Był twarzą walki z COVID-19 w Belgii, doradzał rządowi, a potem przez ponad miesiąc ukrywał się przed uzbrojonym ekstremistą planującym zamach. Marc Van Ranst, jeden z najbardziej atakowanych ekspertów pandemicznych w Europie, mówi na łamach EURACTIV.pl o tym, jak kryzys zdrowotny napędził teorie spiskowe, przemoc i polityczny „psi gwizdek”, dlaczego Donald Trump i Robert F. Kennedy Jr. wzmacniają antynaukowe ruchy oraz czemu Europa powinna przestać zachowywać się wobec USA jak peryferyjny petent.
Prof. Marc Van Ranst. Fot. arch. pryw.Maciej Bochajczuk: Stosuje Pan jeszcze wskazówki, których podczas pandemii udzielała policja w trosce o Pana bezpieczeństwo?
Prof. Marc Van Ranst: Na pewno wciąż jestem bardziej świadomy swojego otoczenia niż kiedyś. Z większą swobodą przychodzi mi już jednak umawianie się na spotkania z nieznajomymi, niekoniecznie będę też zmieniał miejsce i godzinę spotkania w ostatniej chwili. Zalecano mi jeszcze, by w restauracji wybierać stolik z widokiem na wejście, aby szybciej dostrzec nietypowe zachowania. Dzisiaj zupełnie normalnie funkcjonuję, często jeżdżę transportem publicznym, gdzie jednak raz na jakiś czas ktoś wykrzyczy do mnie, że „chciałem wszystkich zabić tymi szczepionkami”.
Do tych krzykaczy za chwilę wrócimy, ale nawet bez nich rola eksperta podczas pandemii jest chyba wyjątkowo niewdzięczna?
Z tego każdy ekspert, doradca czy komisarz musi sobie zdawać sprawę od samego początku. Stajemy się chodzącą polisą na życie rządzących i jeśli wszystko idzie dobrze, to polityk obwieszcza „nasz wspólny” sukces. W przeciwnym wypadku nie ma co się łudzić, że weźmie winę na siebie.
Nie istnieje przy tym scenariusz, w którym wszyscy przyznają, że dobrze zarządzaliśmy kryzysem, bo oczekiwania ogółu zmieniają się i rosną na bieżąco. W przypadku pandemii takiej jak COVID-19 nie istnieje idealna liczba zgonów. Gdy było ich mało, a więc nasza praca przynosiła rezultaty, krytykowano nas za przesadne obostrzenia. Gdy umierało dużo osób, oskarżano nas o niedoszacowanie ryzyka.
Za to może pod względem czysto zawodowym i naukowym był to dla Pana interesujący i pouczający czas?
To był przede wszystkim bardzo dziwny okres. Z perspektywy naukowca z pewnością ciekawy, ale tak szybko wchłonęło mnie zarządzanie kryzysem, że praktycznie nie miałem czasu na własne badania. Mogłem najwyżej czytać artykuły naukowe. Lata 2020-2022 przemknęły w moim odczuciu niczym pół roku i ciężko w takich okolicznościach mówić o spełnieniu zawodowym czy rozwoju kariery.
Dziś spogląda Pan wstecz z satysfakcją dobrze wykonanej pracy?
Tak. Nie sądzę, byśmy mogli przeprowadzić Belgię przez pandemię w zasadniczo inny sposób. Zawsze możemy pogdybać o podejmowaniu poszczególnych decyzji – w idealnym świecie. Postulowaliśmy na przykład szybszą reakcję na drugą falę wirusa. Politycy wykluczali taką możliwość, mówili, że histeryzujemy, że przecież się nie pali. Cóż, oni też nie mają łatwo, odpowiadają przed swoim elektoratem.
Podczas pierwszego lockdownu doradzaliśmy, by z zamykaniem szkół zaczekać do szczytu zachorowań, aby do minimum ograniczyć zakłócenia w nauce. Uprzedziła nas jednak Francja, a musi pan wiedzieć, że francuskojęzyczni Belgowie włączają wieczorem wiadomości na belgijskim kanale, a w połowie przełączają na telewizję francuską. Zdarzali się nawet w Walonii politycy, którzy ogłaszali francuskie zasady sanitarne. Taka już jest belgijska rzeczywistość, więc aby uniknąć zamieszania, podążyliśmy za przykładem Francji.
