Gdyby był czas na spokojną rozmowę z rodzicami, nie byłoby tylu przeciwników szczepień

15.06.2016
Z Izabelą Filc-Redlińską, dziennikarką i autorką książki dla rodziców „Szczepionki. Nie daj się zwariować”, rozmawia Małgorzata Solecka
Małgorzata Solecka

Z Izabelą Filc-Redlińską, dziennikarką i autorką książki dla rodziców „Szczepionki. Nie daj się zwariować”, rozmawia Małgorzata Solecka.


Ryc. 1. Na zdjęciu Izabela Filc-Redlińska. Fot. Dominik Pisarek

Małgorzata Solecka: Kilkanaście tygodni temu w księgarniach pojawiła się Pani książka „Szczepionki. Nie daj się zwariować”. Zacznę może od lekkiej prowokacji: czy udało się Pani nawiązać kontakt ze środowiskami kwestionującymi bezpieczeństwo i potrzebę szczepień? Z głównymi liderami tych środowisk?

Izabela Filc-Redlińska: Bezpośrednich rozmów z osobami, które są kojarzone z ruchem antyszczepionkowym, nie przeprowadziłam, choć się o nie starałam. Ale poznałam ich poglądy, argumentację, działania, dzięki obecności w mediach społecznościowych. Lektura informacji zamieszczanych codziennie na Facebooku czy innych portalach daje dobry ogląd sytuacji. Spotkałam się także z jedną pediatrą, homeopatką i przeciwniczką szczepień. Przeprowadziłam też sporo rozmów ze zwykłymi rodzicami, którzy mają wiele obaw związanych ze szczepieniem swoich dzieci.

W książce przeczytałam, że do tych rodziców zalicza się też Pani siostra …

Nawet więcej. Moja najmłodsza siostra, która mieszka we Włoszech, po dwóch miesiącach od urodzenia syna powiedziała, że w ogóle nie będzie go szczepić. Kalendarz szczepień obowiązkowych we Włoszech wygląda nieco inaczej – tam dzieci nienależące do grup ryzyka zakażenia WZW typu B pierwsze szczepienia otrzymują dopiero w 3. miesiącu życia.

Moja początkowa reakcja, choć staram się zachować ją dla siebie, była bardzo ostra. Jako dziennikarka zajmująca się tematami zdrowotnymi wiedziałam co prawda, że są ludzie, którzy kwestionują bezpieczeństwo czy potrzebę szczepień, ale myślałam, że to zjawisko marginalne. Gdy okazało się, że antyszczepionkowe nastawienie ma również moja siostra, zaczęłam z nią dużo rozmawiać. Zrozumiałam, że ona chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Spuściłam z tonu, mówiąc wprost. Zaczęłam szukać informacji, odpowiedzi na różne pytania i wątpliwości, których jest sporo, bo szczepienia to bardzo skomplikowana materia. Rodzice czują się zagubieni, muszą tak naprawdę zaufać lekarzom, a jak wiadomo – z zaufaniem do lekarzy nie jest najlepiej, zmniejsza się.

Chciałam dostarczyć mojej siostrze informacji, które pomogłyby jej podjąć najlepszą decyzję. Ale nie tylko jej, bo okazało się, że również niektórzy z moich znajomych mają mnóstwo wątpliwości co do bezpieczeństwa i sensowności szczepień. Adresatem mojej książki są rodzice, a także dziadkowie i inni krewni dzieci, którzy albo mają wątpliwości co do szczepień ochronnych, albo szukają potwierdzenia, że podejmują słuszną decyzję, szczepiąc dziecko. Myślę, że zadeklarowanych, zdecydowanych przeciwników szczepień moja książka nie przekona. Moją ambicją nie było pisanie książki skierowanej do lekarzy, specjalistów, choć w pracy nad nią korzystałam z wiedzy ekspertów i specjalistycznych publikacji, między innymi ukazujących się nakładem Wydawnictwa Medycyna Praktyczna.

Książka spełniła swoją misję? Udało się Pani przekonać siostrę do szczepień?

