomo, że w szpitalach covidowych trafiają się już pacjenci „fałszywie zaszczepieni”, którzy przyznają się, że szczepionki nie przyjęli. Wiadomo, że Zabierzów nie jest jedyny – dwa dni temu policja poinformowała o rozbiciu grupy przestępczej sprzedającej fałszywe certyfikaty poświadczające szczepienie – grupa działała w trzech województwach.

Polska, o czym też warto pamiętać, nie jest jedyna. W ostatnich dniach o oskarżeniu jednego z lekarzy w Belgii o wystawienie ok. 2 tysięcy fałszywych zaświadczeń o szczepieniu informował serwis Politico. W Grecji okazało się, że pracownicy medyczni oszukali tych, którzy chcieli oszukać system – zgadzali się na zaszczepienie solą fizjologiczną zamiast dawką szczepionki, pobierali opłatę, ale szczepili prawdziwym preparatem.

Reklama

Napisz do nas

Zadaj pytanie ekspertowi, przyślij ciekawy przypadek, zgłoś absurd, zaproponuj temat dziennikarzom.
Pomóż redagować portal.
Pomóż usprawnić system ochrony zdrowia.

Przegląd badań