Czyli sobie nie ma Pan nic do zarzucenia?
Nie dam się namówić na wyznanie win. Niezwykle łatwo jest, mając do dyspozycji 100 proc. danych, oceniać decyzje, które my podejmowaliśmy, dysponując 15 proc. informacji. Takie dywagacje są zupełnie bezprzedmiotowe, bo sytuacja wymagała działania tu i teraz. Nie mogliśmy zlecać wielomiesięcznych ekspertyz lub przeprowadzać ogólnonarodowych referendów. Na tym polega uroda zarządzania kryzysem i jestem przekonany, że w razie nowej pandemii będziemy postępować bardzo podobnie.
A nie uda się nam przynajmniej lepiej koordynować działań z innymi państwami? Momentami różnice w podejściu do pandemii przypominały kuriozalną rywalizację, a my wszyscy sprawdzaliśmy dzienne liczby zgonów jak tablicę wyników sportowych.
Każdy kraj jest inny. Przez lata wykładałem w Szwecji i gdy tam zniesiono zasadę półtorametrowego odstępu, to Szwedzi się cieszyli, że mogli wrócić do swoich zwyczajowych trzech metrów. Gdy szwedzki rząd apelował o ostrożność i przestrzeganie dystansu, to obywatele z reguły podchodzili do tego zrozumieniem. W Belgii propozycje i zalecenia wywołują raczej odwrotną reakcję i uruchamiają instynkt kreatywnego ich obchodzenia. Proszę sobie wyobrazić, że rząd „zaleci” nam płacenie podatków. Niektóre zasady były w Belgii z założenia surowsze, bo dobrze wiedzieliśmy, że część społeczeństwa będzie je ignorować.
Gdzie leży klucz do jasnego i logicznego komunikowania o kryzysie?
Sam miałem za sobą doświadczenie pandemii grypy meksykańskiej z lat 2009-2010. Pełniłem wtedy funkcję międzyministerialnego komisarza przy gabinecie premiera i regularnie występowałem w mediach.
Po pierwsze, uświadomiłem sobie, że możemy stawać na głowie, a i tak nigdy nie dotrzemy z przekazem do całego społeczeństwa. Goniłem z jednego studia telewizyjnego do drugiego, negocjowałem, by być pierwszym, w najgorszym przypadku drugim newsem w programie informacyjnym, w kanale publicznym oraz prywatnym, do tego w dwóch programach publicystycznych i w trzech gazetach, a pod koniec dnia okazywało się, że tak naprawdę za każdym razem mówiłem do tych samych odbiorców. Mamy całkiem sporą grupę, która nie czyta gazet i nie ogląda wiadomości. Zacząłem więc uczestniczyć w głupawych teleturniejach i innych formatach rozrywkowych. Występowałem w „Kole Fortuny” pod warunkiem, że producenci zagwarantowali mi kilka minut na wypowiedź o szczepieniach. To niosło się potem w kolorowych magazynach i portalach plotkarskich. Wreszcie istnieje grupa nieosiągalna. Taka, która nie chce być informowana, a później najgłośniej będzie narzekać na kulawą komunikację. Oni wiedzę czerpią z trzeciej ręki, z clickbaitowych nagłówków i z fake newsów.
Po drugie, zawsze staram się pamiętać o moim dziadku, o tonie i słownictwie, jakim się posługiwał. Pracował jako robotnik w zakładach metalowych, a szkołę ukończył w wieku dwunastu lat. Byłby bardzo zawiedziony, gdyby jego wnuk mówił z ekranu niezrozumiałym językiem, po profesorsku wymieniał listę zastrzeżeń i kwalifikatorów. Dla naukowca redukcja jest trudna, ale kluczowa, gdy otrzymujesz 30-sekundowe wejście przed kamerą.
Jeśli chcesz przekazać wątpliwości, to musisz je przemycić w części, która nie zostanie później wycięta. Pod tym względem bezcenne są wywiady na żywo i nie można ich sobie odmawiać. Na żywo otrzymujesz już widownię na widelcu i sam decydujesz o przekazie. Gdy nabierzesz w tym wprawy, zaczynasz traktować pytania dziennikarza jako pomost do wcześniej przygotowanych wypowiedzi. Jeśli jesteś na bieżąco z tym, z czym mierzą się np. konsultanci szczepionkowych infolinii, to bez względu na pytanie prowadzącego udzielisz „odpowiedzi dnia”.