Gdy kończyłam pracę nad książką, siostra zadzwoniła i powiedziała, że podjęli z mężem decyzję, że zaszczepią Carla. Wprawdzie w tej chwili ma on już 1,5 roku i jeszcze nie otrzymał żadnej szczepionki, ale to dlatego, że ciągle choruje – już trzeci raz kończy się na antybiotyku. Carlo chodzi do żłobka, są to więc przede wszystkim infekcje górnych dróg oddechowych, ale nie może się też pozbyć zakażenia dróg moczowych.

Fakt, że dziecko zaczęło chorować, też przekonał moją siostrę do szczepień. Przyznała w rozmowie, że zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie, oni nie są w stanie jako rodzice, ochronić dziecka przed chorobami, nawet jeśli będą naprawdę o nie dbać, będą najbardziej troskliwi. Dokładnie tak jest – choroby atakują niepostrzeżenie, nie wchodzą do organizmu „głównymi drzwiami”. Szczepienia są jeszcze jedną formą ochrony dziecka, bardzo ważną.

Gdyby był elektroniczny system zgłaszania NOP, być może gotowość po stronie lekarzy byłaby większa.

Siostra jeszcze nie przeczytała całej książki – wysyłałam jej pojedyncze rozdziały, wiem, że przeczytała pierwsze trzy. Ale w trakcie pisania naprawdę dużo rozmawiałyśmy. I to też mogło mieć wpływ na decyzję, jaką ostatecznie podjęli.

Miała Pani jakiś inny cel, oprócz przekonania siostry do potrzeby szczepień?

Pisząc książkę, chciałam zgromadzić w jednym miejscu jak najwięcej informacji. Pracowałam nad nią niespełna pół roku, łącznie ze zbieraniem materiałów. Mam świadomość, że mogłabym pracować dwa razy dłużej, że powinnam mieć więcej czasu na rozmowy ze specjalistami, uczestniczenie w konferencjach, szukanie informacji źródłowych i ich weryfikację. Podejmując ten temat, miałam świadomość, że jest on skomplikowany, ale nie myślałam, że aż tak. Że szczepienia są aż tak wielowymiarowe, że skupia się w nich wiedza z zakresu toksykologii, immunologii, epidemiologii, pediatrii, a nawet psychologii i socjologii. Mam nadzieję, że efekt jest dobry – to znaczy, że rodzic zainteresowany problematyką szczepień rzeczywiście znajdzie w książce większość ważnych informacji i pomoże mu ona podjąć decyzję: szczepić, nie szczepić, ale też – czym szczepić. Sporo uwagi poświęciłam odpowiedzi na pytania dotyczące wyboru preparatów oraz kwestii, kiedy można (trzeba, warto) się wstrzymać ze szczepieniem, aby było ono dla dziecka bezpieczne.

A nie obawiała się Pani, że takie podejście zostanie uznane przez specjalistów zajmujących się szczepieniami za kwestionowanie bezpieczeństwa szczepień jako takich? Jeśli są szczepionki bezpieczniejsze, to są też mniej bezpieczne … Sugestia, by modyfikować kalendarz szczepień według indywidualnych oczekiwań rodziców też może budzić wątpliwości.

Ale przecież ja w książce nie przedstawiam swojego punktu widzenia. Zebrałam głosy, różne opinie lekarzy. I to nie takich, którzy promują homeopatię, tylko lekarzy leczących zgodnie z zasadami współczesnej medycyny, cieszących się autorytetem. Przedstawiłam różne opinie, również wątpliwości. Najwięcej związanych jest z całokomórkową szczepionką przeciwko krztuścowi, błonicy i tężcowi.


Ryc. 2. Okładka książki dla rodziców „Szczepionki. Nie daj się zwariować”, napisanej przez dziennikarkę Izabelę Filc-Redlińską, a wydanej w połowie lutego 2016 roku przez Wydawnictwo Otwarte z Krakowa. Inspiracją dla autorki była deklaracja jej siostry, że nie będzie szczepić swojego syna.

Przygotowując książkę, uczestniczyła Pani w sympozjach i konferencjach. Były one, jak rozumiem, przeznaczone dla specjalistów. Czy, zapytam wprost, wszystko było dla Pani zrozumiałe? Przyznam, że nie nadążam, gdy wakcynolodzy zaczynają debatować o niuansach szczepionek.