Czy najtrudniejsze decyzje pandemiczne dotyczyły wyboru między ochroną zdrowia a ochroną gospodarki?
Jednego nie da się oddzielić od drugiego. Bez działającej ekonomii nie można zapewnić przyzwoitej ochrony zdrowia. Cały czas braliśmy to pod uwagę i zarzut, że wirusolodzy myśleli tylko o wirusie jest niesprawiedliwy. Rano pracowałem w zespole opracowującym strategię wychodzenia z pandemii, a po południu spotykałem się ze wspólnotami religijnymi, przedstawicielami klubów sportowych i sektora gastronomicznego. W międzyczasie mailami zasypywał mnie związek wędkarzy.
Uświadomiłem przy tym sobie, że wprowadzenie lockdownu jest sto razy prostsze niż planowanie jego zniesienia. Strategię wyjścia trzeba mieć gotową od samego początku i tutaj pracowała nad nią grupa dziesięciorga ekspertów, w tym prezes Narodowego Banku Belgii. Jego ludzie non-stop kalkulowali koszt poszczególnych decyzji, operowali dziesiątkami milionów euro. W takich momentach każdy zdaje sobie sprawę, ile interesów leży na szali i z jaką rozwagą należy działać.
Miał Pan okazję poznać każdy aspekt życia w Belgii. Czy dowiedział się Pan także czegoś nowego o belgijskiej klasie politycznej?
Chyba już cały świat wie, że mamy w Belgii ośmiu lub dziewięciu ministrów odpowiadających za różne obszary ochrony zdrowia. Lawirowanie między nimi, udział w międzyministerialnych konferencjach, tłumaczenia na trzy oficjalne języki: niderlandzki, francuski i niemiecki – to wszystko wymaga cierpliwości i wytrwałości.
Ogólnie z politykami współpracuję na swój sposób, który polega na podtrzymywaniu twórczego napięcia. Nasze relacje pokryte są cienką warstwą lodu, po którym da się sprawnie jeździć jak na łyżwach. To znacznie wydajniejszy sposób niż gdy jedni cię nie znoszą, a inni chcą zagłaskać na śmierć.
W książce „Virologica” przyznał Pan, że mógłby występować w tym „politycznym cyrku”, czyli wejść do polityki.
Tak, bo nie uważam, by była to dla mnie za głęboka woda. W szpitalu prowadzę wieloosobowe zespoły, których nie znam tak dobrze jak czołowych belgijskich polityków. Posiedzenie rady ministrów wydaje mi się pod tym względem bardziej przewidywalne i być może nawet łatwiejsze.
Poza tym sądzę, że większość – powtarzam: większość – polityków ma dobre intencje. A na najwyższym poziomie wszyscy bez wyjątku bardzo ciężko pracują. Gdy zbieraliśmy się o ósmej rano, o ósmej pięć słychać było dźwięk pierwszych otwieranych Red Bulli. Wbrew ich powszechnemu wizerunkowi darmozjadów miałem okazję obserwować u polityków naprawdę dużo dobrej woli. Oczywiście nie zawsze szło to w parze z kompetencjami. Jedni są superkompetentni, inni nie sprawdziliby się w zarządzie małego klubu sportowego.
Pozytywnie zaskoczyła Pana również gotowość Belgów do szczepień przeciwko COVID-19. Nieoficjalnie zakładał Pan, że zaszczepi się 70 proc., a ostatecznie zrobiło to prawie 90 proc. społeczeństwa.
Szczepienie przeciwko COVID-19 w ogóle było sukcesem na światową skalę. W Belgii należy go zapisać na konto samorządów. Jeden burmistrz chciał zrobić to lepiej od drugiego i wytworzyła się między nimi zdrowa konkurencja. Lokalne centra szczepień opierały się na ochotnikach i społeczeństwie obywatelskim. Oni stali się ambasadorami całej kampanii.
Proszę się rozejrzeć po sali, w której siedzimy [rozmawiamy w restauracji przy domu spokojnej starości – przyp. red.]. Tu każdy ma w życiorysie stanowisko przewodniczącego, wice, sekretarza, skarbnika albo członka zarządu jakiegoś stowarzyszenia. Gdybyśmy chcieli lokal przemeblować, to w pięć minut powstanie tu audytorium. Samoorganizacja jest głęboko zakorzeniona w belgijskim charakterze i w tym tkwi wielka siła.