Na pierwszych konferencjach nie wszystko rozumiałam. Najtrudniejsze są skróty, lekarze i naukowcy posługują się nimi na co dzień. Musiałam zapamiętać i przyswoić. Z każdą kolejną konferencją było mi jednak łatwiej. Mogę powiedzieć, że w tej chwili nie mam już problemów ze zrozumieniem toku myślenia prelegentów.

A co w takim razie było najtrudniejszego w pracy nad tą książką?

Presja czasu, zdecydowanie. W dodatku pracowałam nad nią w czasie wakacji, kiedy trudniej dotrzeć do specjalistów. Jakby mało było sezonu urlopowego, toksykolodzy, do których się zgłaszałam, nie mieli w ogóle czasu, bo zajmowali się tematem dopalaczy. Mieli dużo chęci, by pomóc, ale walczyli z innym tematem.

Czy jakiś ekspert, do którego się Pani zwracała, odmówił?

Pojedyncze przypadki, może dwie, trzy osoby. Większym problemem był właśnie brak czasu niż brak chęci. Chyba tylko jedna osoba stwierdziła, że uważa pomysł pisania takiej książki za chybiony, bo z rodzicami lekarz powinien rozmawiać w gabinecie i tą drogą przekazywać im informacje.

Czy spotkała się Pani z sytuacją, w której między wypowiedziami, opiniami poszczególnych ekspertów pojawiły się daleko idące rozbieżności, może sprzeczności?

Miałam taką sytuację. Chodziło o szczepienie przeciwko WZW typu B i kiedy je rozpocząć. Prof. Teresa Jackowska, Konsultant Krajowy w dziedzinie pediatrii, którą cytuję w książce uważa, że to szczepienie w 1. dobie życia w Polsce nadal jest konieczne, ponieważ nie wszystkie kobiety podczas ciąży wykonują badania przesiewowe w kierunku WZW typu B. Z drugiej strony – konsultant medyczny książki, dr Paweł Grzesiowski, stwierdził, że nie ma zagrożenia, bo po pierwsze, badania wykonuje się powszechnie, po drugie, poprawiła się jakość sterylizacji narzędzi w szpitalach, po trzecie, układ odpornościowy dziecka w 1. dobie życia nie jest w pełni gotowy do pracy, więc część dawki szczepionki się marnuje. Poza tym od 1996 roku szczepieniami są objęte wszystkie niemowlęta, a od 2000 roku w pełnym schemacie szczepione są wszystkie 14-latki.

Rozmawiamy pod koniec marca, książka jest na rynku od dobrych kilku tygodni. Czy już ktoś Panią oskarżył o pozostawanie na usługach przemysłu farmaceutycznego?

Przy okazji debaty na temat szczepień, zorganizowanej w marcu przez Instytut Zdrowia i Demokracji, usłyszałam kilka ciepłych, pozytywnych opinii. Pochwały ze strony Konsultantów Krajowych ds. zdrowia publicznego czy epidemiologii nie mogą nie cieszyć. Cieszą! Najbardziej bałam się opinii ekspertów. Przy napiętym harmonogramie prac nad książką obawiałam się najzwyczajniej w świecie błędów. Jeśli jakieś drobne się pojawiły, w drugim wydaniu oczywiście je poprawię, ale zasadniczo specjaliści dobrze odbierają książkę.

A jeśli chodzi o przeciwników szczepień, no cóż … Gdy wystąpiłam w śniadaniowym programie telewizyjnym „Dzień Dobry TVN” i wypowiedziałam się na temat osławionej „rtęci” w szczepionkach, tłumacząc, że rodzice nie mają się czego obawiać, na fanpage’ach przeciwników szczepień stwierdzono, że napisałam książkę proszczepionkową i że nie będą jej czytać. Zresztą po tym kilkuminutowym wystąpieniu dostałam maila od liderki jednego ze stowarzyszeń antyszczepionkowych, która wytknęła mi błędy, jakie jej zdaniem popełniłam. To było dość przykre, bo gdy pracowałam nad książką, chciałam się z nią spotkać, byłam gotowa pojechać do Poznania, ale wtedy nie znalazła dla mnie czasu. Być może poważniejszy atak ze strony środowisk niechętnym szczepieniom jest dopiero przede mną, ale na razie reakcje są umiarkowane.

Jednym z koronnych argumentów, jaki podnoszą stowarzyszenia przeciwne szczepieniom, jest kwestia niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP). Czy udało się Pani wyjaśnić, dlaczego w Polsce, w porównaniu z innymi krajami, zgłaszanych jest takie niewiele NOP?

Zagadnieniom związanym z NOP poświęciłam najdłuższy rozdział książki, bo chyba jest to ważny temat dla wszystkich rodziców. Faktycznie, w Polsce zgłaszanych jest niewiele NOP, chociaż w ciągu ostatnich 10 lat ich liczba istotnie się zwiększyła. W 2005 roku zgłoszono prawie 900 przypadków NOP, w ciągu kolejnych 8 lat liczba ta się podwoiła, w ostatnich latach zwiększyła się o kolejnych kilkadziesiąt procent. Czy to znaczy, że szczepionki nagle zaczęły bardziej szkodzić? Oczywiście, że nie! Dr n. med. Iwona Paradowska-Stankiewicz, Konsultant Krajowy w dziedzinie epidemiologii, która monitoruje NOP, uważa, że zwiększyła się czułość systemu i czujność lekarzy, ale również rodzice baczniej obserwują dzieci po szczepieniu. Nadal jednak nie wszyscy rodzice zgłaszają NOP – zdarzają się sytuacje, że dziecko po szczepieniu szczepionką całokomórkową przeciwko krztuścowi ma spuchniętą całą nogę, płacze kilkanaście godzin, a rodzice uważają, że tak musi być. Taki NOP nie musi stanowić dla dziecka zagrożenia, ale jeśli rodzic zgłosi go, to w przyszłości dziecko prawdopodobnie zostanie zaszczepione inną szczepionką, która nie spowoduje aż takiej reakcji. Rodzice zwykle tego nie wiedzą. Jednak generalnie coraz więcej rodziców zgłasza NOP.

Rodzice czują się zagubieni, muszą tak naprawdę zaufać lekarzom, a jak wiadomo – z zaufaniem do lekarzy nie jest najlepiej, zmniejsza się.

Antyszczepionkowcy twierdzą, że czasami lekarze nie przekazują dalej NOP zgłoszonego przez rodziców.

O takich sytuacjach wspominał mi jeden z lekarzy. Tłumaczył, że nie wynika to ze złej woli lekarzy, tylko z nadmiaru obowiązków, jakie na nich spoczywają. Czasami są przekonani, że nie ma potrzeby zgłaszać „błahego” NOP. Ale być może problemem jest też sam system zgłaszania NOP. Lekarz musi bowiem w ciągu 24 godzin od zgłoszenia wydrukować formularz, ręcznie go wypełnić i wysłać faksem. Gdyby był system elektroniczny, być może gotowość po stronie lekarzy byłaby większa.

Nie zapominajmy, że polski system zgłaszania NOP jest bierny, tzn. rodzic musi sam się zgłosić, a lekarz musi przekazać NOP dalej. W niektórych krajach przychodnie mają obowiązek zadzwonić do rodzica dziecka w ciągu tygodnia od szczepienia, aby ustalić, czy nie pojawiła się jakaś niepożądana reakcja. Nie tylko człowiek, pacjent, kontaktuje się z systemem, ale i system z człowiekiem.

Nie ma takiej możliwości, ale i potrzeby, aby rejestrować wszystkie reakcje organizmu na szczepienia. Niektórzy lekarze wręcz mówią, że po szczepieniu powinna wystąpić reakcja – zaczerwienienie, obrzęk, lekko podwyższona temperatura ciała, bo to sygnał, że organizm reaguje na podany antygen. Są oczywiście regulacje ustawowe i definicje Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny bardzo wyraźnie określające, do jakiego momentu mówimy o fizjologicznej reakcji organizmu, a co to jest NOP bezwzględnie podlegający zgłoszeniu. Pytanie, czy wszyscy lekarze dokładnie znają te regulacje?

Z drugiej strony załóżmy, że zgłaszanych jest 10 razy mniej NOP niż występuje w rzeczywistości. Rocznie zgłaszanych jest ponad 2000 NOP, a powinno być 20 000. Ponad 90% z nich to łagodne NOP, nie stanowiące zagrożenia dla zdrowia dziecka. To ciągle jest bardzo, bardzo mało wobec liczby dawek szczepionek, jakie przyjmują dzieci, czyli około 8 milionów. Poważniejsze NOP występują bardzo rzadko, to pojedyncze zdarzenia. To jednak nie umniejsza obaw każdego rodzica. Bo co z tego, że rodzic słyszy, że ryzyko wynosi jeden na milion? Świadomość, że jego dziecko może być właśnie tym „jednym z miliona”, nie ułatwia decyzji.

Ostatnio brałam udział w audycji z prof. Andrzejem Radzikowskim, pediatrą z Warszawy, który opowiadał, że jego syn w wieku kilku lat trafił do szpitala z powodu NOP. Mimo to nadal był szczepiony.

Niedostatek czasu, jaki lekarz może poświęcić na jedną wizytę szczepienną, leży u źródeł problemu ze szczepieniami. Gdyby był czas na spokojną rozmowę z rodzicami, nie byłoby tylu sceptyków czy przeciwników szczepień.

Antyszczepionkowcy często mówią, że lekarze swoich dzieci nie szczepią, co zasadniczo nie jest prawdą.

Również konsultujący merytorycznie moją książkę pediatra, dr Paweł Grzesiowski, mówił mi, że jego syn jest alergikiem i po jednej ze szczepionek miał poważną opuchliznę. Ale dziecko szczepi nadal, publicznie to zresztą deklaruje.

Według mnie dużo niechęci i obaw rodziców pod adresem szczepień bierze się stąd, że specjaliści, lekarze lekceważą ich lęki przed NOP. Starałam się tego uniknąć w książce, mając w pamięci słowa mojej siostry: – Co z tego, że ciężki NOP zdarza się raz na milion, kiedy to może być moje dziecko!

Taka myśl przechodzi przez głowę chyba każdego rodzica. Przez moją też przechodziła, gdy szczepiłam syna. Byliśmy pod opieką prywatnego pediatry, który poświęcał na badanie dziecka i rozmowę ze mną dużo czasu. Gdy zapytałam go o bezpieczeństwo szczepionki MMR, zaczął wyciągać wyniki badań ze Stanów Zjednoczonych. Powiedziałam: – Nie potrzebuję badań, niech mi pan powie, że wszystko będzie OK. I usłyszałam: – Tego nie mogę zagwarantować. To, co mogę, to jeszcze raz sprawdzić przed szczepieniem, czy syn jest na nie gotowy. Oczywiście wszystko było w porządku. Mam świadomość, że w publicznej przychodni takie podejście jest trudne do wypracowania lub wręcz niemożliwe – nasza wizyta trwała około 40 minut.

Jedna z moich rozmówczyń powiedziała mi, że w jej opinii właśnie brak czasu na długą rozmowę w trakcie wizyty szczepiennej leży u źródeł problemu ze szczepieniami. Gdyby był czas na spokojną rozmowę z rodzicami – jeśli lekarz widzi ich wątpliwości przed szczepieniem lub w jego trakcie – na uprzedzenie rodziców o możliwych reakcjach dziecka, nie byłoby tylu sceptyków czy przeciwników szczepień.

Dziękuję za rozmowę.

Izabela Filc-Redlińska – dziennikarka, kierownik działu Zdrowie w miesięczniku „Twój Styl”. Była redaktor naczelną sieci portali dla lekarzy Openmedica, prowadziła program „Bez recepty” w telewizji TTV, przez wiele lat pracowała w dzienniku „Rzeczpospolita”, a współpracowała także m.in. z tygodnikiem „Newsweek Polska”, miesięcznikiem „Focus”, „National Geographic Polska” i Centrum Nauki Kopernik. Laureatka wielu dziennikarskich nagród, m.in. Kryształowego Pióra (w kategorii „Profilaktyka nadciśnienia tętniczego i chorób układu krążenia”) i Czerwonej Kokardki (za artykuły dostarczające rzetelnej wiedzy na temat HIV/AIDS).

Zadaj pytanie ekspertowi

Masz wątpliwości w zakresie szczepień? Nie wiesz jak postąpić? Wyślij pytanie, dostaniesz indywidualną odpowiedź eksperta!

Konferencje i szkolenia

Kraków – 7–8 września 2018 r.: Krakowska Jesień Pediatryczna 2018 - Krajowa Konferencja Szkoleniowa, szczegółowe informacje »

Przegląd badań